poniedziałek, 29 grudnia 2008

Wybielanie białych plam

No, to się doczekaliśmy czasów. Okazało się, że w komunistyczna bezpieka „przesuwała źródła” wpisując informacje z podsłuchów czy kontroli korespondencji jako doniesienia tajnych współpracowników, którzy nie mieli o tym bladego pojęcia. Konspirę wewnątrz bezpieki tłumaczy zagrożeniem wallenrodyzmem ze strony sympatyków „Solidarności”. Mało tego, choć rozporządzenie zostało wydane w lutym 1982 r., to już w latach siedemdziesiątych było wykonywane. Innymi słowy – akta IPN – u to same fałszywki, a wszyscy TW to w istocie niewinni ludzie. Tylko nie bardzo wiadomo, dlaczego w przekazanych IPN – owi materiałach nie znalazło się owo rozporządzenie...

Powstaje też pytanie, co z nie fałszowanymi aktami, które za komuny świetnie funkcjonowały obok „fałszywek”. Gdzież one? A przy okazji – co z wyrokami wydanymi w oparciu o materiał dowodowy, którym były owe „fałszywki”? Kto i jaką poniesie z tego tytułu odpowiedzialność? Na odpowiedź, a wyrok zwłaszcza – rzecz jasna nie liczę. Ale kto pyta, nie błądzi.

Link: http://wyborcza.pl/1,75248,6103306,Kiszczak_ujawnia_metody_SB.html

piątek, 26 grudnia 2008

Refleksja około – świąteczna

Odkąd dotarło do mnie, że zdecydowaną większość mieszkańców Warszawy stanowi element napływowy, przestały mnie drażnić pokłady żółci i nienawiści wylewane na stolicę i jej mieszkańców. Któż bowiem lepiej, niźli my sami, nas obsmaruje? Jasne też, że sytuacja, gdzie większość stanowi element napływowy, ma i dobrą stronę. Wszelkie spostrzeżenia i wnioski siłą rzeczy stają się ogólnopolskimi uogólnieniami. Wszak człowiek uczciwy pozostaje uczciwy niezależnie od okoliczności, czasu czy szerokości geograficznej. Chyba, że jednak uczciwy nie jest.

Polacy lubią świętować, a i w kalendarzu jest dość okazji, by swej pasji mogli dać upust. I powiedzmy od razu – nie jest dobrze. Zwłaszcza gdy święta, niezależnie świeckie czy kościelne, wiążą się z tak zwanym długim weekendem. Już na tydzień przed świętami rozpoczyna się gorączka świąteczna, która później przeradza się w amok. Początkowe objawy są niegroźne – ot to czy tamto odkłada się na „po świętach”, planuje i dyskutuje, gdzie, z kim itd.

Potem jednak przychodzi obłęd. Wyścig z czasem i śmiercią na ulicach jest wstępem do szału zakupów. Za każdym razem widząc uginające się wózki z zakupami zastanawiam się, czy ci wszyscy ludzie naprawdę niczego w domach nie mają? A dalej – czy poziom niestrawności i wzdęcia są symptomami wymiernymi dla religijności bądź patriotyzmu? Nic mi do tego, na co ktoś wydaje swoje pieniądze, ale czy masowość zjawiska nie przeczy tak chętnie przypisywanym sobie przez Polaków cechom – patriotyzmowi i religijności? W świętach przecież nie chodzi o to by się obeżreć, na pierwszym miejscu są względy patriotyczne, moralne, mistyczne.

Nie ma sensu pisać o tym, co się dzieje na drogach w okresie „wyjazdów” i „powrotów”, bo to rzecz ogólnie znana. Podobnie jak przebieg „świętowania” z wódą w tle. Tym jednak, co się nieodmiennie wiąże ze świętami są sterty śmieci. I nie chodzi tu o jakieś „promowanie postaw ekologicznych”, tylko o najzwyklejszy w świecie chlew. Przepełnione śmietniki to jedna strona medalu. Po drugiej stoją te wszystkie odpadki wyrzucane przez okna bądź po prostu rzucane gdzie popadnie. Papiery, torebki i przede wszystkim butelki, nader często porozbijane. Warto też wspomnieć o „podrzucaniu” śmieci sąsiadom, czyli bezczelnym stawianiu worków pod cudzymi śmietnikami.

Główne arterie miasta, tzw. ulice reprezentacyjne, są sprzątane, ale boczne – już nie. Nie wiadomo właściwie dlaczego, skoro tych bocznych jest więcej, więc i więcej tam mieszka podatników. Ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że jeśli chcemy być szanowani przez inne nacje, to sami zacznijmy się pierwej szanować. Szanować swoje najbliższe otoczenie, chociażby nie śmiecąc na początek. Inaczej wizerunek brudnego i pijanego Polaka dalej będzie krążył po świece. I to sami Polacy będą tego stanu rzeczy przyczyną, a nie to kto i w jaki sposób sepleniący będzie akurat aktualną głową państwa.

środa, 17 grudnia 2008

Sacra profana?

PSL postanowiło zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej i złożyło projekt ustawy o uzawodowieniu aktorstwa. Pomysł posłów z PSL – u wzbudził powszechną wesołość i kpiny. Całkiem słusznie. To przecież jakaś paranoja, żeby tego typu sprawy regulować ustawami.

Jest całkiem oczywiste, że każdy chciałby, aby leczył go wykształcony lekarz, a nie jakiś znachor, co zostawia chusty w sercach pacjentów, co wprawdzie zdaniem ekspertów błędem w sztuce nie jest, ale też nie wiadomo czym właściwie jest. Każdy wolałby 6 grudnia odwiedziny świętego Mikołaja rozdającego prezenty, niż świeckiego Nicolasa stawiającego żądania. Albo weźmy takiego socjologa, co jako „światowej słowy historyk” przekonał potomków ludzi narażających życie dla ratowania innych, że „strach być sąsiadem” wiadomo jakiej nacji. A to co pewien profesor (dla opornych) entomologii o widocznie zszarpanych nerwach wespół z pewnym absolwentem LO im. Ludwika Waryńskiego oraz Uniwersytetu w Oksfordzie plotą na temat metodologii badań historycznych, archiwistyki i moralności w ogóle? Stanisław Lem antycypując nastanie takich polityków i ich wypowiedzi stwierdził, że człowiek to istota, która mówi najchętniej o tym, na czym się najmniej zna*.

Skoro jednak w ramach publicznej oświaty kształcimy całe rzesze specjalistów w różnych dziedzinach, to dlaczego mamy zadowalać się amatorszczyzną? Przecież to wyrzucanie pieniędzy w błoto i chyba trzeba wprowadzić odpłatną edukację, skoro system publicznej najwyraźniej kształci partaczy gorszych niźli dyletanci. A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę poziom „umiejętności” amatorów – wystarczy spojrzeć, jakież to naturalnie sztuczne i bełkoczące „gwiazdy” przestały by uchodzić za „aktorów”, choć nadal mogłyby niestety występować na scenie. Dla mnie osobiście świat bez konieczności ciągłego oglądania pseudo – gwiazd byłby znacznie przyjemniejszy.

Ale to, jako się rzekło, winni regulować sami konsumenci, którzy przecież płacą za szmirę dyletantów, a nie posłowie i ustawy.

*S. Lem, Rozprawa [w.:] S. Lem, Opowieści o pilocie Pirxie, Kraków 1976, s. 303.

piątek, 12 grudnia 2008

Edukacja indoktrynacji

Jednym z celów edukacji jest obok przekazywania wiedzy kształtowanie postaw obywatelskich. Okres życia od narodzin po osiągnięcie dojrzałości jest po temu najodpowiedniejszy. Dla małego dziecka dorosły (rodzic, nauczyciel) są niekwestionowanymi autorytetami. Z kolei w okresie młodzieńczego buntu przeciw zastanemu porządkowi świata, równie łatwo jest wpływać na poglądy młodego człowieka i można mu zaszczepić dowolną ideologię. Byle robić to powoli i konsekwentnie.

W związku z kształtowaniem postaw obywatelskich jako programowym zadaniem edukacji niezwykle istotna jest świadomość, jak cienka i niejednoznaczna jest granica pomiędzy edukacją i pedagogiką a indoktrynacją. Wpajanie tego, co nazywane bywa cnotami obywatelskimi o wymiarze uniwersalnym (np. honor, uczciwość, odpowiedzialność) oraz świadomości, że ludzie się różnią między sobą i nie ma w tym nic dziwnego, jest chyba ze wszech miar chwalebne. Lecz gdy następuje jakiekolwiek ukierunkowanie, laudacja niektórych odmienności bądź ideologii – zaczyna się indoktrynacja. Przy czym o ile patriotyzm wynikający ze świadomości narodowej jest przejawem wolności, o tyle postawy wykształcone w procesie indoktrynacji są właściwe dla niewolników. Pytanie kto i po co dąży do zniewolenia umysłów na razie pozostaje bez szczegółowej odpowiedzi.

Czy obecnie w Polsce jest prowadzona indoktrynacja? W charakterze przykładów warto przytoczyć rządowe prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii, będące w istocie niczym innym, jak powrotem do jedynie słusznej interpretacji procesów dziejowych. Nadto widać jasno, że będzie to interpretacja „urzędowa”. Poza tym wielce wymowny jest też system oceniania pisemnych matur z języka polskiego – uczeń ma użyć odpowiedniej ilości wyrazów oraz odgórnie zaakceptowanych sformułowań, w przeciwnym razie – nie otrzyma świadectwa dojrzałości.

Efektem obecnie prowadzonej indoktrynacji jest cała rzesza ludzi nie potrafiących zrozumieć najprostszego tekstu, jeśli tylko wykracza poza wszczepiony im schemat myślenia i światopogląd. Jedynymi reakcjami, na jakie są w stanie się zdobyć będą inwektywy, wysyłanie na leczenie i temu podobne wycieczki osobiste. Na merytoryczną dysputę nie ma co liczyć, za to popis arogancji, ciasnoty intelektualnej i związanych z nimi ograniczeń kulturowych – gwarantowany. Dzieje się tak, gdyż w ramach indoktrynacji współcześni niewolnicy są uczeni niszczenia wszystkiego, co narusza wpojone stereotypy. Nie potrafiąc polemizować z argumentami – wyśmiewają cudze poglądy, obrzucają błotem autorów.

Zwolennicy prounijnej indoktrynacji szermują argumentem, że przecież RP wolą większości społeczeństwa weszła do Unii i takie są tego konsekwencje. Nie negując tezy o konsekwencjach należy postawić pytanie, czy dokonany w referendum w 2003 r. wybór był świadomy. Obawiam się, że nie. Zdecydowana większość zwolenników akcesji do UE nie miała bladego bodaj pojęcia, czym naprawdę są struktury Unii ani jak funkcjonują i po dzień dzisiejszy takowej wiedzy nie nabyła. Widać to chociażby w debacie o wprowadzeniu Polski do strefy Euro, gdzie większość orędowników i specjalistów zdaje się nie wiedzieć, czym jest ERM II oraz jakie są zasady przystąpienia do tego programu. Warto przy tym również pamiętać o coraz silniejszych tendencjach socjalistycznych w UE, a przecież socjalizm to nie tylko założenia ekonomiczne, ale przede wszystkim ideologia społeczna.

A propos UE oraz „świętej woli większości”. Wolą większości (czy to się komu podoba, czy nie) prezydentem RP został Lech Kaczyński. Wolą większości Irlandia odrzuciła bełkot lizboński. Wolą większości ostatnie wybory parlamentarne wygrała PO, której sztandarowym hasłem był podatek liniowy 3 razy 15 %. To jak z tą wolą i szacunkiem dla niej?

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Postaw sukna

Poseł Niesiołowski Stefan, profesor dla opornych, poczuł się obrażony słowami Jarosława Kaczyńskiego, który zarzucił mu to i owo przyrównując jego postępowanie do heroizmu trzynastolatek przesłuchiwanych przez Gestapo. Podobno trzynastolatki też się poczuły obrażone takim porównaniem, w imieniu Gestapowców i ich progenitury zaprotestowała Erika Steinbach przeciwko zrównywaniu wielkoniemieckich ofiar „nazizmu” z komunistyczną bezpieką, która zaprotestowała z tego samego powodu, choć w drugą stronę. Zapewne wkrótce słowami skierowanymi przez Jarosława Kaczyńskiego do Niesiołowskiego posła Stefana poczują się mniejszości seksualne czy etniczne, bo to zawsze słusznie poczuć się obrażonym przez „Kaczora” i można za frajer brylować przez chwilę w mediach.

W Gdańsku trwa festyn miłośników ludzkości, którym przewodzi Najnobliwszy Stoczniowiec Wśród Rycerzy Wolności (i nie tylko), aktualnie zajęty zwalczaniem swobody badań naukowych i wolności publikacji, o wolności przekonań nie wspominając. Tuż za progiem zastawionych stołami z żarłem sal polskie stocznie stają się historią. Te same stocznie, które są opiewane przez uczestników festynu, na którym Hanna Gronkiewicz Waltz po wyłożeniu z kasy miasta stołecznego Warszawy miliona (ech, ten kryzys) na fetę wstępną w Teatrze Narodowym dziś może wypić i zakąsić na rachunek podatnika w Gdańsku.

Stocznie bankrutują. Pojawiła się informacja, że stoczniowcy nie dowierzając związkowcom złożyli wniosek do CBA o sprawdzenie finansów przywódców związkowych, co jest ewenementem w polskiej rzeczywistości. Tym ciekawszym, że tuż obok fetuje się Lecha Wałęsę – legendarnego przywódcę związkowego. Stanowi to zarazem groźne pro memoria dla innych przywódców związkowych. Eksperci stwierdzili, że w grudniu zarejestrowane bezrobocie (co z niezarejestrowanym? czyżby nie istniało?) wzrośnie do 9 %. Ciekawe, czy wzięli pod uwagę fakt, że bankructwo polskich stoczni oznacza katastrofę dla całej rzeszy ich kontrahentów. Los polskich stoczni powinien stanowić przestrogę dla innych gałęzi przemysłu.

Obserwując działalność polskich polityków przychodzi na myśl scena z sienkiewiczowskiego Potopu, w której książę Bogusław Radziwiłł przyrównał Rzeczpospolitą do postawu* sukna, gdzie każdy ciągnie w swoją stronę by jak najwięcej dla siebie wyszarpnąć. Groźba utraty pracy, szczególnie przed świętami, jest straszliwą perspektywą i szczerze współczuję stoczniowcomi ich rodzinom. Niezależnie jednak od wszystkiego należy zadać niewygodne pytania, kto w 2003 r. głosował za przystąpieniem do Unii Europejskiej? Czy był to wybór świadomy? Kto głosował na kolejne partie popierane przez „inteligencję”? Na tych wszystkich „wybitnych fachowców”? Mam nadzieję, że ta gorzka lekcja uświadomi wreszcie Polakom, że każde działanie ma jakieś skutki i nie ma od tej zasady wyjątków, a zwłaszcza dotyczy to wyborów politycznych. Bankierzy również się o tym przekonają, tego jestem pewien.

*postaw – w XVI wieku miara płótna, sukna i tkanin licząca od 12 – 64 łokci, zazwyczaj 32 łokcie.

Tekst: CBA prześwietli stoczniowców

piątek, 5 grudnia 2008

O czynnościach czynników

Wśród masy całej czynników czyniących codzienność cynicznie cudaczną najważniejszym pozostaje czynnik ludzki, którego czyny nieprzewidywalne są. Rzecz jasna tak jak i w każdej innej rzeczy materii czynnik ludzki zróżnicowany jest, dzieląc się na „czynniki”, „CZYNNIKI” oraz „sub – Czynniki”, czyniące czyny specjalne.

Zasadniczo „czynniki” charakteryzuje wymuszony serwilizm wobec „CZYNNIKÓW” oraz „sub – Czynników”. Bardzo ciekawa, choć enigmatyczna, jest rola „sub – Czynników”, teoretycznie powołanych przez „CZYNNIKI” do sprawowania kontroli nad „czynnikami”, spośród których wszak wywodzą się zarówno „CZYNNIKI” jak i same „sub - Czynniki”. Relacje pomiędzy „CZYNNIKAMI” a „sub – Czynnikami” stanowią problem niezwykle ciekawy, gdzie zwroty akcji bywają nader dramatyczne. Czasem okazuje się, że „sub – Czynniki” zbierały informacje o czynach „CZYNNIKÓW”, przy czym najczęściej zbierały informacje fałszywe, zwłaszcza jeśli pochodziły one od samych „CZYNNIKÓW” będących jeszcze tylko „czynnikami” na usługach „sub - Czynników”. Potem następują tajemnicze zgony i jeszcze bardziej tajemnicze zmartwychwstania ateistycznych „sub – Czynników”, co dla „czynników” wielce zajmującym jest, gdyż odwraca uwagę od czynów istotnych „CZYNNIKÓW”.

„CZYNNIKI” z kolei charakteryzuje pełne poświęcenie dla dobra „czynników”. Poświęcenie owo jest całkowicie bezgraniczne i „CZYNNIKI” wyrzucone drzwiami potrafią wracać przez schody kuchenne a nawet okno w nieczynnej ubikacji. Dla dobra „czynników” „CZYNNNIKI” potrafią poświęcić nawet honor i godność osobistą. Zmuszone zabiegać o łaski „czynników” „CZYNNIKI” gotowe są obiecywać góry złota (a przynajmniej po 100 milionów na „czynnik”), podatek liniowy, drugą Japonię, drugą Irlandię itd. Potem pytane o realizację obietnic z kamienną twarzą odpowiadają, że nie góry złota, ale błota, nie podatek liniowy ale łanowy, nie druga Japonia ale Laponia, nie Irlandia ale Islandia, a nawet drugi Euro Disneyland w trzecim świecie.

Oczywiście, aby „CZYNNIKI” swobodnie być mogły „CZYNNIKAMI”, muszą mieć namaszczenie „sub – Czynników” oraz sprawować możliwie najszerszą kontrolę nad „czynnikami”. Do tego ostatniego doskonale przydaje się rotacyjny system „CZYNNIKÓW”, dzięki czemu „czynniki” nie są w stanie spamiętać z jakich to wyczynów chciały rozliczyć ustępujące „CZYNNIKI”. I tak na przykład pewien znany „CZYNNIK” jeszcze jako „czynnik” (a nawet podobno „czynnik” na usługach „sub – Czynników”) zwalczający ancien – regime i jego „CZYNNIKI” dziś staje w obronie jednego z ówczesnych „CZYNNIKÓW” twierdząc, że choć wcześniej zwalczał, to zwalczał bohatera, który nic nie wiedział co podległe mu „CZYNNIKI” i „sub – Czynniki” wyczyniały wprowadzając w czyn jego rozkazy. Rzecz jasna oba „CZYNNIKI” czyniły wszystko i czynią nadal dla dobra „czynników”. Dzięki takim zabiegom w gronie bohaterów walki o wolność „czynników” są „CZYNNIKI” rzekomo walczące o ową wolność oraz „CZYNNIKI” i „sub – Czynniki”, z którymi owa walka prowadzona była.

Jednakże wbrew wszelkim pozorom to „czynniki” są w tym całym bałaganie najważniejsze. To dzięki ich pracy „CZYNNIKI” oraz „sub – Czynniki” mogą wypełniać swoje powołanie wynajdując coraz to nowe teorie i ideologie służące czynnemu dojeniu „czynników”. To zarazem dobra wiadomość, bo wychodzi jasno, że „czynniki” poradzą sobie bez „CZYNNIKÓW” a nawet „sub – Czynników”, zaś w drugą stronę – nie. Wprawdzie był swego czasu pewien „CZYNNIK”, który odgrażał się, że „CZYNNIKI” same się wyżywią, ale bądźmy szczerzy – po co żreć na pokaz, skoro nikt nie słucha rozkazów, nie klaszcze i nie zazdrości?

środa, 3 grudnia 2008

Anty – Fakty

Ponownie na wokandę sądową wróciła sprawa żołnierzy z Nangar – Khel. Premier Tusk przytomnie zauważył, że powinniśmy chronić naszych żołnierzy, skoro wysyłamy ich na misje i każemy strzelać. I tu trzeba się zgodzić – w końcu żołnierz ma walczyć i zabijać wrogów, a nie rozwiązywać skomplikowane dylematy moralne. Ale tu przytomność się kończy, a zaczynają oskarżenia, że w wyniku akcji polskich żołnierzy zginęli cywile. No, ciekawie. Tylko niech ci spece od „biednych cywilów” łaskawie powiedzą, jak odróżnić afgańskiego „taliba” czy „terrorystę” od „cywila”? Tym bardziej, że „talibowie” czy „terroryści” nie są zarejestrowaną, prawnie działającą organizacją o charakterze militarnym. Chyba, że o czymś nie wiem.

Przy okazji powrotu sprawy żołnierzy na wokandę marszałek sejmu Komorowski Bronisław raczył poczynić uwagę, że w państwie polskim „nie powinno być świętych krów, czy to osób, czy też grup społecznych, wyjętych spod działania prawa”. A któż to się chował swego czasu za immunitetem, którego tak ponoć nienawidzi? Niesiołowski Stefan, POsłusznie melduję. Resztę grup i osób każdy może dopisać we własnym zakresie. No cóż, jaki parlament, taki marszałek – amnezja jedna wielka i filipińska POmroczność jasna.

P.S. Stacja TVN w materiale o jurności społeczeństwa polskiego kilkakrotnie użyła wyrażenia „posiadać dzieci”. Zapewne wynikało to z prywatnych poglądów zespołu redakcyjnego stacji Tajnych Vłaścicieli Nieletnich.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Odsłania się nowa wizja

Informacja dotycząca założeń koncepcyjnych Muzeum Historii Europy wywołała u mnie skojarzenia ze sprawą projektu polsko – niemieckiego podręcznika historii. Miałem okazję swego czasu w tekście Niedoinformowane społeczeństwo informacyjne wyłożyć zastrzeżenia, jakie we mnie budzi owa inicjatywa i które nadal pozostają w pełni aktualne. Jednakże cały czas miałem wrażenie, że coś niezwykle istotnego mi w tym wszystkim umyka. Teraz już wiem.

Do roku 1989 na ziemiach Polskich obowiązywały podręczniki szkolne zatwierdzone przez odpowiednie organa. Po Okrągłym Stole, w efekcie którego nastąpiła „transformacja upadłego ustroju” komunistycznego zasada odgórnej akceptacji przestała obowiązywać. Efekty tego stanu rzeczy są co najmniej dyskusyjne, ale nie w tym rzecz.

Prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii zainaugurował minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, co już samo w sobie jest dość wymowne. Inna sprawa, że stało się to w jego prywatnym pałacu, co też ma znaczenie symboliczne. Logicznym jest, że skoro rząd zabrał się za nadzór nad pisaniem podręczników, to szykują się zmiany. Innymi słowy – kończy się era wyboru, powraca era jedynie słusznej interpretacji procesów dziejowych.

Tego, jak wyglądać będzie jedynie słuszna wizja historii można się domyślać na podstawie „inicjatyw” historycznych. To obok koncepcji Muzeum Historii Europy również Centrum Przeciwko Wysiedleniom Eriki Steinbach, rewizjonizm niemiecki (art. 116 konstytucji RFN) czy proces upokarzania Polski na arenie międzynarodowej przez wiadomą diasporę, głoszącą tezy o „polskich obozach koncentracyjnych” II wojny światowej i żądania odszkodowań. Po drugiej stronie barykady całkowity marazm polskich władz wobec patologii różnych „światowej sławy historyków” i całkowity brak zaangażowania w kwestie związane z losami polskich obywateli – sprawa Katynia czy bestialskiej rzezi wołyńskiej. To również tępienie wszelkich przejawów oddolnych inicjatyw historycznych, jak chociażby książki o. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego, poświęconej właśnie rzezi wołyńskiej. I całkowite kapitulanctwo w każdej niemal sprawie związanej z przeszłością Polaków. Chyba, że znów okazuje się jak to „strach być sąsiadem”.

sobota, 29 listopada 2008

Rycerz na miarę naszych możliwości

Jak triumfalnie doniosły media, Lech Wałęsa został uhonorowany tytułem „Rycerza wolności”, przyznawanym osobom szczególnie zasłużonym dla idei wolności i demokracji. To ważna chwila w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej i należy przypomnieć przynajmniej część zasług Najwybitniejszego Noblisty Wśród Stoczniowców (i nie tylko).

To On jako pierwszy zaczął uczyć społeczeństwo polskie zasad demokracji składając w kampanii prezydenckiej tyle spełnionych następnie obietnic, np. 100 milionów dla każdego. To dzięki Niemu (no, nie tylko) pojawiło się w RP pojęcie „falandyzacji prawa”, tak istotne w procesach demokratyzacji państwa. To On legalnie obalił rząd Jana Olszewskiego, dzięki czemu uchronił rzesze wiernych towarzyszy przed dekonspiracją i związaną z tym kompromitacją towarzyską. To On, nie kto inny od ponad dwu lat zwalcza kaczystowskich puczystów, którzy władzę w kraju przejęli na skutek obietnic wyborczych. To On odważnie stanął w obronie generała Wojciecha Jaruzelskiego, który jako zwierzchnik sił zbrojnych nie wiedział, co się w wojsku dzieje, nie miał wpływu na wprowadzenie stanu wojennego i niewinny jest jako lilija. To On walczy o wolność badań naukowych i swobodę wypowiedzi z dwoma „nienawistnikami” w stopniach doktorów, którzy ośmielili się badać Jego przeszłość w oparciu o bezpieczniackie „fałszywki”, z których przecież i tak wynika Jego niewinność. To wreszcie On wprowadził nowe standardy w polityce promując powitanie nogami, co rzesze niepełnosprawnych odnotowały z radością. To On w walce o demokrację i wolność doradza sprawiedliwe rozwiązania wobec związkowców okupujących kancelarię premiera Donalda Tuska. I tak dalej w tym temacie, jak to On zwykł był mawiać...

Pięknie podniosłość chwili skomentował dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego Longin Pastusiak mówiąc, że Lech Wałęsa stał się symbolem współczesnej, zjednoczonej Europy. Święte słowa, drogi Panie.

P.S. Skoro rycerstwo nam się tak pięknie odradza, to może by tak jaki nowy Warneńczyk powiódł je na pole chwały. Wszak konflikt z terroryzmem u drzwi...

niedziela, 23 listopada 2008

Zgon niestosowny

5 listopada pojawiły się informacje o odwołaniu dyrektora Teatru Ochoty. Odtąd przybytkiem sztuki ma zarządzać, w myśl projektu warszawskich radnych, wskazana przez prezydent Warszawy organizacja pozarządowa. Zwracam uwagę, że „organizacja” będzie „obiektywnie” „wskazana” przez Hannę Gronkiewicz – Waltz. Po mieście krążą już słuchy, jakoby budynek Teatru Ochoty został już przehandlowany, aliści pewności brak. W końcu żyjemy w państwie, gdzie „liberalne” władze wprowadzając „nowe standardy” szczególnie mocno dbają o jawność działań, szczególnie na szczeblu samorządowym.

20 listopada zmarł Jan Machulski, między innymi twórca... Teatru Ochoty. W mediach, poza krótkimi notatkami – pełne milczenie. Nic. Zmarł i koniec. Być może owo milczenie da się wyjaśnić poprzez analogię. Oto gdy 6 marca 2008 r. zmarł Gustaw Holoubek, to organizatorzy obchodów rocznicowych Marca '68 musieli sobie przypomnieć, że wcale nie Adam Michnik, Jacek Kuroń i kto tam jeszcze spowodowali swą „niezłomną postawą” zamieszki. Mało tego – nadęte wykształciuchy musiały przyznać, że było to jedyne wystąpienie w okresie PRL – u nie związane z cenami kaszanki. Po prostu przykrość wielka, bo to i okrągła rocznica.

A cóż się wydarzyło ostatnio w Warszawie? A oto mieszkańcy 4 listopada mogli radośnie świętować 56. urodziny Hanny Gronkiewicz – Waltz, dwulecie jej prezydentury oraz rocznicę obalenia kaczyzmu na rzecz donaldyzmu. A tu zgon, który w odczuciach wielu dziwnie łączy się z „radosną twórczością” warszawskich urzędasów na niwie kultury, przeciwko której protestują aktorzy, między innymi Witold Pyrkosz.

Osobiście dostrzegam jeszcze jeden powód milczenia. Pamiętacie Państwo jak grany przez Jana Machulskiego Kwinto w filmie Vabank wypowiadał taką oto sentencję: Jeśli mam kraść jako polityk, fabrykant czy bankier, to wolę już par excellence jako złodziej. Aktualne.

A mi jest po prostu smutno, że odszedł wspaniały aktor.

Źródło:

http://www.zw.com.pl/artykul/2,303387_Nowy_pomysl_na_teatr.html

czwartek, 20 listopada 2008

Korytko – nakryj się!

Polska to kraj niezwykły a mentalność Polaków to istny cud. Najpełniej nasz bujny polski charakter przejawia się w pięknie języka, gdzie np. do „koryta” ewentualnie „żłobu” dostawiane są „stołki”. Warto też zwrócić uwagę, że to, czy akurat Polak mówi o „żłobie” czy też używa określenia „koryto” jest uzależnione tym, czy odwołuje się do poziomu inteligencji czy też przymiotów charakteru rezydentów „postawionych” na konkretnych „stołkach” (też kuriozum językowe).

Powyższe żarty językowe można ciągnąć jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejsze niż tworzenie spisu negatywnych odniesień językowo – kulturowych wobec władzy wydaje się wskazanie ich genezy. Bez wątpienia jedną z nich jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wobec mniej lub bardziej jawnego złodziejstwa, czynionego przez władzę w majestacie prawa. Oto kilka prostych przykładów, ukazujących sposoby bezstresowego napełniania kolejnych „koryt” i „żłobów”, dzięki którym w Polsce nie opłaca się oficjalnie pracować i zarabiać.

Każdy pracownik od każdej zarobionej złotówki musi odprowadzić daninę na tzw. Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, który „składki” („haracz” byłoby bardziej na miejscu) przekazuje do ZUS – u. O tym, co owa instytucja gwarantuje nic nie da się napisać, bo niczego – oprócz przekrętów – nie gwarantuje. Jednym z nich jest potrącanie składek na ubezpieczenie chorobowe od wszystkich składników wynagrodzenia, w tym również od nagród z zysku. Tyle, że w przypadku choroby i skorzystania ze świadczenia chorobowego owe pobrane od nagród z zysku składki nie są uwzględniane przy naliczaniu wysokości świadczenia chorobowego. Płać i płacz.

Innym wspaniałym przykładem jest rozliczanie bezpłatnych urlopów wychowawczych, jakie funkcjonowały w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Choć osoba, która z nich skorzystała faktycznie nie otrzymywała żadnych środków, to zakład pracy, który takowego urlopu udzielił, płacił za korzystającą z niego osobę pełną składkę ZUS. Podobnie rzecz się miała w przypadku pracowników oddelegowanych do pracy za granicami PRL – u. Warto dodać, że przynajmniej część z osób oddelegowanych miała możliwość zarabiania prawdziwych pieniędzy, a nie bonów emisyjnych NBP. Gdy dzisiaj osoby te korzystają ze świadczeń emerytalnych, to mimo że zakłady pracy płaciły w obu przypadkach pełne składki ZUS – owskie, osoby oddelegowane do pracy za granicą mają zaliczony ów okres jako stuprocentowy okres składkowy, zaś osoby korzystające z bezpłatnego urlopu macierzyńskiego – ów okres mają zaliczony tylko w 50%. A przecież płacili tyle samo – 100%.

A skoro już jesteśmy przy emeryturach. Niezbyt wysokie świadczenia (mimo pobieranych wysokich składek) zmuszają ludzi do kontynuowania aktywności zawodowej po przejściu na emeryturę. I tu zaczyna się robić wesoło. Oto pracujący emeryt ze swojego wynagrodzenia płaci składkę (50%, resztę zakład pracy) na ubezpieczenie rentowe, z którego przecież z definicji nie skorzysta. Mało tego – owa składka nie jest brana pod uwagę przy naliczaniu podstawy wysokości świadczenia emerytalnego. Czyli – płać, ale i tak nigdy z tego nie skorzystasz.

Albo weźmy obowiązkowe składki płacone przez pracodawcę na Fundusz Pracy i wspomniany wcześniej Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Składki te rzutują na koszt zatrudnienia, a tym samym wysokość wynagrodzenia pracownika. W przypadku emerytów nie są brane pod uwagę przy naliczaniu wysokości świadczenia emerytalnego, a pracodawca zatrudniający emeryta nie ma z tego tytułu żadnej ulgi. Tyle, że z tych „funduszy” wypłacane są między innymi zasiłki dla bezrobotnych, z których emeryt w życiu nie skorzysta! Czyli ponownie – płać, ale zapomnij o możliwości skorzystania.

O złodziejstwie „dobrowolnego” ubezpieczenia emerytalnego tzw. drugiego filara (OFE) nie mam już nawet siły pisać. Krótko, antonimami – dobrowolne ubezpieczenie, które mam obowiązek płacić, wpłacane przeze mnie pieniądze nie są moje, nie mam żadnego prawa do dysponowania nimi, a i o zyskach z inwestowania przez OFE wpłaconych przeze mnie pieniędzy też nie mam co marzyć. Dobre, prawda?

Po roku działalności tzw. liberałów i tzw. liberalnego premiera, który powołał liberalną speckomisję Przyjazne Państwo, absurdy fiskalne i czyste złodziejstwo nadal funkcjonują i mają się w najlepsze. Nikt nawet nie próbuje tego ruszyć. No i pewnie – czymś trzeba te „korytko” napełnić, a tu jeszcze zima idzie, i kryzys, który nas wprawdzie nie dotknie, ale zabezpieczyć się trzeba...

Mam nadzieję, że tym tekstem znane z czasów komuny (która wprawdzie upadła, ale tylko po to, by twórczo transformować) hasło nie kradnij – rząd nie lubi konkurencji uaktualniłem i wprowadziłem w XXI wiek. A raczej nie ja, tylko kolejne „demokratyczne” i „sprawiedliwe społecznie” rządy, których radosną działalność opisałem. Taka tradycja, jak widać.

środa, 19 listopada 2008

Kasowe święto

Jeszcze nie zgasły znicze na grobach, wiatr nie rozwiał ich dymów, a już w sklepach pojawiają się dekoracje bożonarodzeniowe, „świąteczne promocje”, a lada moment z głośników polecą „staropolskie” Jingle bell's czy Stile nacht, bo przecież Lulajże Jezuniu czy Przybieżeli do Betlejem to zaściankowy obciach. Najlepsze są jednak tłumaczenia takiego postępowania – „musimy teraz, bo później nie zdążymy”. To zmieńcie branżę, skoro najwyraźniej o planowaniu długoterminowym nie macie bladego pojęcia.

To samo w przypadku innych świąt. A jakby tego było mało – bo na zniczach i wieńcach widać za mały zarobek – do tradycyjnych Wszystkich Świętych i Zaduszek dokooptowany został importowany Halloween. Gdy nowy król panuje z nową królową, to zarobek też jest dobry pod szkołą podstawową – jak śpiewał swego czasu Kazik Staszewski.

Przy tej okazji nie mogę się powstrzymać od refleksji, jak to ignorancja sama się ośmiesza. Oto w dzień Wszystkich Świętych będący świętem tych, którzy oddali życie za wiarę chrześcijańską i umarli w Chrystusie, pojawiły się żałobne nekrologi w mediach, jak to bardzo brakuje „nam” (jak komu) „drogiego” (fakt – tani nie był) Bronisława Geremka. Pominięta została w nich komunistyczna przeszłość europosła, wybitnie sceptyczny stosunek wobec nauk Kościoła katolickiego oraz to, że ducha wyzionął zasadniczo w Mercedesie i w jednoznacznych okolicznościach. Ale z tych laurek można wnioskować, że były profesor Geremek jest świętym albo co najmniej męczennikiem Kościoła! Dobre sobie. Warto też dodać na marginesie, że dzień wspominania zmarłych – Zaduszki – przypada niezmiennie 2. listopada, o czym przodujący w wyszkoleniu ideologicznym dziennikarze i dziennikarki winni wiedzieć. Chyba, że jednak nie przodują.

I tak prawie że wszędzie, w polityce zwłaszcza. Ci sami „działacze”, którzy stręczą UE i traktat lizboński nie przepuszczą okazji do pokazania ryła w telewizji przy okazji obchodów Święta Niepodległości. Orędownicy przejęcia winy za zbrodnie niemieckie z czasów drugiej wojny światowej i komuniści za nic w świecie nie przepuszczą okazji by 1. sierpnia nie zamanifestować swego patriotyzmu i „szacunku” dla tradycji podczas obchodów rocznicowych wybuchu Powstania Warszawskiego. A wszyscy razem po radosnym „marszu równości” będą się dzielić opłatkiem, jajeczkiem, wygłaszać orędzia i składać „najserdeczniejsze” życzenia, choć na co dzień gotowi są zębami i pazurami zwalczać „ciemnogród” chrześcijański i za wszelką cenę bronić święta 1. mają przed detronizacją na rzecz święta Trzech Króli. Szczytem wszystkiego jest odwoływanie się do chrześcijańskiego sumienia i przebaczenia, jakie ma miejsce przy okazji prób rozliczeń bandytyzmu, złodziejstwa i łajdactw PRL – u.

Może jestem naiwnym idealistą ale uważam, że prawo jeśli ma być sprawiedliwe musi obowiązywać wszystkich członków społeczeństwa. Zasady obowiązują zawsze i wszystkich. Podobnie rzecz ma się z moralnym systemem wartości. Podejście fifthy – fifthy jest tu absurdem. Rano parada równości, w południe marsz entuzjazmu dla aborcji i eutanazji (do czasu ten entuzjazm dla eutanazji), a wieczorem prezenty i życzenia z okazji wigilii narodzenia Jezusa Chrystusa. Wolność słowa i polityczna poprawność z wolnością nie mająca nic wspólnego. I tak dalej. Hipokryzja, niekonsekwencja, brak charakteru. Jak kto odrzuca Chrystusa, to niech zapomni o prezentach pod choinką oraz dniach wolnych z okazji świąt chrześcijańskich. Przecież te dni nie są dla niego świętami, więc chyba może pracować. Ja np. będąc Polakiem nie mam wolnego z okazji Jom Kipur a i rocznic Rewolucji Październikowej też nie świętuję dniem wolnym.

piątek, 14 listopada 2008

Świnia na prezent

Francuzi są dumni z laickiego charakteru swojego państwa. Dlatego też zwyczaj obchodzenia imienin jest im obcy, jako mający swą genezę w tradycji religijnej. Europejski premier Tusk Donald wiedział o tym rzecz jasna i postanowił odwdzięczyć się prezydentowi Francji za rozczarowania kampanii napoleońskiej, postawę we wrześniu 1939 r. i ogólną wykładnię równości wewnątrzunijnej „Polska ma okazję siedzieć cicho i słuchać”. Ogłosił mianowicie, że przylatujący do Polski 6 grudnia prezydent Nicolas Sarkozy otrzyma prezent imieninowy.

Sarkozy zgodził się prezent przyjąć, żeby nie robić międzynarodowego obciachu. W Polsce uszło by mu to na sucho, ale nie wiem czy we Francji nie będzie się musiał gęsto tłumaczyć, że jako reprezentant państwa nie szanuje jego obyczajów.

Niezależnie od wszystkiego cała ta sytuacja ma również znaczenie symboliczne. W państwach narodowych św. Mikołaj przylatuje rozdawać prezenty. W kosmopolitycznej WE świecki Nicolas przylatuje zbierać prezenty.

Za wszystko zapłacą podatnicy. Czy ci panowie w garniturkach nie mogli by grać w salonowca za własne?

środa, 12 listopada 2008

Wyrazy uznania

Człowiek się przyzwyczaił, że w życiu jak za kierownicą – maksymalnie ograniczone zaufanie do wszystkich. Aż tu nagle – szok. Ale po kolei.

Mam psa. Kupno karmy niby nie jest trudne, ale jej transport już niekoniecznie. Dlatego też powstały różne sklepy internetowe, handlujące karmą dla zwierząt i innymi akcesoriami dla zwierzaków. Często jest w nich taniej niż w tradycyjnych sklepach zoologicznych, a i fakt, że doniosą pod drzwi też nie jest bez znaczenia. W jednym takim internetowym sklepie od blisko 2 lat kupuję karmę dla swojego „maleństwa”. Zawsze pełna kultura, aż tu ostatnio przydarzył się casus paskudeus. Dostarczono inną karmę niż zamówiłem. Jak się zorientowałem – mało mnie szlag nie trafił. Piątkowy wieczór, zaczyna się dugi „łykent”, wszędzie pełna dezercja. Co robić? Zadzwoniłem, nagrałem się, ale ciągle mało. Wysłałem e – mail z opisem sytuacji i pytaniem, co z tym fantem firma ma zamiar zrobić?

W poniedziałek wieczorem otrzymałem odpowiedź. Zostałem przeproszony, firma obiecała, że w środę po 18 -ej przyjadą i wymienią karmę na tą, którą zamówiłem. Pomyślałem sobie – pożyjemy, zobaczymy.

Środa, punkt 18. dzwonek, wymiana karmy, podpis na fakturze wymiany, faktura wadliwie zrealizowanego zamówienia. Dziękuję, do widzenia.

Wpadki i pomyłki mogą się zdarzyć każdemu. Miarą przyzwoitości i człowieczeństwa jest sposób, w jaki z nich wybrniemy. Firma Telekarma dowiodła najwyższej klasy. Pokazała, że szacunek dla danego słowa, renoma i zaufanie klienta są dla nich naprawdę ważne. „Politycy” polscy 11 listopada 2008 r. nie zdobyli się na podobny gest wobec społeczeństwa, choć jak widać można i nie jest to takie trudne.

Wielki szacunek i wyrazy uznania dla firmy Telekarma! I serdeczne podziękowania.

Miło napisać o czymś przyjemnym.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Kryzys im. Wałęsy?

Na „polskiej drodze do socjalizmu” tylko wystąpienia w marcu 1968 r. nie wiązały się z cenami kiełbasy. Wszystkie pozostałe – jak najbardziej. I co ciekawe – za każdym razem począwszy od 1970 r. gdy tylko objawiał się kryzys jak diabełek z pudełka wyskakiwał Lech Wałęsa. Z kolei po Okrągłym Stole, po którym wprawdzie komunizm „upadł” ale i tak nastąpiła „transformacja ustrojowa” nastały rządy prezydenta Lecha Wałęsy, w trakcie których kryzys zwany „reformami Balcerowicza” wykończył cały polski przemysł podpisujący umowy długoterminowe. Rzesze przedsiębiorców, którzy uwierzyli, że american dream jest możliwy także w kraju nad Wisłą wykończyła inflacja w ciągu roku sięgająca 1000%.

Rok 2008 – najpierw słynna książka doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, potem nominacja na „Mendrca Ełropy”, 25.- lecie Nobla, spory kto, kogo, gdzie zaprosił, a gdzie nie, wreszcie kto, gdzie i dlaczego nie przyszedł. I od razu „kryzys” bankowy! Rzecz jasna – jaki tam „kryzys” – to rezultat, jak proroczo powiedział Stefan Kisielewski. Okazało się bowiem, że pewnych praw się nie da złamać. Bank nie może bezkarnie sprzedać więcej niż ma osobom, których nie stać na kupno. A jeśli spróbuje – powinien zbankrutować. Ktoś użył swego czasu porównania z „warzywniakiem”. Cóż, „warzywniak” nie sprzeda więcej kartofli niż ma na składzie, a bank próbował. Skutki jakie są każdy widzi.

Czy najwybitniejszy noblista wśród stoczniowców (i nie tylko) ma jakieś związki z kryzysami gospodarczymi – nie wiadomo. Cała masa socjalistów radośnie wieszczy błędność założeń Smitha, Friedmana i Fukuyamy o „niewidzialnej ręce rynku”. Nie dostrzegają, że wprawdzie udało się im ją na chwilę przytrzymać, ale skutek tego będzie taki, że jak już łupnie – to na całego. Przecież zwiększając dług publiczny poprzez pożyczki na ratowanie banków zmniejszają wartość nabywczą waluty. Czyli w skrócie – im więcej będzie pomocy, tym szybciej i mocniej gospodarkę światową na dobre szlag trafi.

Pomysł przekształcenia polskich stoczni w banki jako żart jest świetny, ale z drugiej strony – ile można je dotować?! Tylko ludzi szkoda, ale w końcu kto głosował za wejściem do UE, kto wybierał premiera z Gdańska itd.? To nie kryzys – to rezultat. Dziwi, że jeszcze nie objawił się bank reklamujący swoje usługi hasłem „My nie potrzebujemy pomocy rządu!”. Przeniósł bym do nich swoje konto szybciej, niż PO wycofała się z podatku liniowego.

czwartek, 6 listopada 2008

Różnica zasadnicza

Przypadkowo przełączyłem telewizor na kanał TVN24. A tam – prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz – Waltz. Po chwilowym wsłuchiwaniu w jej wypowiedź przełączyłem na CNN by obejrzeć (czarnego) Barracka (w Białym Domu) Obamę.

Nawet pod rządami socjalistycznymi, na które w USA się właśnie zanosi, mit american dream będzie jeszcze długo pokutował w świadomości społecznej. Natomiast mieszkanie w mieście rządzonym przez Hannę Gronkiewicz – Waltz zaczyna coraz bardziej przypominać pokutę. I to jest różnica zasadnicza.

środa, 5 listopada 2008

Obyś żył w ciekawych czasach

Wedle starego porzekadła PRL była najweselszym barakiem w obozie państw socjalistycznych. O tym, czy w Białym Domu zamieszka najweselszy socjalistyczny Barrack, czy może jednak myślący polityk – czas pokaże. W sumie to jednak czarny dzień dla wolności i własności.

Jak pokazały obecne wybory prezydenckie – USA to jednak prawdziwa demokracja i żaden gówniarz, znaczy pardon – spontan of course, nie wysyłał SMS – ów nawołujących do chowania babciom dowodów osobistych. Nawet tym, którym się zmarło przed rozpoczęciem głosowania. Zaklęcia zaprzyjaźnionych szamanów z sąsiedztwa pomogły – wprawdzie „maszynki” trochę szwankowały, ale spirytystyczne wota dodały nowego ducha systemowi, choć zaleciało czarną magią. Nie tak jak w Polsce, gdzie prymitywnie zabrakło kart do głosowania.

Zresztą u nas też wesoło. Do 4 milionów za zabawę sylwestrową i miliona na dofinansowanie jubla z okazji 25. – lecia przyznania „nobla” Lechowi Wałęsie za 182 tysiące złotych mieszkańcy stolicy dowiedzieli się, jak to prezydent Hanna Gronkiewicz – Waltz wybudowała pierwszą linię metra. Ile trzeba zapłacić, by przyznała się do zablokowania i rezygnacji z budowy drugiej? Ech, ta walka z kryzysem i te cięcia wydatków publicznych. Ale co to ja chciałem powiedzieć? Acha – wszystkiego najlepszego z okazji 56. urodzin, Pani Prezydent.

W ramach walki z kryzysem stocznie polskie trafi szlag, bo muszą w ciągu pół roku oddać całą otrzymaną pomoc finansową, zapewne z procentami. Z czegoś przecież trzeba ratować te biedne banki, ponoć bankierzy już toczą z lumpami boje o miejsca przy co bardziej luksusowych śmietnikach. Niestety, perspektywa kryzysu finansowego tak przeraziła władze Wenezueli, że na wszelki wypadek Najwybitniejszego Noblistę Wśród Stoczniowców (i nie tylko) ogłosili „persona non grata”. Dzięki temu nie muszą wydać miliona złotych, jak Warszawiacy. Cóż za niewdzięczna dzicz!

Pod Sejmem na Wiejskiej cud prawdziwy – wszystkie związki zawodowe zgodnie demonstrowały przeciw polityce rządu. Ale przecież RP Ludowa państwem laickim jest, więc co kogo obchodzą cuda jakoweś?

poniedziałek, 3 listopada 2008

Czyżby zmierzch Socjalistycznych Sithów?

Polska będzie eksportować tortury alarmuje dzisiejsze internetowe wydanie dziennika „Dziennik”. Następnie donosi o polskim projekcie tzw. ustaw antyterrorystycznych, przygotowywanych przez MSWiA. W zamierzeniu projektodawców mają nastąpić znaczne rozszerzenia uprawnień bezpieki w sferze podsłuchów, inwigilacji, kontroli korespondencji (czego wprawdzie nie napisano, ale wydaje się to logiczne), zatrzymań na 72 godziny, wreszcie wysyłania podejrzanych o terroryzm do krajów, w których stosowanie tortur jest prawnie dopuszczalne. Jak zwykle, podobnie jak i w przypadku prób cenzurowania internetu, mamy do czynienia z walką o pokój, demokrację, wolność słowa itd.

Równie dobrze można by wprowadzić zapis o zwalczaniu demokracji jako formie obrony demokracji, względnie odwołując się do słów generała Jaruzelskiego – o terrorze jako środku propagowania zasad wolności. Bzdura oczywista, ale jaka słuszna idea!

Zapewne niektórych dziwić będzie milczenie w tej kwestii wszystkich tych lewackich „obrońców praw człowieka”, ale działa tu mechanizm, który określiłbym mianem „mechanizmu Rospudy”, gdyby hipokryzja nie miała już swego imienia. Protestować należy tylko w słusznej sprawie, np. przeciwko budowie obwodnicy. Jadące dniem i nocą ciężarówki są już całkiem w porządku. Podobnie tutaj.

Ponieważ w świetle informacji mamy do czynienia przede wszystkim z rozszerzeniem możliwości prewencji (czyli zapobiegania), zachodzi obawa, że miast do zwalczania terrorystów przepisy zostaną zastosowane do zwalczania i kneblowania opozycji. Szczególnie tej krytykującej euro – socjalizm i dyktat wątpliwych i samozwańczych „autorytetów”. Jest oczywiste, że wcześniej czy później krocząc tą drogą ponownie dojdziemy do świata łagrów, obozów koncentracyjnych i mordów politycznych, a wtedy tak dziś broniona demokracja stanie się jeszcze jednym synonimem na określenie bandyckiego totalitaryzmu. Jednakże zastanawia co innego – skoro idee euro – socjalistyczne mają tak szerokie poparcie społeczne, jak opisują „opiniotwórcze” media, to po co brutalnie zwalczać wymierających szaleńców wołających na puszczy? A może rzecz ma się całkiem odwrotnie – inteligentni i wykształceni ludzie odwracają się od systemu, który każe im harować na utrzymanie ukrywającego się za kretyńskimi „ksywkami” (grypsera celowa) „spontanu” forów internetowych, w swej istocie będącym bezideowym, bezmyślnym, chciwym i leniwym motłochem? Cóż, to ważki powód do zabójstwa.

sobota, 1 listopada 2008

Dalecy bliscy

Ciągle obecni

Chociaż ich nie ma
Światełka pamięci
Na grobach 
W sercach

wtorek, 28 października 2008

Euro – Disneyland zastępczy

Przez polskojęzyczne media niczym huragan przewala się dyskusja o co rychlejszym przyjęciu Euro jako waluty. Nie padają żadne argumenty, za to wszyscy specjaliści od polityki i finansów spierają się o ewentualny termin. Wykazują tym samym całkowitą ignorancję w kwestiach działania mechanizmów prawnych we Wspólnocie Europejskiej oraz całkowite oderwanie od rzeczywistości. Chyba, że celem tych pyskówek jest wywarcie wrażenia na publice, że coś się dzieje, coś się robi i na coś jeszcze ma się wpływ. Ale po kolei.

Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, że przyjęcie Euro jako waluty nie jest takie proste, jakby to wynikało z baraszkowania prezydenta z premierem. Po pierwsze Polska musiałaby zostać przyjęta do systemu ERM II (Mechanizm Kursów Walutowych), do czego musi spełniać konkretne i wyśrubowane kryteria. Do nich należą zarówno uporządkowane kwestie legislacyjne, fiskalne, monetarne, ustabilizowany kurs walutowy. Określone są zarazem dokładnie poziom inflacji i bezrobocia. Oprócz tego do przyjęcia do systemu ERM II konieczne jest ustalenie pewnych kwestii z NBP oraz podjęcie konkretnych negocjacji z Europejskim Bankiem Centralnym i Komisją Europejską. Jakoś o tym nie słychać, a to dopiero początek problemów. A pamiętać trzeba, że w tej „poczekalni” spędzi minimum dwa lata.

Dotąd optymistycznie niedostrzegający kryzysu finansowego premier raczył ostatnio zmienić zdanie, choć wnioskami, o ile je wyciągnął, jakoś omieszkał się podzielić. A sprawy stoją źle, i to bardzo źle. Tego, że kryzys mocniej uderzy w Polskę w której wszystkie banki zostały sprzedane obcemu kapitałowi jeszcze nikt nie powiedział, a szkoda. A warto do tego dodać sytuację w sektorze Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Dla jasności podaję, że sektor MŚP jest „oczkiem w głowie” wszystkich polskich rządów, jak również WE. Widać to w każdej strategii rozwoju – każda zawiera zapisy o wsparciu sektora. Szeroko reklamowane swego czasu samozatrudnienie to również sektor MŚP. W zasadzie sektor MŚP, skupiający się na drobnej wytwórczości, usługach i handlu, pozostaje, poza tzw. „szarą strefą” (30% PKB!), ostoją polskiej przedsiębiorczości i polskiego kapitału. Tymczasem wydarzenia, które mają obecnie miejsce każą wątpić, czy sektorowi MŚP uda mu się przetrwać kryzys.

W pierwszym rzędzie sytuacja na międzynarodowych rynkach finansowych uderzy w tych, którzy zdecydowali się skorzystać z unijnych dotacji. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że owe dotacje są przyznawane na realizację konkretnych założeń biznesplanu i wypłacane w transzach po realizacji kolejnego etapu. Mało tego – najczęściej w umowie są zapisy o inwestycjach w nowoczesne technologie oraz zwiększaniu zatrudnienia. Idę o zakład, że większości nie uda się spełnić tych kryteriów zwłaszcza w okresie kryzysu. Tyle, że wtedy ci, którzy nie spełnili owych kryteriów muszą oddać całe otrzymane dofinansowanie działalności uzyskane od WE i to z procentami! Plajty jak amen w pacierzu.

Jakby tego było mało okazało się, że blisko 600 tysięcy MŚP rozliczających się w formie ryczałtu od 2003 r. nie ma do tego prawa i będzie musiała zapłacić zaległe podatki wraz z procentami! Dziwi przy tym, że urzędy skarbowe przez tyle czasu nie raczyły ich o tym poinformować. Tyle, że owe 600 tysięcy osób należy przemnożyć przez liczbę ich pracowników oraz kontrahentów, którzy też poniosą straty mogące zakończyć się plajtą.

Innymi słowy – idą ciężkie czasy i prawdopodobnie zarówno inflacja jak i bezrobocie poszybują wysoko. Dlatego tak irytują te bzdury wygadywane o szybkim przyjęciu Euro jako waluty przy jednoczesnym unikaniu tematyki prawdziwych i ważkich problemów. O „ekspertach” nawet nie wspomnę – w końcu cały czas twierdzą, że obecnego kryzysu nie dało się przewidzieć. To co z nich za eksperci?

sobota, 25 października 2008

By żyło się lepiej

W trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej spotkałem znajomego, o którym wiem, że należy do PO. Zadałem mu wtedy dość jasno sformułowane pytanie, na które odpowiedź bardzo mnie interesowała. Skąd mianowicie PO ma zamiar wziąć pieniądze na obiecywane wszem i wobec podwyżki, skoro z drugiej strony deklaruje podjęcie działań przynajmniej początkowo zmniejszających wpływy do budżetu, takich jak wprowadzenie podatku liniowego (sztandarowy postulat PO z lat 2005 – 2007, dziś „taktownie” zapomniany), likwidacja abonamentu i ponad 200 opłat urzędowych, wreszcie zwolnienie emerytur z podatków. W odpowiedzi usłyszałem, że wrócą rodacy z emigracji, przywiozą ze sobą pieniądze i dzięki temu rząd będzie mógł się wywiązać ze swych obietnic.

Zatkało mnie. Nie dlatego, że miast rzetelnej odpowiedzi od człowieka po dwóch fakultetach usłyszałem jedynie stek propagandowych bzdur. Zatkał mnie poziom bezczelności. Po pierwsze spece z PO liczyli na pieniądze, o których tak naprawdę nie mieli żadnych danych, zwłaszcza co do ilości czy pewności wpływu. Po drugie – przecież ci wszyscy, którzy emigrowali z kraju „za chlebem” uczynili to w nadziei poprawy własnego losu, nie zaś dla zdobycia środków zaspokajających polityczne aspiracje. Inna sprawa, że jakich ja właściwie wyjaśnień oczekiwałem ze strony działaczy całkiem serio operujących pojęciami budowy „drugiej Irlandii” czy „cudu gospodarczego”?

Polska nie jest izolowana od reszty świata i [...] również nas zaczynają dotykać objawy kryzysu – mówił w piątek w trakcie wizyty w Chinach premier Tusk. Miło z jego strony, że wreszcie zauważył pewne zależności. Ciekawe, czy wyciągnie z tego wnioski praktyczne. Niezależnie od tego z niepokojem patrzę w przyszłość, gdy do kryzysu, a w istocie rezultatu sprzedaży sektora bankowego, dochodzą ważkie reformy polskiej służby zdrowia, a w mediach pojawiają się relacje o powracających z emigracji zarobkowej rodakach. Wprawdzie jeszcze niewielu wróciło (pytanie ilu już zdążyło ponownie wyjechać?), ale za to w przyszłym roku, jak wrócą...

Partie polityczne mają swoje hasła wyborcze, slogany a nawet piosenki, które w zamierzeniu mają ułatwiać wyborcom orientację co do programu i kompetencji działaczy danej kliki. Obawiam się, że w najbliższym okresie możemy oczekiwać renesansu popularności piosenki kabaretu Tey, niestety w charakterze wypełnienia treścią pamiętnego sloganu „by żyło się lepiej”:

Bo my musimy być silni i zdrowi,

choćby na skrobi, choćby na skrobi!

Bo my musimy być dziś mniej pazerni,

roślinożerni, roślinożerni!

środa, 22 października 2008

Jasna przyszłość „czarnej listy rajów podatkowych”

Przeglądając cały ten natłok informacyjny, gdzie dominującym tematem są komercyjne szpitale nastawione na zysk i finansowane z podatków (strach pomyśleć co będzie, jak wzorem prywatnych banków amerykańskich zaczną bankrutować) natrafiłem na taką oto ciekawostkę. Oto politycy europejscy postanowili sporządzić i opublikować „czarną księgę rajów podatkowych”. Innymi słowy państw, w których są niskie i sprawiedliwe podatki a banki przestrzegają zasad tajemnicy zawodowej, stawiając swoje dobre imię i zaufanie klienta ponad grymasy polityków. Cóż, gdyby dobrze poszło, to już od roku Polska zajmowałaby na tej liście poczesne miejsce. Mówię oczywiście o filarze gospodarczego planu rządzącej obecnie PO, czyli podatku liniowym 3x15%, o którym dzisiaj jakby zapomniano. O obiecywanym niejako „w pakiecie” zwolnieniu emerytów z podatków już nawet nie wspomnę.

Osobiście uważam utworzenie i opublikowanie takiej „czarnej listy rajów podatkowych” za ważką i słuszną inicjatywę. Dobrze przy tym by było, aby obok informacji o nazwie państwa podawano średnie oprocentowanie rachunków bankowych, koszty kredytów i rzecz jasna – stawki podatkowe. Mało tego – mam nadzieję, że wkrótce taka „czarna lista” powstanie, zostanie upubliczniona i będzie na bieżąco uaktualniana we wszystkich wspomnianych wyżej aspektach, co leży również w interesie państw, które się na niej znajdą. Dzięki tejże bowiem „czarnej liście rajów podatkowych” żyjący z pracy obywatele państw o odmiennych ustrojach społeczno – gospodarczych będą wiedzieli gdzie lokować oszczędności. Zanim zdecydują się na emigrację z państw, które dla odmiany winy być umieszczone na analogicznej „białej liście piekieł podatkowych”.

Źródło: http://www.kapitalizm.org/?action=show_article&art_id=5019

poniedziałek, 20 października 2008

Na miarę możliwości

W ostatnich dniach przez polskojęzyczne media przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy prezydent Kaczyński i PiS już uprawiają kampanię wyborczą, czy może jeszcze nie. No cóż, jaki pan taki kram, więc i w tym przypadku można owo „odkrycie” skwitować słowami Stanisława Barei, że jest to miś na miarę naszych możliwości. Można co prawda wspominać oskarżenia rzucane swego czasu przez wiceministra Waszczykowskiego, jakoby rząd podejmując ważne decyzje polityczne kierował się nie dobrem kraju, ale słupkami sondażowymi. Albo też wrócić pamięcią do poprzedniej kadencji i działalności ówczesnej opozycji, ze słynnym gabinetem cieni włącznie.

Tyle, że jeśli trochę się zastanowić, to wszystkie polskie partie polityczne i działacze po 1989 r. permanentnie uprawiają kampanię wyborczą. Dotyczy to zarówno rządów jak i opozycji. Gdyby było inaczej, dawno rozwiązane by zostały problemy związane z ZUS – em, KRUS – em, służbą zdrowia, szkolnictwem itd., z którymi każdy kolejny rząd się boryka. Tyle, że gdyby komukolwiek zależało na rozwiązaniu tych problemów, musiałby podjąć decyzje, które najprawdopodobniej nie byłyby popularne społecznie, w związku z czym spadną słupki poparcia. Grozi to brakiem reelekcji, a co ma robić polityk przyzwyczajony do egzystowania w sferze przywilejów i publicznych funduszy, czyli na koszt społeczeństwa? I tak jedynym remedium na nierentowność i długi różnych instytucji jest jedynie przerzucanie środków, choć każdy kretyn chyba rozumie, że podnoszenie kosztów funkcjonowania wcale nie musi oznaczać poprawy jakości oferowanych usług.

To właśnie dzięki owej permanentnej kampanii wyborczej, prowadzonej przez wszystkich „polityków” niezależnie od ich aktualnej pozycji, na polskiej scenie politycznej zaistniał fenomen, że co wybory startowały inne partie, ale „mordy nasze kochane” wciąż te same. Rzecz jasna z paroma ciekawymi wyjątkami – np. PSL i Waldemar Pawlak, czy Jarosław Kalinowski także z tej formacji. Trzeba się jednak w tym miejscu uderzyć w piersi – myśmy sami tego sprawcami. Bo jakże często głosujemy na puste obietnice, czyli „kiełbasę wyborczą” zapominając, że za nimi stoją jednak konkretni ludzie, których często jest już z czego rozliczyć, w tym z wywiązywania się ze złożonych obietnic. Inna sprawa, że często dochodzi do paradoksalnych sytuacji, gdzie głosuje się nie tyle na kandydata, ile przeciw jego oponentowi. Tak było w 1990 r., gdy w drugiej turze wyborów prezydenckich dokonywano wyboru między enigmatycznym Stanem Tymińskim a Lechem Wałęsą. Pięć lat później sytuacja się powtórzyła, leczy tym razem głosowano na Aleksandra Kwaśniewskiego mając dość pomroczności jasnej w Pałacu Prezydenckim i wszelkich wystąpieniach państwowych najwybitniejszego noblisty wśród stoczniowców (i nie tylko).

Cała ta heca i przecieranie g... przez durszlak w nadziei otrzymania leguminy ukazuje jeszcze jedno. Ogromną pogardę i arogancję, z jaką zarówno politycy jak i dziennikarze traktują społeczeństwo polskie. Wpisuje się to znakomicie w proces tresury, gdzie merytoryczna debata polityczna została zastąpiona retorycznymi przepychankami rodem z sitcomu dla opornych.

piątek, 17 października 2008

Wizja kasandryczna

Jak wiadomo (przynajmniej niektórym) z historii, wrogami klasowymi społeczeństwa radzieckiego (czytaj: władzy radzieckiej) byli: kułak, burżuj, fabrykant, obszarnik, imperialista itd. W sumie pod względem merytorycznym, który różnił się zasadniczo od wersji ideologicznej, wszystkich wrogów klasowych łączyło jedno – własność, którą posiadali. Owa własność bowiem dawała im pewne prawa, np. właściciel samochodu może pojechać sobie w siną dal (rzecz jasna nie w ZSRR ale dzisiaj), a władza nie wie gdzie sobie pojechał, i dlaczego. Właściciel mieszkania może je na przykład sprzedać, wyprowadzić się i więcej nie płacić podatków władzy, która mu się nie podoba. Albo też może sobie w mieszkaniu zameldować, kogo mu się żywnie podoba, może je przekazać, komu mu się żywnie podoba itd. I wcale nie musi przy tym pytać władzy o zgodę. Słowem – anarchia, samowola i brak kontroli.

Dlatego wszelka własność prywatna, za wyjątkiem zaufanego grona towarzyszy, jest zwalczana z całą bezwzględnością i wszelkimi sposobami. Oto najpierw banki udzielały kredytów hipotecznych kompletnie ignorując kryteria zdolności kredytowej pożyczkobiorcy. Dzisiaj tracą na tym wszyscy, włącznie z tymi, którzy kredyty spłacali sumiennie, względnie kredytów nie zaciągali. Wszyscy bowiem będą musieli zrzucić się ze swych zarobków i oszczędności na daninę dla bankierów. Mało tego, „w trosce o dobro społeczne” postanowiono utworzyć unijną radę ekspertów, którzy zajmą się kontrolowaniem rynku bankowego, czyli będą decydować, komu i na jakich zasadach kredyt się nie należy. Jest to więcej niż pewne, skoro do owej rady wytypowano Leszka Balcerowicza, dzięki któremu dzisiaj w Polsce przemysł, wytwórczość i usługi są w zdecydowanej większości własnością kapitału zagranicznego. A zwłaszcza banki. Mało tego – już raz wyczyścił Polakom oszczędności, więc należy się spodziewać, że powracamy do systemu społecznego utrzymania instytucji, ale już prywatnych z nich zysków.

No dobrze, to załatwia sprawę tych, co chcieliby zostać właścicielami, albo nawet uzbierali 30 procent wartości (więc mogą i całość), ale co z tymi, co właścicielami już zostali? Banki obracając ich pieniędzmi straciły, ale w sumie wiadomo, że nie bank czy bankier stracili, ale klient banku. Ale to wszystko mało i dlatego wszelką własność prywatną okłada się idiotycznymi podatkami, jak np. obowiązkowe ubezpieczenie OC dla kierowców. Co za sens, skoro i tak każdy kierujący ponosi pełną odpowiedzialność za wyrządzone szkody, zaś OC pokrywa je tylko do jakiejś kwoty, a mało tego – ubezpieczyciel może zakwestionować żądane odszkodowanie. I co wtedy? Sięgamy do kieszeni.

Ale i tego mało – należy podnieść koszty życia i utrzymania własności do możliwie absurdalnego poziomu. Stąd dzisiaj właściciele mieszkań mają wyższe świadczenia więcej niż najemcy, do których czynszów właściciele i tak dopłacają poprzez miejską kasę. W takim też kontekście należałoby rozpatrywać pomysł pakietu klimatyczno – energetycznego, którego głównym punktem będzie ciągle zmniejszany przydział emisji dwutlenku węgla. Przecież w pierwszym rzędzie uderzy to w gospodarkę opartą o elektrownie węglowe. A gdy te już zostaną wykończone, przyjdzie czas na państwa z elektrowniami atomowymi, gdyż jak wiadomo brak konkurencji działa demoralizująco. Warto przypomnieć, że o kredytach na modernizację elektrowni węglowych będzie decydowała rada ekspertów, z prof. Balcerowiczem na czele. Tym, którzy wierzą, że chodzi tu o ochronę środowiska polecam rozważenie dylematu, dlaczego ekolodzy protestują przeciwko budowie obwodnicy w Rospudzie, a nie protestują przeciwko ruchowi tranzytowemu tirów, który niesie w sobie większe skażenie i więcej zagrożeń dla zdrowia, życia i każdego ekosystemu.

W ten sposób dzięki kryzysowi bankowemu i pomysłom eurokratów został uczyniony kolejny krok na drodze do systemu, w którym właścicielami zostają nie ci, co na własność zapracowali, ale ci, których zaakceptuje ogół właścicieli. Innymi słowy – system niewolniczy, bo tylko niewolnik nie może posiadać własności, gdyż z definicji wszystko, co ma, z nim włącznie, należy do kogo innego. Cały dowcip polega na tym, by sprzedać pomysł jako działanie dla dobra ogółu. A po przeprowadzeniu można będzie odrzucić pozory. W końcu wiadomo, że tylko niewolnicy uważają niewolnictwo za parszywy system społeczny. Ich właściciele raczej nie.

Tymi, którym się to nie spodoba zajmie się policja, której po raz kolejny poszerzone mają zostać uprawnienia. Odpowiedni projekt leży już w MSWiA, a hakerzy atakują strony tych, którzy nie dostrzegają cudu przemiany i jeszcze mają czelność o tym mówić.  

wtorek, 14 października 2008

Tylko zdrowi mają szansę na terapię

Cały kraj ekscytuje się kolejnym pomysłem na rozwiązanie sytuacji w służbie zdrowia. I słusznie, bo przecież jesteśmy w majestacie prawa podatkami łupieni na „publiczną” opiekę zdrowotną. Przynajmniej część polityków i komentatorów udaje głupich (albo i nie) skoro twierdzi, że komercjalizacja nie jest najczęściej wstępem do prywatyzacji. To po co by ją w takim razie przeprowadzać, skoro spółka prawa handlowego musi być dochodowa, a przedsiębiorstwo państwowe, w tym szpital – nie. Mało tego – społeczeństwo jest informowane o nic nie znaczących ekwiwokach kolejnych „wiedzących”, ale ani słowa o szczegółach operacji, co jest wymowne.

Inna sprawa, że polska publiczna służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Być może dlatego właśnie mówimy o służbie zdrowia, nie wspominając o chorych do opieki nad którymi zasadniczo została powołana. Tyle, że taka sytuacja nie jest niczym nowym w polskiej rzeczywistości. Od blisko dwudziestu lat co roku obok pielęgniarek i lekarzy wszystkich specjalizacji strajkują bądź strajkami grożą nauczyciele, policjanci i inni przedstawiciele „budżetówki”, a ostatnio dołączyli do nich sędziowie. Kolejne rządy stając przed problemem strajków i nierentowności rozważają jedynie skąd wziąć pieniądze na podwyżki, czyli jak dodatkowo okraść obywateli. Nikomu nie przyjdzie do łba postawienie podstawowego w tej sytuacji pytania: czy to aby system dystrybucji środków nie jest do kitu? A jeżeli tak, jeżeli system finansowania i dystrybucji środków odziedziczony po PRL jest niewydolny, to jak go zmienić? Większość obywateli odpowie zapewne, że przede wszystkim mnie kraść.

Warto nad tym pomyśleć, tym bardziej, że skoro prywatne banki bankrutujące na skutek swej „niefrasobliwości” (nie potrafią liczyć?) są „dofinansowywane” z budżetu (czyli przez tych co wzięli kredyty i nie mieli za co spłacić oraz tych, którzy kredytów nie wzięli, bo np. nie potrzebowali), to czy komercyjna spółka skarbu państwa w jaką ma zostać przekształcony szpital, nie będzie mogła zbankrutować? PRL – owi się przecież udało. A wtedy zapłacimy i składkę, i specjalną daninę na ratowanie naciągaczy. A potem pobiegniemy do psychoanalityka. Prywatnie.

P.S. Czy dzisiaj w sejmie to były te same pielęgniarki, co nieco ponad rok temu urządzały w nocy pod sejmem takie sympatyczne libacje? „Białe Miasteczko” się ta melina aktywistek nazywała.

poniedziałek, 13 października 2008

Standard za dodatkową opłatą

Za oknem nostalgiczne pejzaże maluje jesień, wykorzystując całą gamę barw, mgieł i załamań światła. W sejmie „ofensywa” legislacyjna dla uświetnienia rocznicy powołania rządu Donalda „Cudo – tfu – rcy”. Media roztrząsają kwestię planowanej prywatyzacji szpitali, a prezydent przerzuca się z premierem błyskotliwymi pomysłami referendum w danej sprawie, i oczywiście po staremu licytacją pozycji w hierarchii ważności w polityce. Uprzednia ekipa, tradycyjnie po wyborach w opozycji, wytyka pomysłom obecnej koalicji błędy, choć gdy sama je zgłaszała – wtedy ponoć były genialne. Znany astronom dzięki komunistycznej bezpiece wcielił w życie dewizę per aspera ad astra (przez ciernie do gwiazd), choć zachodzi podejrzenie, że na drodze do gwiazd sam stał się cierniem dla wielu ludzi. Widać z czasem wszytko parszywieje, od honoru poczynając na intelekcie kończąc. Wszędzie małostkowość i miałkość, a Poczta Polska miast przesyłek (przynajmniej tych adresowanych do mnie) dostarcza materiału do refleksji.

Poczta Główna przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie stara się wyglądać porządnie i zainstalowała telewizory wyświetlające spoty reklamowe. Jeden z nich szczerze mnie rozbawił, zaś wygłoszony komentarz wprawił pracowników w konsternację. W reklamie zalet korzystania z przesyłek priorytetowych można przeczytać, że „spełniają one standardy czasu i jakości usług pocztowych obowiązujących we Wspólnocie Europejskiej”. Przecież to kpina w żywe oczy – RP (niestety) jest członkiem WE i zgodziła się na wypełnianie narzuconych przez nią standardów. Jednakże dlaczego mamy je otrzymywać za dodatkową opłatą? Co to za standardy, które obowiązują tylko po uiszczeniu dodatkowego haraczu? Nawiasem mówiąc – nadając przesyłkę priorytetową dowiadujemy się, że instytucja nie gwarantuje, aby przesyłka doszła szybciej. Wypisz, wymaluj, cała WE w pigułce. Klimatu satyrycznego dostarcza fakt, że po drugiej stronie ulicy stoi budynek Informacji Europejskiej. No, ale dyrekcja ma ważniejsze sprawy niż sprawdzić, czy aby bzdur nie wypisują.

Smutne to w sumie, że instytucja o tak długich i często chwalebnych tradycjach, jaką jest Poczta Polska, schodzi na dziady. Inna sprawa, że nie ona jedna. Kończę już, bez dodatkowej opłaty.

środa, 8 października 2008

Paradoks Michnika

Na wstępie jednak wyjaśnienie o czym ten tekst nie jest. Nie jest o agenturalnym (a więc i szpiegowskim) charakterze wszystkich organizacji komunistycznych w okresie dwudziestolecia międzywojennego, który dziś został by określony jako terroryzm. O tym, że działalność agenturalna była prowadzona na rzecz ZSRR też nie. Nie jest też rozważaniem różnic pomiędzy sentencją wyroku (przytoczoną w publikacji IPN) a aktem oskarżenia (którego treść przywołuje A. Michnik). Nie będzie wreszcie o jednym z podstawowych celów istnienia IPN – u, którym jest utrzymywanie kontaktów z zagranicznymi archiwami (np. niemieckimi, amerykańskimi, brytyjskimi, rosyjskimi czy ukraińskimi) oraz pozyskiwanie z nich informacji dotyczących dziejów Polski i losów jej obywateli.

Ponieważ sprawa jest w sądzie należy podejrzewać, że IPN nie miał podstaw do sprostowania informacji na temat Ozjasza Szechtera. Dla dalszych rozważań nad paradoksem powództwa A. Michnika oraz wyrokiem, który zapadnie, istotne jest przypomnienie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 19. września 2008 r. dopuszczającego jako formę dyskusji badawczej (i wolności słowa) pomówienie narodu polskiego o współudział i współodpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne i nazistowskie na podstawie archiwów komunistycznej bezpieki.

Niezależnie bowiem od tego, czy IPN publikując takie a nie inne informacje dopuścił się pomówienia (według TK jest to forma wolności słowa i dyskusji „historycznej”) Ozjasza Szechtera sąd będzie musiał orzec, czy pomówienie na podstawie dokumentów komunistycznej bezpieki mieści się w granicach swobody publikacji i badań naukowych, zaś na podstawie archiwów sądowych II RP – jest przestępstwem. Paradoksalnie bowiem może się okazać, że archiwa sądowe II RP są mniej wiarygodne, niż ubeckie „teczki”, choć w przypadku Lecha Wałęsy (i paru innych „autorytetów”) wielokrotnie podważano wiarygodność zawartych w nich dokumentów.

Być może dowiemy się, że opublikowane nie tylko przez IPN wiadomości na temat Ozjasza Szechtera są przejawem antysemityzmu. Tyle, że jak dotąd nikt nie zakwestionował jego przynależności do kompartii Zachodniej Ukrainy. Obali to jednak przez lata stosowany argument, że Żyd nie mógł być komunistą, co będzie miało ciekawe konsekwencje w rozważaniach nad działalnością stalinowsko – komunistycznego prokuratora Szechtera, którego działalność skupiała się na legalnej eksterminacji niepożądanego klasowo elementu, zwłaszcza AK – owców. Nie wspominając już o ewidentnie rasistowskim podłożu takiego pojmowania sprawy.

Słowem cała ta sprawa wydaje się być jednym wielkim paradoksem. Jakikolwiek wyrok nie zapadnie – wzbudzi kontrowersje. Chyba, że wiadomość o wstąpieniu na drogę sądową przez naczelnego GW była „faktem prasowym”, czyli mówiąc po ludzku prawdą, ale taką nie pełną.

wtorek, 7 października 2008

Nasza chluba

Gdyby oceniać poziom polskiej piłki nożnej po zainteresowaniu konfliktem pomiędzy polskimi władzami a piłkarską międzynarodówką i jej polską ekspozyturą, to nasza reprezentacja notorycznie wygrywa wszelkie zawody, rozgrywki i co tam jeszcze jest. Tymczasem prawda jest nieco inna, a najcelniej opisał ją Rafał Ziemkiewicz, który udział polskich drużyn piłkarskich w turniejach międzynarodowych skwitował krótko: mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor. Czapeczki, pamiątkowe proporczyki, suweniry dla rodzinki i do domu. Wniosek z tego taki, że nawet zawieszenie udziału polskich piłkarzy w rozgrywkach międzynarodowych niewiele by tak naprawdę zmieniło. Nie licząc rzecz jasna kasy, która nie została by z tego tytułu „rozdysponowana”. No i braku wpływów z udziału w reklamach. Pokazuje to zarazem rozmiary kompromitacji polskiego rządu, który usiłuje wmówić ludziom, że tęgie lanie, jakie mu spuszczono, to wielki sukces naszych polityków. Skoro tak, to należy postawić pytanie, dla kogo właściwie oni pracują?

Dla każdego jasnym jest, że chcąc uporządkować bagno trzeba je wpierw osuszyć, choć szlag wtedy trafi komary, żabki i inne przyjemne stworzonka, z upodobaniem bytujące w błotku. Zasada ta jest imperatywem dla każdego, kto zechce naprawdę uzdrowić sytuację w polskiej piłce nożnej. To oczywiste. Dla mnie jednak bardziej zastanawiający jest moment, w którym cała ta dęta afera o pietruszkę wybuchła. A stało się to akurat w chwili, gdy pierwsze komentarze płynące z Brukseli wskazywały na odrzucenie rządowego planu ratowania polskich stoczni. Temat stoczni właściwie zniknął z mediów, a wszyscy zajęli się naszą dumą i chlubą – polską piłką.

A tak na marginesie – po tej aferze, gdzie piłkarska międzynarodówka murem stanęła za oskarżanymi o korupcję kolegami, nikt już chyba nie uwierzy, że Polska to jedyny kraj, gdzie do „koryta” podstawiane są „stołki”. Jakiś pozytyw jednak jest.

niedziela, 5 października 2008

Jak nie pałą, to kijem

Przyglądając się dziejom komunizmu można dojść do wniosku, że podstawowymi narzędziami socjalistów, w zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, były strach i głód. Dzięki łączeniu obu zjawisk szybko radykalizujący się socjaliści zdobywali i utrzymywali władzę wmawiając ludziom, że lepiej dla wszystkich będzie, jeżeli to partia rozdysponuje owoce ich pracy wedle własnego widzimisię, na co normalnie nikt przy zdrowych zmysłach by się nie zgodził. Komunistyczni niewolnicy, wszystkie swe wysiłki kierujący na zdobycie minimum środków do życia, nie zadawali pytań, dlaczego pomimo, że wszyscy pracują w pocie czoła, ciągle wszystkiego brakuje? Dodatkowym bodźcem hamującym stawianie takich pytań, był strach. Nieważne, czy wobec zagrożenia zewnętrznego, czy w obawie nieprzyjemności ze strony tubylczego aparatu represji, strach zawsze był obecny w krajach komunistycznych, dla kawału zwanych socjalistycznymi.

Wątpiącym polecam porównanie sytuacji polityczno – gospodarczej Rosji w 1905 i 1917 r., historię głodu na Ukrainie w latach trzydziestych, czy drogę do władzy komunistów chińskich w kraju pod okupacją japońską. W ramach dodatkowych wyjaśnień przypominam, że państwa komunistyczne w Europie po 1945 r. powstały przede wszystkim na terenach najmocniej zniszczonych przez wojnę.

Tym niemniej na drodze do realizacji ideału, jakim jest światowe państwo komunistyczne, stały USA z ich umiłowaniem wolności osobistej, prawa własności i prawa do swobodnego zysku. Paskudni, wiecznie bogacący się i obżerający na potęgę Amerykanie, którzy przekraczając wszelkie granice bezczelności rozwijali się cywilizacyjnie szybciej niż „postępowa ludzkość socjalistyczna”. Mało tego – ichni rozwój dokonywał się dzięki prywatnym uczelniom, prywatnemu kapitałowi itd., całkowicie bez udziału – i rzecz jasna kontroli – państwa. I jak tu takowe horrendum w socjalistycznym świecie tolerować?

11 września 2001 r. po raz pierwszy w dziejach zostało zaatakowane terytorium USA. Być może to przypadek, ale dlaczego z zaatakowanych tego dnia celów tylko budynki Word Trade Center uległy definitywnemu zniszczeniu? Czyż nie ma to wymiaru symboliczno – ideologicznego? Przerażeni mieszkańcy USA natychmiast zgodzili się na ograniczenia swobód osobistych, które w każdych innych warunkach bezapelacyjnie by odrzucili. W tym samym mniej więcej okresie zapoczątkowane zostały zjawiska, których owoce w postaci kryzysu bankowego właśnie możemy podziwiać. Straszeni wizją kryzysu (i towarzyszącego głodu) na miarę tego z lat dwudziestych ubiegłego stulecia obywatele USA pewnie wcześniej czy później zgodzą się na plan ratowania publicznymi pieniędzmi prywatnych cwaniaczków. Dzień ten w kraju tak przywiązującym wagę do istoty precedensu, będzie w rzeczywistości pierwszym dniem komunizmu. Bo przecież niezależnie od tego, czy Amerykanie spłacą długi wynikające z niekompetencji prywatnych bankierów, czy nie, i tak dostaną po kieszeni. Odpowiedź na pytanie jak bardzo, poznamy wkrótce.

Wszystkim, którzy uważają ten tekst za zbyt mocno naciągany zwracam uwagę, że Polska jest krajem, gdzie Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski są przedstawiani jako bohaterowie narodowi, chociaż wedle oficjalnych przekazów walczyli w przeciwnych obozach. Czyli w polityce wszystko jest możliwe, co jest jasne jak dwanaście gwiazdek na fladze Unii Europejskiej i dwunastu członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.

P.S. Zbieżność tematyki z dzisiejszym tekstem Stanisława Michalkiewicza jest wbrew pozorom całkowicie przypadkowa, jeśli nie liczyć najwyraźniej podobnego postrzegania pewnych zjawisk. Ale to już kwestia inteligencji.

wtorek, 30 września 2008

Siedząc na zadnich łapkach

Wprawdzie program tresury społeczeństwa polskiego trudno uznać za w pełni zakończony sukcesem, ale wystarczy się rozejrzeć, aby dostrzec wymierne skutki jego wieloletniego prowadzenia. Oto dla przykładu można postawić znak równości pomiędzy urodzinami najnobliwszego stoczniowca (i nie tylko) wśród noblistów Lecha Wałęsy i przyznania mu pokojowej Nagrody Nobla a Świętem Niepodległości Polski przypadającym 11 listopada i 90. rocznicą wydarzenia, którego data owym dniem niepodległości się stała. W pełnych patosu relacjach oglądamy, jak to 29 września urodziny Lecha Wałęsy stają się początkiem obchodów rocznicy przyznania mu „nobla”, które to obchody zakończą się 5 grudnia, choć normalnie taki bizantynizm powinien śmieszyć.

A tu jakby tego było mało, gawiedź tresowana nie tylko bierze za dobrą monetę szopkę, ale jeszcze cieszy się, że establishment światowy woli grilla u byłego prezydenta, miast obchodów narodowego święta niepodległości u obecnego. Gdyby gawiedź trochę pomyślała, pewnie zauważyłaby, że takie postępowanie nie jest despektem personalnie dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale dla urzędu i uosabianej w nim (urzędzie) godności państwa polskiego, a więc i jego społeczeństwa. Mało tego – jest to niepokojący sygnał w momencie, gdy coraz więcej państw przystępuje do programu politycznego rewizjonizmu historii, opartego na obarczeniu Polski odpowiedzialnością za zbrodnie i grabieże niemieckie i sowieckie podczas drugiej wojny światowej. Widać jednak gawiedź uwielbia grzecznie siedzieć na zadnich łapkach i udawać, że to deszcz gdy jej w pysk plują.

A tak na marginesie fetowania Lecha W. częściowo za państwowe pieniądze. Przy tej okazji swym talentem lirycznym popisał się marszałek Bronisław Komorowski. Słuchając natchnionych grafomańsko częstochowskich rymów „eposu” p. Komorowskiego można było dojść do wniosku, że były marszałek Ludwik Dorn znacznie lepiej wywiązał by się z zadań poetyckich. Tyle, że wtedy nie tylko solenizant mógłby mieć kłopoty ze zrozumieniem treści, a to by był niedopuszczalny casus paskudeus kwaszący „śmietankę” towarzyską.

piątek, 26 września 2008

Śmiechoterapia

Żywe emocje, towarzyszące publikacji doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, debacie nad ubeckimi przywilejami emerytalnymi czy wreszcie procesom karnym wytoczonym autorom pacyfikacji Wybrzeża w 1970 r. i wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r., dyskredytują powtarzaną jak mantra tezę pogrobowców PZPR i komunistycznej bezpieki, że Polaków przeszłość nic nie obchodzi, nie chcą rozliczeń komuny, tylko „grubą kreską” z żywymi naprzód iść.

W tym całym zgiełku i jazgocie uwagę zwracają satyryczne w swej istocie argumenty „społecznych obrońców” autora stanu wojennego, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Że Sybirak, żołnierz, wyzwoliciel i patriota, który uratował kraj przed radziecką inwazją. Pomijając fakt, że wprowadzenie stanu wojennego w 13 grudnia 1981 r. było niezgodne nawet z konstytucją PRL wesołość budzi owo ratowanie przed radziecką interwencją. Jak wiadomo ZSRR nigdy nie „interweniował” ani nie „najeżdżał”, tylko „udzielał bratniej pomocy”. Pomijając wyłaniające się z tego faktu zależności historyczno – językowe warto zwrócić uwagę, że „bratniej pomocy” ZSRR raczył udzielić Polsce 17 września 1939 r., a po zakończeniu sporów w wielkiej, socjalistycznej rodzinie [pomiędzy NSDAP a WKP(b)], od 1945 r. udzielał „bratniej pomocy” nieprzerwanie. Dysponując agenturą we władzach oraz bazami wojskowymi na terytorium PRL, włącznie z wyrzutniami rakiet balistycznych, wcale nie musiał „wkraczać”, wystarczyło wyjść za bramę by dokonać „inwazji”.

Inna sprawa, czy wyręczanie najeźdźców w prześladowaniach politycznych (i nie tylko) rzeczywiście jest aktem patriotyzmu. Jeżeli tak, to pytanie dlaczego ściganie autorów wojny polsko – jaruzelskiej jest „skandalicznym aktem szczeniackiej zemsty”, a ściganie usiłujących przesłuchać Barbarę Blidę – nie? Czyżby standardy wbrew swej nazwie nie zawsze były jednakowe?

Przywołujący w obronie generała Jaruzelskiego i jego popleczników opowieści kremlowskich sołdatów, jak to szykowali się do „udzielenia bratniej pomocy społeczeństwu PRL”, powinni pamiętać, że mniej więcej od czasów Iwana IV Groźnego władcy Kremla mówią to, co akurat powiedzieć potrzebują i niekoniecznie jest to zgodne z prawdą historyczną bądź prawdziwymi intencjami. Na przykład w sprawie dokonanych przez NKWD mordów polskich obywateli w Katyniu, Starobielsku, lwowskim więzieniu itd.

Na marginesie tych rozważań warto zastanowić się nad zależnością rewizjonizmu emerytalno – ubeckiego, któremu PO w poprzedniej kadencji parlamentu tak ostro się sprzeciwiała, a przepowiadanym mniej więcej od roku bankructwem polskiego systemu ubezpieczeń emerytalnych. Jeżeli taka zależność jest, to najwyższy czas się zacząć bać...

niedziela, 21 września 2008

Gorzka prawda nie tylko o Warszawie

Za każdym razem gdy internetowe serwisy informacyjne podadzą wiadomość o jakimś wydarzeniu, które miało miejsce w Warszawie – fora płoną. Stek obelg, pomówień, kalumnii, istny seans nienawiści. Dla każdego warszawskiego autochtona oczywistym jest, że autorzy większości ataków w życiu nie byli w Warszawie, nie mają bladego pojęcia, jak wygląda życie w stolicy, za to mają mocno ograniczone horyzonty myślowe. Gdyby było inaczej, to wiedzieliby, że w Warszawie mieszka mniej niż 10 procent Warszawian, reszta jest „flancowana” z całej Polski. Wniosek z tego taki, że krytykując i wyszydzając chamstwo i głupotę „Warszawiaków” tak naprawdę krytykują najczęściej swoich „ziomków” zamieszkałych w stolicy. Osobiście nie czuję się odpowiedzialny za kulturowe braki przyjezdnych (widoczne gołym okiem) zatem i to, co jeden ciemniak z prowincji bluzga drugiemu prowincjonalnemu ciemniakowi zamieszkałemu w Warszawie jest mi najzupełniej obojętne. Co więcej – mam z tego tytułu duży ubaw – nienawiść i kompleksy prowincjuszy połączone z ignorancją dają komiczne efekty.

To, że urodziłem się i mieszkam w Warszawie jest dla mnie zupełnie naturalne, podobnie jak to, że ktoś urodził się i mieszka gdzie indziej. Zapewne dlatego, że nie sądzę ludzi po pozorach. Cham i burak pozostanie chamem i burakiem niezależnie od miejsca urodzenia, zamieszkania, stanu konta bankowego, pozycji społecznej, dyplomów itd.

Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak wielu ludzi zionie nienawiścią wobec wszystkiego, co wiąże się z Warszawą? Adolf Hitler w odwecie za Powstanie Warszawskie (jedyne tego typu wydarzenie w okupowanej przez Niemców Europie) rozkazał zrównać miasto z ziemią. Ci, którzy to przeżyli, byli tępieni przez komunistów, którzy doskonale wiedzieli, że zamieszkana przez przedwojennych Warszawian stolica nigdy nie zaakceptuje władzy czerwonego chamstwa. Dziś WE wespół z lokalnymi administracjami robią wszystko, by przekształcić polskie miasta w pozbawione charakteru kosmopolityczne aglomeracje, gdzie wydawane przez durni i oszustów certyfikaty „inteligencji” zastąpią wszystkie przymioty umysłu i charakteru. Szerzej patrząc można dostrzec cały zespół działań, mających na celu wynarodowienie społeczeństwa, oderwanie od tradycji. Dzięki temu możliwy będzie każdy podbój, każdy rozbiór zostanie obojętnie usankcjonowany przez zidiociałych gastarbeiterów, którzy nawet swego niewolnictwa nie będą w stanie dostrzec. Kto nie wierzy, niech poczyta, dzięki czemu Żydzi przetrwali tysiąclecia w diasporze i w końcu odbudowali niepodległe państwo. Dobrze by było, aby niektórzy pomyśleli o tym wszystkim, gdy znów zaczną bluzgać na Warszawę i jej mieszkańców.

sobota, 20 września 2008

Sprawa kryształowo mętna

Afera wokół IPN - u, jaką ostatnio serwują społeczeństwu politycy wespół z dziennikarzami staje się coraz bardziej kuriozalna. Gdy dr Cenckiewicz odchodził z pracy prezes Janusz Kurtyka dementował stawiane przez dr Cenckiewicza zarzuty o naciski rządu na jego zwolnienie. Dementował, jakoby były jakieś naciski, groźby rewizji budżetu itd. Dzisiaj sam wysuwa oskarżenia o wywieranie nacisków i to pod konkretnym adresem – marszałka senatu Bogdana Borusewicza. Pojawia się w telewizji dr Gontarczyk, współautor znanego przyczynku do biografii najwybitniejszego polskiego noblisty wśród stoczniowców (i nie tylko), który mówi, że nie tylko były takie naciski, ale również że zostały uwiecznione w sporządzanych przez pracowników IPN notatkach służbowych. Sam Borusewicz zaprzecza, a wtóruje mu inteligent dla opornych – Stefan Niesiołowski.

Pomijając dyrdymały kablującej na potęgę Muchy Gówniarki Pyskatej, warto zastanowić się nad wątpliwościami dotyczącymi tej afery. Po pierwsze, jeżeli były takie naciski i zostały udokumentowane przez pracowników notatkami służbowymi, to dlaczego prezes Kurtyka nie złożył zawiadomienia do odpowiednich organów? Przecież taki mobbing jest ścigany i karany, a niezależnie od wszystkiego chyba wywieranie nacisków politycznych na instytucje naukowo – badawcze jest sprzeczne z zasadami etyki, również poselskiej. Po drugie, jeżeli jednak odpowiednie zawiadomienia zostały złożone, to u kogo i co się z nimi stało? Po trzecie, jeżeli jednak prezes Kurtyka kłamie wstrętliwie, to dlaczego autorytet moralny Borusewicz wzorem Wałęsy i innych autorytetów nie złożył zawiadomienia do prokuratury?

Sprawa jest kryształowo mętna.

piątek, 19 września 2008

BMW Geront

Dzisiejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego bez wątpienia otwiera nowy rozdział zarówno w polskiej nauce historycznej jak i polskim prawodawstwie. W myśl wyroku TK przepis o karalności [publicznego – dopisek MN] pomówienia Narodu Polskiego o udział w zbrodniach komunistycznych lub nazistowskich (czyt.: niemieckich) jest niekonstytucyjny (onet.pl Wyrok TK: można bezkarnie pomawiać naród polski) podobnie jak przypisywanie mu [tj. Narodowi Polskiemu] zbrodni komunistycznych bądź nazistowskich (czyt.: niemieckich). Wprowadzona zostaje tym samym zasada odpowiedzialności zbiorowej a pomówienie, w myśl orzeczenia TK, staje się szacowną metodą badań historycznych i ważnym elementem dyskusji publicznej. Warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, że choć w złożonym przez RPO wniosku do TK była mowa o pomówieniu na podstawie ujawnienia informacji o „teczkach” komunistycznej bezpieki i ujawnieniu ich zawartości, to w komunikatach prasowych ten aspekt został taktownie pominięty. Ponieważ jest to dość istotna kwestia, jej pominięcie raczej ciężko złożyć na kretynizm bądź niedoinformowanie dziennikarzy. Za to można podejrzewać z dużą dozą pewności, że takie postępowanie jest wskazówką co do tego w jaki sposób wyrok TK będzie wykorzystywany.

Z pewnością takie podejście do tematu jest po myśli wszystkich organizacji, pragnących obarczyć Polaków winą za mordy i rabunki niemieckie i sowieckie podczas drugiej wojny światowej i po niej, wysuwających w związku z taką interpretacją historii roszczenia odszkodowawcze wobec Polski. Lista takich organizacji jest dużo dłuższa, niż większość polityków i dziennikarz skłonna jest przyznać. Związek Wypędzonych Eriki Steinbach, Powiernictwo Pruskie Rudiego Pavelki, Światowy Kongres Żydów to tylko początek listy. Inna sprawa, że raczej ciężko uznać, aby ten korzystny dla całej antypolskiej rzeszy bydlaków wyrok TK był wynikiem głębokich analiz, skoro okazuje się, że o niekonstytucyjności przepisu przesądziły błędy podczas uchwalania, czyli naruszenie trybu legislacyjnego. W związku z powyższym Trybunał uznał za niekonstytucyjny już sam tryb uchwalenia tej noweli, co spowodowało, że nie musiał badać jej merytorycznej zawartości. Jest to o tyle intrygujące uzasadnienie wyroku, że TK ma orzekać o zgodności ustaw z Konstytucją RP, a nie trybie legislacyjnym. Od czego nawiasem mówiąc jest Biuro Legislacyjne Rządu. Gdzie pracownicy BLR byli w czasie uchwalania ustawy? Najwyraźniej podobnie jak sędziwi mędrcy z TK zadziałali w myśl zasady Bierny – Mierny – Wierny.

Zanim jednak wobec Polski i Polaków jako najgorszych bandytów nazizmu i komunizmu pojawi się fala roszczeń odszkodowawczych zapewne zostanie podjęty szereg badań nad najnowszą historią Polski. Retorycznym wydaje się w tym momencie pytanie, czy strumień pieniędzy na sfinansowanie badań potwierdzających z góry zaakceptowane, sprzeczne z obiektywizmem i prawdą historyczną, wnioski o czynnym udziale Polaków w bandytyzmie III Rzeszy Niemieckiej i komunistów będą przejawem „swobody badań naukowych”. Nawiasem mówiąc obowiązująca przez lat parę ustawa nakładała na państwo polskie obowiązek ścigania tego typu pomówień również poza granicami RP, o czym jednak głucho i cicho.

Być może jednak wyrok TK będzie miał również pozytywny wpływ na badania nad najnowszą historią Polski. Przecież dzięki temu Lech Wałęsa zasadniczo może dr. S. Cenckiewiczowi skoczyć, tam gdzie może pana majstra w dupę pocałować, jak mawiał legendarny hydraulik PRL – u. Podobnie Donald Tusk nie może domagać się przeprosin za wypomnianego dziadka z Wermachtu. Możliwe też, że wreszcie pojawią się publikacje dotyczące dyspozycyjności środowiska sędziowskiego w legalizowaniu przestępstw komunistycznych, które zdaje się nie ulegają przedawnieniu. Czy też np. o bezpieczniackich korzeniach oligarchów medialnych RP. Ze łzami w oczach przeczytamy wstrząsające relacje, jak to AK – owcy i inni im podobni „kolaboranci hitlerowscy” tuż przed powieszeniem lżyli prokuratora – patriotę Ozjasza Szechtera i sprawiedliwą sędzię Fajgę Danielak (Helena Wolińska). A tak a propos – co z komunistycznymi bandytami, którzy w 1956 i 1968 odnaleźli swe żydowskie korzenie i wybudowawszy nam socjalizm wyjechali do krajów zgniłego kapitalizmu? Wcześniej byli „Polakami”...

wtorek, 16 września 2008

„Bolek” fiskalny

Broniąc swoich inwestycji koszerna gazeta dla Polaków (GWybiórcza) zainicjowała akcję pisania listów, że Lech Wałęsa jest porządny człowiek. Należy rozumieć, że autorami owych listów są wyłącznie oficerowie komunistycznej bezpieki, gdyż tylko oni dysponują wiarygodnymi wiadomościami „w tym temacie”. Inna sprawa, czy gdyby pisano listy potępiające Lecha Wałęsę (wynalazek tej samej czerwonej ekipy), to cokolwiek by to zmieniło. Może warto spróbować? Wkrótce (29 września) ma urodziny, jest okazja wysłać życzenia.

Prawda jest taka, że w całym Instytucie Lecha Wałęsy nie znalazł się ani jeden historyk skłonny podjąć merytoryczną polemikę z doktorami S. Cenckiewiczem i P. Gontarczykiem, co jest dość znamienne. Zapewne dlatego, że pierwszą kwestią, z którą przyszłoby mu się zmierzyć, jest nielegalne uwłaszczenie esbeckiej dokumentacji dotyczącej Lecha Wałęsy, które miało miejsce akuratnie w czasie, gdy najwybitniejszy noblista wśród stoczniowców (i nie tylko) był prezydentem RP i dokumentację wypożyczył.

Sięgnięto po sprawdzone metody – szantaż finansowy (cięcia budżetowe należało by zacząć od siebie, jak się obiecywało tanie państwo) wobec instytucji zatrudniającej. Do przywracającej ZOMO – wskie tradycje nieomylnej policji, której wkrótce wolno będzie w majestacie prawa popełniać przestępstwa, zdecydowano się na jawne przywrócenie cenzury, bo jak inaczej nazwać postępowanie polityków wobec IPN – u?. Zapewne w odróżnieniu od umiejętności strzeleckich dziwnie obawiającej się policji posłanki Barbary Blidy ta sprawa akurat nie zaowocuje komisją śledczą ani nawet zwykłym śledztwem. IPN najprawdopodobniej zobaczy obiecane 30 milionów złotych równocześnie z podatkiem liniowym 3x15%. Za to jak w banku mamy, że tym razem Lech Wałęsa nie chronionemu już powagą i wsparciem prawnym IPN – u doktorowi Cenckiewiczowi wytoczy proces, w którym orzekał będzie sędzia nie mający bladego pojęcia o archiwistyce i metodologii badań historycznych. Wyrok można przewidzieć czytając na forach internetowych posty zamieszczane w ramach pańszczyzny 30 minut dla Grzegorza Schetyny. Ale to już będzie, jak pisał w Potopie Henryk Sienkiewicz Prywatnemu, nie posłowi!

P. S. Na Ukrainie premier Julia Tymoszenko, onegdaj wycinająca prysiudy na kijowskim Majdanie w gustownym pomarańczowym szaliku, właśnie dogadała się z komunistami, wykonała polityczną woltę o 180 stopni, puściła kantem wyborców i najwyraźniej dąży do przywrócenia na Ukrainie demokratycznej władzy Kremla. A przewodniczący Donald Tusk w czasie ostatniej kampanii wyborczej, to jakiego koloru miał krawatkę? Pomarańczową! Resztę zbieżności we własnym zakresie.

Manewr napoleoński

Myślenie jak wiadomo, kolosalną przyszłość ma. Zapewne dlatego część lewactwa, kontestując kapitalizm ukuło hasło no future, ale mniejsza z tym. W ostatnich dniach doniesienia serwisów informacyjnych z krajowego podwórka przypominały raczej relację z bitwy na łopatki i wiaderka z piaskownicy przy ulicy Pipidowskiej w Zadoopiszczach, gmina Wygwizdowo, powiat Pierdziszewo itd. W Polszcze, jak mawiali Sarmaci, takie podejście do sprawy to ewidentny „manewr napoleoński”, czyli odwrócenie uwagi od spraw istotnych. Przecież tak naprawdę co zmieni w życiu przeciętnego Polaka kwestia kastrować, czy nie, a jak już, to czy ze znieczuleniem, i czy refundować przez NFZ, czy też Ministerstwo Sprawiedliwości. Albo, czy kieszonkowa minister od walki z korupcją i dorszami ma rację, skarżąc posła PSL, o dramatycznie adekwatnym do hecy nazwisku Kłopotek, czy też w błędzie sromotnym jest?

Wszystko to pic na wodę, fotomontaż, odwracający uwagę od spraw istotnych. Ale uczciwie trzeba przyznać specom od piaru, czasem ciężko wyczuć właściwe sedno sprawy. A tu proszę – iluminacja, jaką Budda by nie pogardził. Przecież ostatnio, bodajże w piątek czy sobotę, o północy, upływał termin złożenia w Brukseli planu restrukturyzacji polskich stoczni. Plan złożono, ale w odróżnieniu od innych sukcesów, np. dominacji RP nad Ukrainą w przygotowaniach do Euro 2012, nikt nie raczył pochwalić się szczegółami przedłożonego planu. Żadnych doniesień, o pierwszych pozytywnych reakcjach komisji na pomysły wybitnych fachowców z PO. A przecież odrzucenie przedłożonych w Brukseli planów oznacza nie tylko kaput polskiego przemysłu stoczniowego, ale również konieczność zwrotu całkiem sporych sum, pobranych a konto rozwoju. I nikt jakoś nie mówi o geniuszu proponowanych w Brukseli rozwiązań, a wszyscy zajmują się pedofilami, którzy stanowią przecież znikomy procent dewiantów.