sobota, 31 stycznia 2009

Globalne ocieplenie w służbie ludzkości

Powszechnie znane powiedzenie, że „wiele trzeba zmienić, aby wszystko zostało po staremu”, najlepiej jest widoczne w przypadku polskiego parlamentaryzmu po 1989 r. O ile gdzie indziej zmieniają się parlamentarzyści, a partie pozostają, o tyle w Polsce partie zmieniają się jak w kalejdoskopie, a „mordy nasze kochane” wciąż te same. I żyje się lepiej a nasza kiełbasa przegania inne kiełbasy, choć aktorzy wciąż tacy więcej prowincjonalni.

Skoro wiele trzeba zmienić, aby wszystko zostało po staremu, to logicznie rzecz biorąc chcąc cokolwiek zmienić, niczego nie wolno ruszać. Ponownie w sukurs jako argument przychodzi polska scena polityczna i ostatnia zmiana ekipy rządzącej, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejsze wydaje się zagadnienie, jak skutecznie wykorzystać w praktyce ową teorię niezmienności warunkującej znaczące zmiany?

Trzy największe plagi dnia dzisiejszego to: kryzys bankowy, dziura budżetowa i globalne ocieplenie. Zasadniczym skutkiem kryzysu bankowego jest trudniejszy dostęp do kredytów i pożyczek, którymi można by próbować łatać dziurę budżetową. Ale, jako się rzekło – raz, że trudniej uzyskać, dwa, że warunki spłaty cięższe, a kredyty i pożyczki trzeba niestety spłacać. No a skoro państwu trudniej pożyczyć u lichwiarzy, to co dopiero obywatelowi, prowadzącemu działalność gospodarczą? Tedy nie dostanie on kredytu, nie zwiększy produkcji, aby nie pójść na dno zmniejszy zatrudnienie. Ludzie stracą pracę, więc mniej kupią. Przedsiębiorcy mniej zarobią, mniej podatków zapłacą – i tak w kółko. A jeszcze przecież wszystko to przełoży się na globalne ocieplenie, bo jak tu finansować nowoczesne i drogie eko – technologie, skoro na łapówki ledwo starcza? Tedy bieda z nędzą i kataklizm gotowy. Zauważalne oszczędności na krawatach, czynione przez premiera Tuska, wiele tu nie pomogą. Strajki i spadek w sondażach jak amen w pacierzu.

A gdyby tak zlikwidować, albo choć zawiesić na kilka lat obowiązek płacenia haraczu od wydawania opodatkowanych dochodów, czyli VAT – u? Ceny automatycznie spadają. Ludzie bez podwyżek płac będą mogli więcej kupić. Skoro producenci więcej sprzedają – mają forsę na zwiększanie zatrudnienia i inwestycje w nowoczesne, przyjazne środowisku, technologie. Dochody wzrastają, bezrobocie spada, więc siłą rzeczy więcej wpływa do budżetu z podatków bezpośrednich. A skoro więcej wpływa – nie trzeba pożyczać na łatanie dziur wszelakich w budżecie. I jeszcze inwestycje zagraniczne napędzają polską gospodarkę. A i obywatele więcej pieniędzy trzymają w bankach. A wiadomo – bank bez klientów jest jak stryczek bez wisielca – jest za co ciągnąć, nie ma na co patrzeć. No chyba, że bankierzy zaczną golić samych siebie.

Rząd ani parlament pomysłu nie poprą, to jasne. Ale jest jeszcze przewidziana w konstytucji społeczna inicjatywa ustawodawcza. Sądzę, że zebranie odpowiedniej liczby podpisów nie stanowiło by trudności. I nawet, gdyby ów obywatelski projekt ustawy miał być chowany pod sukno a w ostateczności – trafić do kosza, społeczeństwo odniosło by korzyści. Po pierwsze „elity” musiałby zanegować sens działań, pod pozorem których trwonią publiczne pieniądze, a to nawet zawodowym hucpiarzom na zdrowie nie wyjdzie. Po drugie, więcej ludzi zrozumiałoby złodziejską istotę VAT – u. Po trzecie – ostrzegłoby polityków, że zbliżają się do niebezpiecznej granicy, za którą społeczeństwo nie pozwoli się więcej kantować.

A gdyby się udało? O korzyściach nie ma sensu pisać. Ale chciałbym zobaczyć cwaniaka, który później ponownie wprowadzi VAT i wyjdzie z tego eksperymentu cało.

Zaś co do zasady – jak wcześniej walczymy z kryzysem, globalnym ociepleniem i dziurą budżetową, ale ile tą walką możemy zmienić? A że nie stać nas, jak np. Niemców czy Francuzów na wielomilionowe dotacje, to musimy sobie radzić inaczej. Chyba, ze UE woli globalne ocieplenie, kryzys i kolejną falę polskich emigrantów.

czwartek, 29 stycznia 2009

Księga zasług wieczystych – jedyny sprawiedliwy

Chociaż w jeszcze obowiązującej Konstytucji RP zapisane są prawa obywateli, to praktyka skłania ku refleksji, że głównym beneficjentem owych „praw” są w rzeczywistości urzędy. W starciu z biurokratycznym „betonem” urzędów obywatel z góry skazany jest na porażkę, jako winny sytuacji, zwłaszcza, jeśli akurat winien jest urząd.

Ot, chociażby sprawa, o której pisałem jakiś czas temu w tekście Księga zasług wieczystych . Pomijając prawnicze ekwiwoki rzecz przedstawia się następująco: urzędnicy miejscy wespół z urzędnikami sądowymi pokpili sprawę przejmowania budynku zakładowego w 2002 r. i jedna z warszawskich nieruchomości w księgach wieczystych ma zapisanych dwu właścicieli – Urząd Miasta (zgodnie z prawem) i Skarb Państwa (niezgodnie). Miasto sprzedało lokatorom mieszkania, lecz Sąd nie chce uznać praw własności nabywców, gdyż bezpodstawnie figurujący w księgach wieczystych Skarb Państwa nie był obecny przy sprzedaży. Mniejsza z tym, kto nie dopatrzył sprzecznych z prawem zapisów w księgach – pracownicy sądu czy urzędnicy miejscy – winni są i tak obywatele. Wprawdzie uczciwie wykupili i zapłacili, ponoszą wszelkie koszta utrzymania, w tym opłaty za wieczyste użytkowanie gruntu oraz podatek od nieruchomości, ale właścicielami nie są, gdyż nie mają sądowego potwierdzenia prawa własności.

Lecz że w każdej społeczności znajdzie się „jedyny sprawiedliwy”, więc i tu się takowy znalazł. Najpierw pani P. wykupiła mieszkanie pół roku przed oficjalnym rozpoczęciem przez urząd sprzedaży lokali, zapewne w promocji czy czymś takim. Potem, gdy jej sąsiedzi otrzymywali pisma, iż zdaniem sądowych referendarzy – stażystów złożone prze nich wnioski „nie zasługują” na pozytywne rozpatrzenie – ów rodzynek ciupasem otrzymał pozytywną odpowiedź i potwierdzenie swych praw własności odnośnym wpisem. Pozostali, gdy już wyszli z szoku po zapoznaniu się z metodami, jakimi „państwo prawa” poprzez wymiar sprawiedliwości realizuje „równość obywateli wobec prawa”, zachodzą w głowę, jakież to „zasługi” miała pani P.? Czemu zawdzięcza tak szczególne przywileje? Solidarność to jakowaś, li tylko kumoterstwo – ot, zagadka...

Wiele wskazuje na to, że sąd nie chcąc przyznać się do fuszerki, „gra na zwłokę” – dosłownie i w przenośni. Pytania, dlaczego w jednym przypadku wniosek rozpatrzono pozytywnie, podczas gdy w analogicznych przypadkach – nie, pozostają bez odpowiedzi. Jakby sprawy w ogóle nie było. A że większość „analogicznych przypadków” stanowią emeryci, więc sprawy coraz częściej rozwiązują się „same przez się” w momencie, gdy z przyczyn naturalnych ubywa osób zgłaszających roszczenia.

Na zakończenie refleksja ogólna. Istniejący stan przetrwał administrowanie Warszawą przez PiS i świetnie się trzyma podczas włodarzenia PO. W tym czasie Rzeczpospolitą Polską rządziły „ekipy” SLD, PiS – u, a obecnie PO. Każda z nich szła do wyborów pod hasłami walki z patologiami władzy będących, rzecz jasna, dziełem uprzedniej ekipy. A patologie, jak widać, trwają sobie w najlepsze za nic walkę mając. Czyli jakaś „polityczna ciągłość władzy” wbrew pozorom jest.

Etap deja vu

Wprawdzie kryzys bankowy nas omija a i o żadnej dziurze budżetowej nie ma mowy, ale co szkodzi powalczyć z jednym i drugim, tym bardziej, że do prowadzenia skutecznej walki potrzebne będą sztaby ekspertów, a może i jakieś agendy? Tedy walka wre na całego, choć w sumie walka z urojonymi zagrożeniami winna skutkować wizytą u odnośnego specjalisty. Ale przecież co nieistniejąca „dziura budżetowa” czy omijający szerokim łukiem „kryzys”, to nie jakiś niedorzeczny „układ”, który nigdy nie istniał. Jeśli potrzeba, bez wątpienia znajdzie się kilka usłużnych „autorytetów”, gotowych wystosować stosowną petycję, wystawić świadectwo itd. Przykładów realizacji takich pięknych inicjatyw multum, choć już np. 650 utytułowanych uczonych, co to twierdzi, że globalne ocieplenie to lipa jedna wielka, autorytetu najwyraźniej nie ma.

Zresztą, co tam świata zmartwienia, skoro następuje widoczna poprawa stosunków z Rosją. Widać to było zwłaszcza na materiałach pokazujących rozmowy premiera Tuska z premierem Putinem na szczycie w Davos. Ogromnym sukcesem jest porozumienie w kwestiach dostaw gazu – Rosjanie postulują budowę rurociągów północnego i południowego, omijających szerokim łukiem terytorium Polski. Wymarznięta UE z pełnym zrozumieniem przyjęła do wiadomości postulat kanclerz Merkel, domagający się jednogłośnego poparcia przez kraje członkowskie tychże inicjatyw.

Patrząc na to wszystko mam nieodparte wrażenie deja vu. Z jednej strony propaganda sukcesu, z drugiej – walka z kryzysami wszelki sukces negującymi. Skąd my to znamy? Nie wspominając już o konsekwencjach rosyjsko – ukraińskiej wojny gazowej, o których pisałem w tekście Ulga na gazie . No, ale ja nie jestem na szczęście „medialnym autorytetem”, więc wolno mi mówić co myślę nawet, gdy mam rację.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Młotkowa inteligencja

Opisana przez dziennik „Rzeczpospolita” decyzja MEN o nowej podstawie programowej jest widocznym znakiem, że przekształcanie Polaków w „nowych ludzi radzieckich” ruszyło pełną parą. Pomysł zakłada między innymi zakończenie systematycznego wykładu historii na pierwszej klasie liceum, a w dalszych prowadzenie jakiegoś modernizmu tematyczno – idiotycznego. Rozważenie skutków wprowadzenia pomysłu w życie powinno budzić niepokój.

W pierwszym rzędzie dalszej degradacji ulegnie znaczenie świadectwa dojrzałości. Przecież logicznie rzecz ujmując, wskazuje ono osoby dysponujące pewną wiedzą i potrafiące wykorzystać ją praktycznie. Zakres wiedzy i umiejętności powinien obejmować nie tylko umiejętność stawiania krzyżyków w odpowiedniej kratce. Znajomość literatury, matematyki czy wreszcie przeszłości i tradycji są w tym zakresie, moim zdaniem, bezdyskusyjne. Redukcja programowa siłą rzeczy obniży i tak już niskie wymagania dla maturzystów.

Zyskując pewną wiedzę z zakresu np. matematyki czy historii uczymy się zarazem pewnego konkretnego sposobu analizy danych. Wyszukiwania potrzebnych informacji, odrzucania fałszywych bądź zbędnych, stawiania hipotez i ich weryfikacji na różne sposoby. Ograniczanie wymagań spowoduje degenerację umiejętności, które bądź co bądź przydają się w życiu. Mało tego, przedmioty takie jak historia, WOS i język polski w znacznym stopniu wpływają na kształtowanie postaw obywatelskich. Bez tego przyszłe pokolenia staną się zwykłymi niewolnikami. Wystarczy im podszepnąć, że „prawdziwa inteligencja” to popiera to, czy tamto, a w podskokach i... możliwa będzie powtórka niemieckiego narodowego socjalizmu czy komunizmu, z łagrami, czystkami etnicznymi itd. Wszystko dlatego, że brak wiedzy o pewnych mechanizmach politycznych przeszkodzi w porę dostrzec zagrożenie. No chyba, że będziemy uczyć 12 – 13 letnie dzieci o szczegółach wszystkich krwawych szaleństw ludzkich w XX wieku, uzasadnianych ideologicznie. Efekty wszystkich zadziwią, ręczę.

Zresztą niepokojące oznaki ogłupiania już są widoczne. Kto ma dzieci może się pokusić o eksperyment – poprosić o zestawienie historycznych wiadomości o powstaniu Chmielnickiego i potopie szwedzkim z obrazem literackim tychże wydarzeń, z uwzględnieniem wiedzy geograficznej i botanicznej. Wbrew pozorom wcale nie jest to takie trudne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Są też i inne znaki na niebie i ziemi. Przykładowo coraz więcej ludzi rozróżnia nazistów i Niemców a reżimy komunistyczne uważa za „mniejsze zło” w porównaniu do III Rzeszy. To, że spora grupa ludzi wierzy, iż jedynie Polacy są nacjonalistami i organicznymi antysemitami, chociaż stosunkowo często obdarzanymi tytułem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, też ma swoją wymowę.

Ktoś może zapytać, po co właściwie mu znajomość historii? Matematyka, fizyka, chemia, biologia, to jeszcze, ale historia? Część z Czytelników zapewne skojarzyła proponowany przeze mnie „eksperyment” z dziełami chociażby Henryka Sienkiewicza, a niektórzy może i z utworami J. I. Kraszewskiego. Inni bez wątpienia wyłapali sarkazm łączenia pojęć „widocznego znaku” z „nowym radzieckim człowiekiem”, być może zestawiając to z własnymi opiniami na temat UE. Chyba wszyscy wzdrygnęli się na myśl opowiadania dorastającym dzieciakom o łagrach, obozach koncentracyjnych, UPA itp., skoro nawet dorosłym czasem ciężko słuchać spokojnie opisów wyczynów NKWD, SS itd. Ale czy bez elementarnej wiedzy historycznej odczytali by Państwo to tak samo?

Źródło: http://www.rp.pl/artykul/9133,253682.html

niedziela, 25 stycznia 2009

Księga zasług wieczystych

19 marca 2002 r. – na mocy wyroku sądu gmina Warszawa Wola przejęła nieruchomość zabudowaną budynkiem mieszkalnym. Przejęcie nieruchomości odbyło się w trybie Ustawy z dnia 12 października 1994 r. O zasadach przekazywania zakładowych budynków mieszkalnych przez przedsiębiorstwa państwowe. Artykuł 7 owej ustawy w ustępie 4. stanowi, że:

Z dniem przekazania wygasają:

1) prawo użytkowania wieczystego gruntu, na którym jest położony budynek i inne urządzenia z zastrzeżeniem art. 6 ust. 3

2) wierzytelności Skarbu Państwa, o których mowa a art. 2 ust. 9 ustawy z dnia 29 września 1990 r. o zmianie ustawy o gospodarce gruntami i wywłaszczaniu nieruchomości [...], oraz z tytułu przekazania gruntu w trybie art. 80 ust. 2 ustawy z dnia 29 kwietnia 1985 r. o gospodarce gruntami i wywłaszczaniu nieruchomości [...]; zabezpieczające je hipoteki podlegają wykreśleniu z urzędu.

Innymi słowy – całkowitym i jedynym właścicielem nieruchomości (budynku mieszkalnego oraz gruntu, za wyjątkiem 9 lokali wykupionych w 1986 r.) stała się gmina Warszawa Wola. I taki zapis, zgodnie z prawem, winien figurować w księgach wieczystych.

W 2006 r. Rada Miasta Stołecznego Warszawy podejmuje decyzję o sprzedaży mieszkań najemcom w przejętej w 2002 r. nieruchomości. Pierwsze mieszkanie zostaje sprzedane jeszcze w drugiej połowie 2006 r. i niemal natychmiast nabywca otrzymuje wpis w Księgach Wieczystych. Pozostałe mieszkania sprzedawane są w pierwszej połowie 2007 r., po czym sprzedaż zostaje wstrzymana.

We wrześniu 2008 r. (a więc przeszło rok od wykupu mieszkań) osoby, które wykupiły mieszkania od Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy Biura Gospodarki Nieruchomościami otrzymały postanowienie o oddaleniu wniosków o założenie ksiąg wieczystych dla lokali mieszkalnych, będących odrębnymi przedmiotami własności. W treści pisma sygnowanego przez referendarza – stażystę Małgorzatę P. czytamy: ...Sąd [Rejonowy dla Warszawy X Wydział Ksiąg Wieczystych – dopisek M.N.] doszedł do przekonania, iż wniosek powyższy nie zasługuje [sic! - M.N.] na uwzględnienie gdyż ...Skarb Państwa ujawniony w dziale II księgi wieczystej [...] jako współwłaściciel nieruchomości w udziale 143/1000 części nie był stroną umowy, bowiem został pominięty podczas sporządzania przedmiotowej umowy. Na zaskarżenie orzeczenia referendarza – stażysty sądowego o „zasługach” jako podstawie uzyskania wpisu w księgach wieczystych jest 7 dni. Przyjęcie skargi przez Sąd ustawowo „zasługuje” na dotację wymiaru sprawiedliwości w wysokości 100 zł.

Z powyższej historii jasno wynika, że błąd – niewykreślenie Skarbu Państwa jak współwłaściciela z ksiąg wieczystych nieruchomości – został popełniony w 2002 r. podczas przejmowania nieruchomości przez samorząd terytorialny miasta Warszawy. Należy przy tym podkreślić znaczącą rolę urzędników miejskich i referendarzy sądowych, którzy przez 5 lat nie skorygowali błędnego wpisu, choć konieczność taka wynika zarówno z mocy przepisu, na podstawie którego gmina przejęła nieruchomość, jak i przytoczonego w odmowie dokonania wpisu przez referendarz – stażystę sądowego Małgorzatę P. zapisu głoszącego, że Podstawową funkcją ksiąg wieczystych wyrażoną w art. 1 ust. 1, art. 2 i 3 ustawy z dnia 6 lipca 1982 r. o księgach wieczystych i hipotece (Dz. U. Z 2001 r. Nr 124, poz. 1361 z późn. zm.) jest zapewnienie prawdziwości wpisów [podkreślenie – M.N.]. Nadto na uwagę zasługuje fakt, że w jednym przypadku zapisy w księgach wieczystych nie przeszkadzały referendarzom sądowym założyć księgę wieczystą dla lokalu mieszkalnego będącego odrębnym przedmiotem własności. Czyżby oznaczało to, że jedna osoba miała jakieś specjalne „zasługi”, skoro stojący na straży praworządności niezawisły sąd zdecydował się złamać zasadę, w myśl której w identycznych postępowaniach nie mogą być wydawane odmienne orzeczenia, o konstytucyjnej zasadzie równości obywateli wobec prawa nie wspominając? Mało tego – po dziś dzień sąd nie chce przyjąć do wiadomości konsekwencji swojego postępku.

Zastanawia, że Urząd Dzielnicy Warszawa Wola z uporem godnym lepszej sprawy poszukiwał właścicieli bądź spadkobierców gruntów tudzież nieruchomości, a nie zainteresował się stanem zapisanym w księgach wieczystych. Do wiadomości P.T. urzędników miejskich – wypis uproszczony z ksiąg wieczystych można uzyskać w Wydziale Ksiąg Wieczystych i nie kosztuje to fortuny. Powstaje też pytanie, co z ową mityczną „wysoką jakością usług prawniczych”, tak chętnie przywoływaną jako argument przez środowiska prawnicze w trakcie dyskusji nad uwolnieniem dostępu do wykonywania zawodu? Postępowanie referendarzy sądowych oraz notariusza, osób zaufania publicznego, w tym przypadku urąga wszelkim normom jakościowym. Jest to tym ważniejsze pytanie, że w zasadzie nie wiadomo, jaką odpowiedzialność w tym wypadku ponosi notariusz, skoro nie sprawdził co tak właściwie swym podpisem potwierdza. O brawurze językowej pism różnych „pomniejszych orłów Temidy” nawet nie warto wspominać – zgroza to mało.

Sprawa ma również i inne konsekwencje. W myśl przepisów prawa stosunek najmu ulega rozwiązaniu z chwilą dokonania wpisu w księgach wieczystych, nie zaś sporządzania aktu notarialnego. A tu mieszkańcy, którzy nadal nie otrzymali wpisu w księgach wieczystych traktowani są jak właściciele, w związku z czym miasto nalicza im podatek od nieruchomości i opłatę z tytułu wieczystego użytkowania gruntu, do czego w tej sytuacji najwyraźniej nie ma prawa. Wiążą się z tym i inne kwestie – np. legalność pobierania opłat remontowych, wyłonienia nowego zarządu wspólnoty (dokonanego głosami „nowych właścicieli”), zmiany administracji a w konsekwencji – legalność wszystkich posunięć finansowych nowego administratora.

Przeszło rok temu Platforma Obywatelska parła do wyborów pod hasłami „nowej jakości w polityce” oraz „państwa przyjaznego obywatelom”. Po przeszło roku rządów należy postawić jednoznacznie pytanie, czy wprowadzane przez rząd PO „nowe standardy” oraz „przyjaźń” oznaczać mają obarczanie obywateli odpowiedzialnością za wyczyny urzędników?

P.S. Opisana powyżej historia nie jest wytworem chorego umysłu. Wszystkie przytoczone powyżej fakty w każdej chwili mogą zostać potwierdzone oficjalnymi dokumentami. Tuż obok tekstu na stronie internetowej Autora pojawi się lista mediów, urzędów i instytucji, do których powyższy tekst został przesłany w nadziei zainteresowania sprawą. O dalszych losach będę informował na bieżąco.

******************************************************************************************

AKTUALIZACJA 29 STYCZNIA 2009.

Ponieważ nie każdego pasjonują menadry prawne opisanej sytuacji powstała zbeletryzowana forma tekstu, dostępna pod adresem http://veredicus.blogspot.com/2009/01/ksiega-zasug-wieczystych-jedyny.html .

Zdecydowałem się również na rezygnację z listy mediów, urzędów i instytucji, do których przesyłam opis sprawy. Tak będzie ciekawiej dla sprawców.

wtorek, 20 stycznia 2009

Jasna przyszłość w czarnych barwach

Oczy całego świata zwrócone dziś były na Waszyngton, gdzie dokonywała się historyczna intronizacja na urzędzie pierwszego czarnoskórego prezydenta Baracka Obamy. Jako że kryzys toczy amerykańskie (i nie tylko) finanse, liczący każdego dolara dziennikarze z zachwytem obwieścili, że będzie to najdroższa impreza w dziejach prezydentury USA.

Częstym fragmentem relacji z przygotowań był widok szlochającej ze szczęścia afroamerykanki, która zduszonym głosem wyrażała radość, że wreszcie prezydentem USA będzie jej „ziomek”. Rzecz jasna nie jest to żaden rasizm a jedynie „solidarność etniczna”. Ponieważ jednak na kontynencie afrykańskim znaczna część prezydentów i premierów jest czarna, powstaje pytanie, dlaczego afroamerykanie miast cierpieć pod jarzmem rasistowskich „białasów” w USA po prostu nie reemigrowali, by tam swobodnie kultywować „solidarność etniczną”?

W Polsce z kolei w ramach walki z kryzysem społeczeństwo najpierw urządziło sobie fetę z okazji 25 – lecia Nobla, a teraz za jeszcze ciężkie pieniądze przypomni sobie, dlaczego tak kocha twórców Okrągłego Stołu. Bo jakby zapomniało, że kocha, to mogłoby sobie przypomnieć, czemu wielokrotnie strajkowało przeciwko tymże twórcom zarówno przed, jak i po 1989 r. Na razie jednak czarne myśli o kolejnym niezbędnym wydatku budżetu odwraca honorowa dymisja ministra Ćwiąkalskiego. Nawiązując do światłych wzorców amerykańskich warto wyliczyć sukcesy jego resortu. Przede wszystkim poprawiła się skuteczność i jakość usług prawniczych, szczególnie w przypadkach, gdy jako obrońca występował późniejszy prokurator generalny, mecenas Ćwiąkalski. I choć plotka niesie, że poginęły z sądów i prokuratur różne kwity bądź kompromaty, rąk załamywać nie należy, albowiem choć „poginęły”, to niekoniecznie musiały zostać „zniszczone”, a więc mogą się objawić w najmniej spodziewanym momencie np. kampanii wyborczej. A swoją drogą – czegóż dokona syn tak znamienitego karnisty?

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Ulga na gazie

Sztuka kompromisu to wielka sprawa, czego dowodzi chociażby ten osiągnięty wczoraj pomiędzy Ukrainą a Federacją Rosyjską, a ściślej – Naftohazem i Gazpromem, reprezentowanymi przez premierów rządów. Ze skromnych informacji wynika, iż ów kompromis polega na tym, że strona rosyjska zachowała swoje dotychczasowe prawa i przywileje i zgodziła się, by strona ukraińska więcej jej za to zapłaciła. To może tłumaczyć widoczne zdenerwowanie premier Tymoszenko oraz jeszcze widoczniejsze znudzenie premiera Putina w materiale filmowym emitowanym w głównym wydaniu Wiadomości TVP 1.

Witająca z ulgą owo porozumienie Europa jeszcze na razie przebąkuje coś o potrzebie dywersyfikacji, a nasi rodzimi spece – o potrzebie budowy elektrowni atomowych. Ale nie miejmy złudzeń – na tym etapie tak trzeba. Jeszcze trochę, a lud dojrzeje do prawdy objawionej, że najtaniej i najszybciej będzie wybudować rurociąg północny. Ostatnie wydarzenia związane z zakręceniem kurka będą wyciągane w charakterze groźnego memento i żaden warchoł znad Wisły nie odważy się słowem pisnąć przeciwko szlachetnej inicjatywie. A jeśli jednak się odważy – już tam sąsiedzi bliżsi i dalsi mu przetłumaczą z polskiego na nasze swoje słuszne oburzenie. Ciekawość, czy jak Gazprom zacznie tresować zakręcaniem kurka nadwiślańską „bliską zagranicę” też solidarnie się oburzą?

Po wczorajszej uldze z okazji zgodnego puszczenia gazów dziś okazało się, że brakuje kasy na wojsko (1,8 mld zł), ABW, CBA i policję. Oj, będą stały na poboczach niebieskie „zakłady fryzjerskie” z jedną „suszarką” na dwóch. Bo liczy się „tanie państwo” którego kryzys przecież nie dotknie, bo gdzieżby śmiał popsuć tyle autorytetów w pocie czoła wystruganych przez „media opiniotwórcze”.

Źródła:

http://www.tvn24.pl/12690,1582078,,,mon-ujawnia-1-8-mld-zl-deficytu,wiadomosc.html

http://www.tvn24.pl/12692,1581584,0,1,policja-sie-nie-wyplaca,wiadomosc.html

http://www.tvn24.pl/12690,1579531,0,1,tajne-sluzby-bez-pieniedzy,wiadomosc.html

sobota, 17 stycznia 2009

Oskar dla Michnika?

No tak, zgłosiłem się do konkursu i... mam mało czasu, by pisać. A jak już mam czas – to nie mam siły pisać o tym całym szajsie.

Ostatnio się wyładowałem, bo mnie wpiekliła hołota. Wcale tego nie żałuję. A teraz z przyjemnością po raz kolejny oglądam film Fakty i akty. To, jak dla mnie, jeden z najciekawszych filmów ostatnich lat. Gwiazdorska obsada, z jednymi z najlepszych (moim zdaniem) aktorów – Robertem de Niro i Dustinem Hoffmanem. Pomysł, fabuła, realizacja... Mistrzostwo świata, podręcznik politycznego PR i tak dalej.

Patrząc na skład „tanio nam panującego” rządu dochodzę jednak do wniosku, że całe Hollywood i tak jest „cienkie w uszach” w stosunku do „Gazety Wyborczej” czy TVN – u strugających autorytety, jak twierdzą jedni – z banana, a mniej kulturalni – z ... mniejsza zresztą z tym, z czego. I gdyby nie to, że społeczeństwo polskie w tej produkcji robi za stado użytecznych baranów swobodnie golonych, byłby to nawet powód do dumy. 

piątek, 16 stycznia 2009

RP Ludowej obraz własny

„Reklama dźwignią handlu”, to wie każde dziecko. A że towarem jest obecnie praktycznie wszystko, to już insza inszość. Inna sprawa, że tak jak ramię i siła dźwigni są uzależnione ciężarem, tak reklama, aby była skuteczna – intelektem odbiorców. I szczerze mówiąc – nie jest dobrze.

Pół biedy, jeśli za tancerzem na występy biega mamusia z litrową butlą płynu do prania. Albo siostry noszą ze sobą analogiczny rekwizyt na imprezy. Nie ma biedy, gdy „prosto ze dżefka” (zapis w miarę fonetyczny, oddający dykcję pewnej kretynki)  sypią się truskawki. To też można przeżyć, w końcu ponoć bywają rzeczy „bielsze niż białe”. Nawet rasizm.

Niepokój wzbudza, gdy „nowa kultura bankowości” afiszuje się sloganem, w myśl którego „połowa środków na koncie zarabia w nocy 11%”. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że całość realnie zarabia 5,5%. Ale warto też rozważyć ową „noc”. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że banki opierają kryteria oprocentowania o wschody i zachody słońca czy fazy księżyca. Pojmując enigmatyczną „noc” jako połowę doby, wychodzi, że realnie całość środków miesięcznie zarabia ćwierć (połowa połowy) kwoty z reklamy, czyli 2,75%. A to już nie 11%.

Do kogo jest zatem adresowana taka reklama? Nie oszukujmy się – do nie umiejących liczyć tępaków. Do tchórzy, którzy boją się przeciwstawić wszechobecnemu chamstwu, lansowanemu pod hasłami typu „róbta, gdzie chceta”. Do rządzącej życiem i debatą publiczną hołoty, fetowanej na wszelkiego rodzaju imprezach ogólnodostępnych. Do prawników z aplikacją, urządzających meliny i ostentacyjnie olewających przepisy, grożących sądem osobom dochodzącym swych praw.

W latach 90. ubiegłego wieku Kazik Staszewski pytał retorycznie „coście, skurwysyny, uczynili z tą krainą?”. Dziś można już odpowiedzieć – przykroili na obraz i podobieństwo swoje. Najlepiej widoczne w poziomie reklam.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Posiedzenie

Premier Donald Tusk: Panie Marszałku, Wysoka Izbo, Panowie Posłowie i Panie Posłanki! Idzie kryzys, a tu społeczeństwu trzeba w końcu dać te obiecane podwyżki, bo grozi strajkami. Poprzednia ekipa rządząca nieodpowiedzialnie [gwizdy z ławek PiS – u] obniżyła podatki. Aby jakoś wywiązać się ze zobowiązań i nie pójść przy tej okazji z torbami, musimy podnieść podatek VAT i akcyzę na niektóre towary i usługi. Proponuję rozpatrywać listę towarów i usług do podwyżek w kolejności alfabetycznej. Zaczynamy od literki „A”.

  • Alkohol – zaproponował minister infrastruktury Cezary Grabarczyk dumając, że zyska jeszcze laur bojownika o bezpieczeństwo na drogach.

  • Literka „B”?

  • Benzyna! - ryknął urażony do żywego poseł Janusz Palikot, spod grzywy rzucając nienawistne spojrzenia na ministra Grabarczyka.

  • Literka „C” - zapytał premier.

  • Cielęcina – ponownie podrzucił dziwnie tego dnia ożywiony minister Grabarczyk, dumając, że lepiej, aby jego resort podwyżki zbytnio nie dotknęły.

  • Literka „D” - beznamiętnie pytał premier.

  • Drogówka! - zgodnym chórem ponad wszelkimi podziałami rzucili marszałek Bronisław Komorowski oraz poseł Jacek Kurski.

  • Literka „E” - spytał premier gdy tylko odzyskał mowę utraconą w wyniku spontanicznego PO – PiS – u dwóch znanych antagonistów.

  • Energia – odegrał się na ministrze Grabarczyku wicepremier Waldemar Pawlak.

  • Literka „F”?

  • FSZYSTKO! - jak jeden mąż ryknęła opozycja z koalicją.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - 

Epilog.

Kilka dni temu przeczytałem post na forum dyskusyjnym jednego z portali. Jego Autor w komentarzu przytoczył kawał z czasów Gierka. Jego treść dotyczyła wprowadzania podwyżek. Gdy już się uśmiałem, doszedłem do wniosku, że paraleli pomiędzy PRL i obozem demoludów a czasami obecnymi jest tak wiele, iż wstyd nie skorzystać z satyrycznego dorobku wcześniejszych pokoleń. Powyższy tekst jest więc jedynie aktualizacją dowcipu z 1976 r. Tedy nie roszczę sobie praw autorskich do tekstu. Do aktualizacji – owszem.

niedziela, 11 stycznia 2009

Czyn prawie społeczny

Zbiórka zbiórce nierówna. Gdy jakiś czas temu rząd sukcesem uwieńczył działania, których celem było pozbawienie Radia Maryja unijnych dotacji na wiercenia geotermalne, toruński redemptorysta wymyślił, by swój projekt sfinansować z publicznej zbiórki. Trzeba było zaangażowania ministra MSWiA żeby do bezeceństwa nie dopuścić. Ale się udało i „media opiniotwórcze” wpadły w zachwyt. Warto przypomnieć, że uczyniła to ekipa, która głosiła postulaty aktywizacji gospodarczej w oparciu o unijne subwencje oraz wolność gospodarczą, czyli również swobody wydawania pieniędzy.

Co innego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tu też pełen zachwyt, choć inne jego źródła. Wspaniałego zestawienia WOŚP z Caritasem dokonał Paweł Piekarczyk, porównując fundusze, ich wykorzystanie, wydźwięk ideologiczny i stosunek mediów. Szczególnie interesująco dla medialnego wizerunku Caritasu i WOŚP wygląda zestawienie funduszy: WOŚP przez 16 finałów uzbierała (po przeliczeniu dolarów na złotówki) łącznie 309 milionów 117 tysięcy złotych. Budżet Caritasu w 2007 r. wyniósł 331 milionów 671 tysięcy złotych.

Nic nie ujmując prowadzonej przez WOŚP zbiórce, dzięki której kupują sprzęt medyczny, warto się zastanowić nad jedną sprawą. Otóż rząd podejmuje próby przekształcenia szpitali w spółki prawa handlowego, czyli ich komercjalizację. W ramach komercjalizacji przedsiębiorstwa właścicielem jego całego mienia (z prawem swobodnego dysponowania) staje się prywatny podmiot gospodarczy wskazywany odgórnie. I nawet, jeżeli podlega Skarbowi Państwa, to kto zagwarantuje, że SP majątku nie "przeputa"? 

Wychodzi, że nolens volens sprzęt medyczny kupiony przez WOŚP zostanie podarowany prywatnym właścicielom, pobłogosławionym przez politykierów. W sumie jest to instrukcja, jak ożenić kapitalizm kompradorski z socjalistycznym czynem społecznym.

Link do tekstu Pawła Piekarczyka: Owsiak i jego orkiestra .

piątek, 9 stycznia 2009

Peklowana zima

Stanisław Lem pisał kiedyś, że człowiek to istota, która najchętniej mówi o tym, na czym najmniej się zna. Te słowa najlepiej obrazują „politykę ekologiczną” władz różnego szczebla czy działania części tzw. ruchów ekologicznych. Dla jasności muszę dodać, że sam sprzeciwiam się bezmyślnemu dewastowaniu środowiska, z naciskiem na bezmyślne, a więc nie podporządkowane żadnym sensownym celom.

Tyle, że realne działania proekologiczne w zasadzie ograniczają się do absurdalnych protestów przeciwko budowie drogi (dlaczego nie przeciwko tranzytowi TIR – ów?), elektrowni atomowej (węglowe pewnie tańsze i przyjaźniejsze środowisku?) oraz konferowaniu za państwowe pieniądze w towarzystwie wzajemnej adoracji. Jak to się przekłada na codzienną praktykę?

Ta praktyka to tony soli z piachem, wysypywanych zimą na jezdnie i chodniki oraz ogólna paranoja w ramach tzw. oczyszczania dróg. Wiem, że są na to jakieś normy, ale co do ich przestrzegania mam spore zastrzeżenia. Rodzą się one za każdym razem, gdy na czarnych sznurowadłach i ciemnych elementach zelówki pojawia się twardy, biały osad z soli. Warto rozważyć jakie skutki przynosi taka „polityka”.

Po pierwsze należy zwrócić uwagę, że oczyszczane są w zasadzie główne arterie komunikacyjne miasta, a i tak dotyczy to wyłącznie jezdni, nie zaś chodników. Boczne ulice i wszystkie chodniki są wyłącznie posypywane piachem z solą a wytworzone w ten sposób błoto pośniegowe na bieżnikach opon i podeszwach butów trafia na oczyszczone główne ulice.

Negatywny sposób, w jaki sól działa na samochody jest znany każdemu kierowcy. Być może jest to częścią „polityki ekologicznej”, zwalczającej „toksyczną” motoryzację. Warto jednak zwrócić uwagę na inne aspekty motoryzacyjne omawianego sposobu „oczyszczania ulic”. Po pierwsze samochody z natury rzeczy zimą więcej „palą”. Ale jeżeli są kłopoty z przyczepnością, to „palą” jeszcze więcej. Każdy kierowca wie też doskonale, że wszelkie substancje sypkie, jak piasek z solą, na jezdni zdecydowanie ową przyczepność zmniejszają, co ma swoje przełożenie na ogólne bezpieczeństwo na drogach.

O zimowych cierpieniach miejskich czworonogów napisano już wiele. Ale należy zwrócić uwagę na fakt, że buty również ulegają przyspieszonemu zniszczeniu. A przecież zniszczone obuwie trzeba będzie poddać utylizacji, a i nowe wyprodukować też trzeba będzie, bo ludzie jakoś boso chodzić nie chcą, szczególnie zimą. Ale co tam, ważne że plany dobre i urzędy mają co robić. Za wszystko i tak zapłaci obywatel – podatkami za oczyszczanie i „politykę ekologiczną”, z własnej kieszeni za naprawy samochodu, nowe buty, opony i leczenie psa. Czyli w sumie wymiar prospołeczny, wpływający ożywczo na gospodarkę.

Ulice odśnieżane i oczyszczane być muszą, to jasne. Jednakże niepokoi bezmyślność, z jaką owe działania są wykonywane. Mnie interesuje jeszcze jedna kwestia. Co mianowicie stanie się z owym peklowanym solą błotem pośniegowym? Czy nie będzie tak, jak w filmie Brunet wieczorową porą, gdzie zasady ekonomii (i ekologii) socjalistycznej Jan Kobuszewski wyjaśniał Wiesławowi Gołasowi? Zrzucić na poboczu „na kupę” i czekać, aż z wiosną ściekami wszystko spłynie do Wisły. Wtedy będzie można walczyć z zasoleniem rzek. W sumie – ekologia ponad wszystko. I żeby się kręciło...

czwartek, 1 stycznia 2009

IV władza?

Okres przełomu roku charakteryzują podsumowania, debaty o tym co w mijającym roku było dobre, co nie, co się udało itp. Wszystkie media zasypują odbiorców swoją wizją ostatnich dwunastu miesięcy. Ja też mam swój typ, który z jednej strony jest sukcesem, zaś z drugiej – porażką.

Wielce ceniony przeze mnie Stanisław Michalkiewicz twierdzi, że okupująca RP Ludową „razwiedka” ku uciesze gawiedzi struga autorytety z banana. Ostatnie wypowiedzi generała Kiszczaka wprawdzie nasuwają podejrzenia, że albo kończą się banany, albo strug szlag trafił. Ale mniejsza z tym.

Cóż bowiem można by wystrugać, nie tylko z banana, gdyby nie organizatorska rola prasy? Oto na przykład po roku rządów partii, której sztandarowym postulatem był podatek liniowy, a która cały czas forsuje podatek progresywny, sondaże wskazują na poparcie stałe z tendencją do wzrostu. Albo przeciwnicy prywatyzacji szpitali pomstują na potęgę przeciwko prezydenckiemu wetu do ustawy prywatyzującej szpitale. Tudzież sytuacja, gdy przeszło połowa Polaków (w świetle badań sondażowych opinii publicznej) źle ocenia rząd, ale tyle samo, a nawet więcej respondentów dobrze ocenia premiera.

Z wzmiankowanych sondaży wynika jasno, że tzw. IV władza doprowadziła znaczną część społeczeństwa do stanu permanentnego zidiocenia. Bo nikt chyba nie wątpi w rzetelność przeprowadzonych badań sondażowych ani też wiarygodność publikatorów wyników tychże badań. I ten stan rzeczy należy uznać za bezapelacyjny sukces mediów. Oraz totalną porażkę społeczeństwa.