wtorek, 28 października 2008

Euro – Disneyland zastępczy

Przez polskojęzyczne media niczym huragan przewala się dyskusja o co rychlejszym przyjęciu Euro jako waluty. Nie padają żadne argumenty, za to wszyscy specjaliści od polityki i finansów spierają się o ewentualny termin. Wykazują tym samym całkowitą ignorancję w kwestiach działania mechanizmów prawnych we Wspólnocie Europejskiej oraz całkowite oderwanie od rzeczywistości. Chyba, że celem tych pyskówek jest wywarcie wrażenia na publice, że coś się dzieje, coś się robi i na coś jeszcze ma się wpływ. Ale po kolei.

Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, że przyjęcie Euro jako waluty nie jest takie proste, jakby to wynikało z baraszkowania prezydenta z premierem. Po pierwsze Polska musiałaby zostać przyjęta do systemu ERM II (Mechanizm Kursów Walutowych), do czego musi spełniać konkretne i wyśrubowane kryteria. Do nich należą zarówno uporządkowane kwestie legislacyjne, fiskalne, monetarne, ustabilizowany kurs walutowy. Określone są zarazem dokładnie poziom inflacji i bezrobocia. Oprócz tego do przyjęcia do systemu ERM II konieczne jest ustalenie pewnych kwestii z NBP oraz podjęcie konkretnych negocjacji z Europejskim Bankiem Centralnym i Komisją Europejską. Jakoś o tym nie słychać, a to dopiero początek problemów. A pamiętać trzeba, że w tej „poczekalni” spędzi minimum dwa lata.

Dotąd optymistycznie niedostrzegający kryzysu finansowego premier raczył ostatnio zmienić zdanie, choć wnioskami, o ile je wyciągnął, jakoś omieszkał się podzielić. A sprawy stoją źle, i to bardzo źle. Tego, że kryzys mocniej uderzy w Polskę w której wszystkie banki zostały sprzedane obcemu kapitałowi jeszcze nikt nie powiedział, a szkoda. A warto do tego dodać sytuację w sektorze Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Dla jasności podaję, że sektor MŚP jest „oczkiem w głowie” wszystkich polskich rządów, jak również WE. Widać to w każdej strategii rozwoju – każda zawiera zapisy o wsparciu sektora. Szeroko reklamowane swego czasu samozatrudnienie to również sektor MŚP. W zasadzie sektor MŚP, skupiający się na drobnej wytwórczości, usługach i handlu, pozostaje, poza tzw. „szarą strefą” (30% PKB!), ostoją polskiej przedsiębiorczości i polskiego kapitału. Tymczasem wydarzenia, które mają obecnie miejsce każą wątpić, czy sektorowi MŚP uda mu się przetrwać kryzys.

W pierwszym rzędzie sytuacja na międzynarodowych rynkach finansowych uderzy w tych, którzy zdecydowali się skorzystać z unijnych dotacji. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że owe dotacje są przyznawane na realizację konkretnych założeń biznesplanu i wypłacane w transzach po realizacji kolejnego etapu. Mało tego – najczęściej w umowie są zapisy o inwestycjach w nowoczesne technologie oraz zwiększaniu zatrudnienia. Idę o zakład, że większości nie uda się spełnić tych kryteriów zwłaszcza w okresie kryzysu. Tyle, że wtedy ci, którzy nie spełnili owych kryteriów muszą oddać całe otrzymane dofinansowanie działalności uzyskane od WE i to z procentami! Plajty jak amen w pacierzu.

Jakby tego było mało okazało się, że blisko 600 tysięcy MŚP rozliczających się w formie ryczałtu od 2003 r. nie ma do tego prawa i będzie musiała zapłacić zaległe podatki wraz z procentami! Dziwi przy tym, że urzędy skarbowe przez tyle czasu nie raczyły ich o tym poinformować. Tyle, że owe 600 tysięcy osób należy przemnożyć przez liczbę ich pracowników oraz kontrahentów, którzy też poniosą straty mogące zakończyć się plajtą.

Innymi słowy – idą ciężkie czasy i prawdopodobnie zarówno inflacja jak i bezrobocie poszybują wysoko. Dlatego tak irytują te bzdury wygadywane o szybkim przyjęciu Euro jako waluty przy jednoczesnym unikaniu tematyki prawdziwych i ważkich problemów. O „ekspertach” nawet nie wspomnę – w końcu cały czas twierdzą, że obecnego kryzysu nie dało się przewidzieć. To co z nich za eksperci?

sobota, 25 października 2008

By żyło się lepiej

W trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej spotkałem znajomego, o którym wiem, że należy do PO. Zadałem mu wtedy dość jasno sformułowane pytanie, na które odpowiedź bardzo mnie interesowała. Skąd mianowicie PO ma zamiar wziąć pieniądze na obiecywane wszem i wobec podwyżki, skoro z drugiej strony deklaruje podjęcie działań przynajmniej początkowo zmniejszających wpływy do budżetu, takich jak wprowadzenie podatku liniowego (sztandarowy postulat PO z lat 2005 – 2007, dziś „taktownie” zapomniany), likwidacja abonamentu i ponad 200 opłat urzędowych, wreszcie zwolnienie emerytur z podatków. W odpowiedzi usłyszałem, że wrócą rodacy z emigracji, przywiozą ze sobą pieniądze i dzięki temu rząd będzie mógł się wywiązać ze swych obietnic.

Zatkało mnie. Nie dlatego, że miast rzetelnej odpowiedzi od człowieka po dwóch fakultetach usłyszałem jedynie stek propagandowych bzdur. Zatkał mnie poziom bezczelności. Po pierwsze spece z PO liczyli na pieniądze, o których tak naprawdę nie mieli żadnych danych, zwłaszcza co do ilości czy pewności wpływu. Po drugie – przecież ci wszyscy, którzy emigrowali z kraju „za chlebem” uczynili to w nadziei poprawy własnego losu, nie zaś dla zdobycia środków zaspokajających polityczne aspiracje. Inna sprawa, że jakich ja właściwie wyjaśnień oczekiwałem ze strony działaczy całkiem serio operujących pojęciami budowy „drugiej Irlandii” czy „cudu gospodarczego”?

Polska nie jest izolowana od reszty świata i [...] również nas zaczynają dotykać objawy kryzysu – mówił w piątek w trakcie wizyty w Chinach premier Tusk. Miło z jego strony, że wreszcie zauważył pewne zależności. Ciekawe, czy wyciągnie z tego wnioski praktyczne. Niezależnie od tego z niepokojem patrzę w przyszłość, gdy do kryzysu, a w istocie rezultatu sprzedaży sektora bankowego, dochodzą ważkie reformy polskiej służby zdrowia, a w mediach pojawiają się relacje o powracających z emigracji zarobkowej rodakach. Wprawdzie jeszcze niewielu wróciło (pytanie ilu już zdążyło ponownie wyjechać?), ale za to w przyszłym roku, jak wrócą...

Partie polityczne mają swoje hasła wyborcze, slogany a nawet piosenki, które w zamierzeniu mają ułatwiać wyborcom orientację co do programu i kompetencji działaczy danej kliki. Obawiam się, że w najbliższym okresie możemy oczekiwać renesansu popularności piosenki kabaretu Tey, niestety w charakterze wypełnienia treścią pamiętnego sloganu „by żyło się lepiej”:

Bo my musimy być silni i zdrowi,

choćby na skrobi, choćby na skrobi!

Bo my musimy być dziś mniej pazerni,

roślinożerni, roślinożerni!

środa, 22 października 2008

Jasna przyszłość „czarnej listy rajów podatkowych”

Przeglądając cały ten natłok informacyjny, gdzie dominującym tematem są komercyjne szpitale nastawione na zysk i finansowane z podatków (strach pomyśleć co będzie, jak wzorem prywatnych banków amerykańskich zaczną bankrutować) natrafiłem na taką oto ciekawostkę. Oto politycy europejscy postanowili sporządzić i opublikować „czarną księgę rajów podatkowych”. Innymi słowy państw, w których są niskie i sprawiedliwe podatki a banki przestrzegają zasad tajemnicy zawodowej, stawiając swoje dobre imię i zaufanie klienta ponad grymasy polityków. Cóż, gdyby dobrze poszło, to już od roku Polska zajmowałaby na tej liście poczesne miejsce. Mówię oczywiście o filarze gospodarczego planu rządzącej obecnie PO, czyli podatku liniowym 3x15%, o którym dzisiaj jakby zapomniano. O obiecywanym niejako „w pakiecie” zwolnieniu emerytów z podatków już nawet nie wspomnę.

Osobiście uważam utworzenie i opublikowanie takiej „czarnej listy rajów podatkowych” za ważką i słuszną inicjatywę. Dobrze przy tym by było, aby obok informacji o nazwie państwa podawano średnie oprocentowanie rachunków bankowych, koszty kredytów i rzecz jasna – stawki podatkowe. Mało tego – mam nadzieję, że wkrótce taka „czarna lista” powstanie, zostanie upubliczniona i będzie na bieżąco uaktualniana we wszystkich wspomnianych wyżej aspektach, co leży również w interesie państw, które się na niej znajdą. Dzięki tejże bowiem „czarnej liście rajów podatkowych” żyjący z pracy obywatele państw o odmiennych ustrojach społeczno – gospodarczych będą wiedzieli gdzie lokować oszczędności. Zanim zdecydują się na emigrację z państw, które dla odmiany winy być umieszczone na analogicznej „białej liście piekieł podatkowych”.

Źródło: http://www.kapitalizm.org/?action=show_article&art_id=5019

poniedziałek, 20 października 2008

Na miarę możliwości

W ostatnich dniach przez polskojęzyczne media przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy prezydent Kaczyński i PiS już uprawiają kampanię wyborczą, czy może jeszcze nie. No cóż, jaki pan taki kram, więc i w tym przypadku można owo „odkrycie” skwitować słowami Stanisława Barei, że jest to miś na miarę naszych możliwości. Można co prawda wspominać oskarżenia rzucane swego czasu przez wiceministra Waszczykowskiego, jakoby rząd podejmując ważne decyzje polityczne kierował się nie dobrem kraju, ale słupkami sondażowymi. Albo też wrócić pamięcią do poprzedniej kadencji i działalności ówczesnej opozycji, ze słynnym gabinetem cieni włącznie.

Tyle, że jeśli trochę się zastanowić, to wszystkie polskie partie polityczne i działacze po 1989 r. permanentnie uprawiają kampanię wyborczą. Dotyczy to zarówno rządów jak i opozycji. Gdyby było inaczej, dawno rozwiązane by zostały problemy związane z ZUS – em, KRUS – em, służbą zdrowia, szkolnictwem itd., z którymi każdy kolejny rząd się boryka. Tyle, że gdyby komukolwiek zależało na rozwiązaniu tych problemów, musiałby podjąć decyzje, które najprawdopodobniej nie byłyby popularne społecznie, w związku z czym spadną słupki poparcia. Grozi to brakiem reelekcji, a co ma robić polityk przyzwyczajony do egzystowania w sferze przywilejów i publicznych funduszy, czyli na koszt społeczeństwa? I tak jedynym remedium na nierentowność i długi różnych instytucji jest jedynie przerzucanie środków, choć każdy kretyn chyba rozumie, że podnoszenie kosztów funkcjonowania wcale nie musi oznaczać poprawy jakości oferowanych usług.

To właśnie dzięki owej permanentnej kampanii wyborczej, prowadzonej przez wszystkich „polityków” niezależnie od ich aktualnej pozycji, na polskiej scenie politycznej zaistniał fenomen, że co wybory startowały inne partie, ale „mordy nasze kochane” wciąż te same. Rzecz jasna z paroma ciekawymi wyjątkami – np. PSL i Waldemar Pawlak, czy Jarosław Kalinowski także z tej formacji. Trzeba się jednak w tym miejscu uderzyć w piersi – myśmy sami tego sprawcami. Bo jakże często głosujemy na puste obietnice, czyli „kiełbasę wyborczą” zapominając, że za nimi stoją jednak konkretni ludzie, których często jest już z czego rozliczyć, w tym z wywiązywania się ze złożonych obietnic. Inna sprawa, że często dochodzi do paradoksalnych sytuacji, gdzie głosuje się nie tyle na kandydata, ile przeciw jego oponentowi. Tak było w 1990 r., gdy w drugiej turze wyborów prezydenckich dokonywano wyboru między enigmatycznym Stanem Tymińskim a Lechem Wałęsą. Pięć lat później sytuacja się powtórzyła, leczy tym razem głosowano na Aleksandra Kwaśniewskiego mając dość pomroczności jasnej w Pałacu Prezydenckim i wszelkich wystąpieniach państwowych najwybitniejszego noblisty wśród stoczniowców (i nie tylko).

Cała ta heca i przecieranie g... przez durszlak w nadziei otrzymania leguminy ukazuje jeszcze jedno. Ogromną pogardę i arogancję, z jaką zarówno politycy jak i dziennikarze traktują społeczeństwo polskie. Wpisuje się to znakomicie w proces tresury, gdzie merytoryczna debata polityczna została zastąpiona retorycznymi przepychankami rodem z sitcomu dla opornych.

piątek, 17 października 2008

Wizja kasandryczna

Jak wiadomo (przynajmniej niektórym) z historii, wrogami klasowymi społeczeństwa radzieckiego (czytaj: władzy radzieckiej) byli: kułak, burżuj, fabrykant, obszarnik, imperialista itd. W sumie pod względem merytorycznym, który różnił się zasadniczo od wersji ideologicznej, wszystkich wrogów klasowych łączyło jedno – własność, którą posiadali. Owa własność bowiem dawała im pewne prawa, np. właściciel samochodu może pojechać sobie w siną dal (rzecz jasna nie w ZSRR ale dzisiaj), a władza nie wie gdzie sobie pojechał, i dlaczego. Właściciel mieszkania może je na przykład sprzedać, wyprowadzić się i więcej nie płacić podatków władzy, która mu się nie podoba. Albo też może sobie w mieszkaniu zameldować, kogo mu się żywnie podoba, może je przekazać, komu mu się żywnie podoba itd. I wcale nie musi przy tym pytać władzy o zgodę. Słowem – anarchia, samowola i brak kontroli.

Dlatego wszelka własność prywatna, za wyjątkiem zaufanego grona towarzyszy, jest zwalczana z całą bezwzględnością i wszelkimi sposobami. Oto najpierw banki udzielały kredytów hipotecznych kompletnie ignorując kryteria zdolności kredytowej pożyczkobiorcy. Dzisiaj tracą na tym wszyscy, włącznie z tymi, którzy kredyty spłacali sumiennie, względnie kredytów nie zaciągali. Wszyscy bowiem będą musieli zrzucić się ze swych zarobków i oszczędności na daninę dla bankierów. Mało tego, „w trosce o dobro społeczne” postanowiono utworzyć unijną radę ekspertów, którzy zajmą się kontrolowaniem rynku bankowego, czyli będą decydować, komu i na jakich zasadach kredyt się nie należy. Jest to więcej niż pewne, skoro do owej rady wytypowano Leszka Balcerowicza, dzięki któremu dzisiaj w Polsce przemysł, wytwórczość i usługi są w zdecydowanej większości własnością kapitału zagranicznego. A zwłaszcza banki. Mało tego – już raz wyczyścił Polakom oszczędności, więc należy się spodziewać, że powracamy do systemu społecznego utrzymania instytucji, ale już prywatnych z nich zysków.

No dobrze, to załatwia sprawę tych, co chcieliby zostać właścicielami, albo nawet uzbierali 30 procent wartości (więc mogą i całość), ale co z tymi, co właścicielami już zostali? Banki obracając ich pieniędzmi straciły, ale w sumie wiadomo, że nie bank czy bankier stracili, ale klient banku. Ale to wszystko mało i dlatego wszelką własność prywatną okłada się idiotycznymi podatkami, jak np. obowiązkowe ubezpieczenie OC dla kierowców. Co za sens, skoro i tak każdy kierujący ponosi pełną odpowiedzialność za wyrządzone szkody, zaś OC pokrywa je tylko do jakiejś kwoty, a mało tego – ubezpieczyciel może zakwestionować żądane odszkodowanie. I co wtedy? Sięgamy do kieszeni.

Ale i tego mało – należy podnieść koszty życia i utrzymania własności do możliwie absurdalnego poziomu. Stąd dzisiaj właściciele mieszkań mają wyższe świadczenia więcej niż najemcy, do których czynszów właściciele i tak dopłacają poprzez miejską kasę. W takim też kontekście należałoby rozpatrywać pomysł pakietu klimatyczno – energetycznego, którego głównym punktem będzie ciągle zmniejszany przydział emisji dwutlenku węgla. Przecież w pierwszym rzędzie uderzy to w gospodarkę opartą o elektrownie węglowe. A gdy te już zostaną wykończone, przyjdzie czas na państwa z elektrowniami atomowymi, gdyż jak wiadomo brak konkurencji działa demoralizująco. Warto przypomnieć, że o kredytach na modernizację elektrowni węglowych będzie decydowała rada ekspertów, z prof. Balcerowiczem na czele. Tym, którzy wierzą, że chodzi tu o ochronę środowiska polecam rozważenie dylematu, dlaczego ekolodzy protestują przeciwko budowie obwodnicy w Rospudzie, a nie protestują przeciwko ruchowi tranzytowemu tirów, który niesie w sobie większe skażenie i więcej zagrożeń dla zdrowia, życia i każdego ekosystemu.

W ten sposób dzięki kryzysowi bankowemu i pomysłom eurokratów został uczyniony kolejny krok na drodze do systemu, w którym właścicielami zostają nie ci, co na własność zapracowali, ale ci, których zaakceptuje ogół właścicieli. Innymi słowy – system niewolniczy, bo tylko niewolnik nie może posiadać własności, gdyż z definicji wszystko, co ma, z nim włącznie, należy do kogo innego. Cały dowcip polega na tym, by sprzedać pomysł jako działanie dla dobra ogółu. A po przeprowadzeniu można będzie odrzucić pozory. W końcu wiadomo, że tylko niewolnicy uważają niewolnictwo za parszywy system społeczny. Ich właściciele raczej nie.

Tymi, którym się to nie spodoba zajmie się policja, której po raz kolejny poszerzone mają zostać uprawnienia. Odpowiedni projekt leży już w MSWiA, a hakerzy atakują strony tych, którzy nie dostrzegają cudu przemiany i jeszcze mają czelność o tym mówić.  

wtorek, 14 października 2008

Tylko zdrowi mają szansę na terapię

Cały kraj ekscytuje się kolejnym pomysłem na rozwiązanie sytuacji w służbie zdrowia. I słusznie, bo przecież jesteśmy w majestacie prawa podatkami łupieni na „publiczną” opiekę zdrowotną. Przynajmniej część polityków i komentatorów udaje głupich (albo i nie) skoro twierdzi, że komercjalizacja nie jest najczęściej wstępem do prywatyzacji. To po co by ją w takim razie przeprowadzać, skoro spółka prawa handlowego musi być dochodowa, a przedsiębiorstwo państwowe, w tym szpital – nie. Mało tego – społeczeństwo jest informowane o nic nie znaczących ekwiwokach kolejnych „wiedzących”, ale ani słowa o szczegółach operacji, co jest wymowne.

Inna sprawa, że polska publiczna służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Być może dlatego właśnie mówimy o służbie zdrowia, nie wspominając o chorych do opieki nad którymi zasadniczo została powołana. Tyle, że taka sytuacja nie jest niczym nowym w polskiej rzeczywistości. Od blisko dwudziestu lat co roku obok pielęgniarek i lekarzy wszystkich specjalizacji strajkują bądź strajkami grożą nauczyciele, policjanci i inni przedstawiciele „budżetówki”, a ostatnio dołączyli do nich sędziowie. Kolejne rządy stając przed problemem strajków i nierentowności rozważają jedynie skąd wziąć pieniądze na podwyżki, czyli jak dodatkowo okraść obywateli. Nikomu nie przyjdzie do łba postawienie podstawowego w tej sytuacji pytania: czy to aby system dystrybucji środków nie jest do kitu? A jeżeli tak, jeżeli system finansowania i dystrybucji środków odziedziczony po PRL jest niewydolny, to jak go zmienić? Większość obywateli odpowie zapewne, że przede wszystkim mnie kraść.

Warto nad tym pomyśleć, tym bardziej, że skoro prywatne banki bankrutujące na skutek swej „niefrasobliwości” (nie potrafią liczyć?) są „dofinansowywane” z budżetu (czyli przez tych co wzięli kredyty i nie mieli za co spłacić oraz tych, którzy kredytów nie wzięli, bo np. nie potrzebowali), to czy komercyjna spółka skarbu państwa w jaką ma zostać przekształcony szpital, nie będzie mogła zbankrutować? PRL – owi się przecież udało. A wtedy zapłacimy i składkę, i specjalną daninę na ratowanie naciągaczy. A potem pobiegniemy do psychoanalityka. Prywatnie.

P.S. Czy dzisiaj w sejmie to były te same pielęgniarki, co nieco ponad rok temu urządzały w nocy pod sejmem takie sympatyczne libacje? „Białe Miasteczko” się ta melina aktywistek nazywała.

poniedziałek, 13 października 2008

Standard za dodatkową opłatą

Za oknem nostalgiczne pejzaże maluje jesień, wykorzystując całą gamę barw, mgieł i załamań światła. W sejmie „ofensywa” legislacyjna dla uświetnienia rocznicy powołania rządu Donalda „Cudo – tfu – rcy”. Media roztrząsają kwestię planowanej prywatyzacji szpitali, a prezydent przerzuca się z premierem błyskotliwymi pomysłami referendum w danej sprawie, i oczywiście po staremu licytacją pozycji w hierarchii ważności w polityce. Uprzednia ekipa, tradycyjnie po wyborach w opozycji, wytyka pomysłom obecnej koalicji błędy, choć gdy sama je zgłaszała – wtedy ponoć były genialne. Znany astronom dzięki komunistycznej bezpiece wcielił w życie dewizę per aspera ad astra (przez ciernie do gwiazd), choć zachodzi podejrzenie, że na drodze do gwiazd sam stał się cierniem dla wielu ludzi. Widać z czasem wszytko parszywieje, od honoru poczynając na intelekcie kończąc. Wszędzie małostkowość i miałkość, a Poczta Polska miast przesyłek (przynajmniej tych adresowanych do mnie) dostarcza materiału do refleksji.

Poczta Główna przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie stara się wyglądać porządnie i zainstalowała telewizory wyświetlające spoty reklamowe. Jeden z nich szczerze mnie rozbawił, zaś wygłoszony komentarz wprawił pracowników w konsternację. W reklamie zalet korzystania z przesyłek priorytetowych można przeczytać, że „spełniają one standardy czasu i jakości usług pocztowych obowiązujących we Wspólnocie Europejskiej”. Przecież to kpina w żywe oczy – RP (niestety) jest członkiem WE i zgodziła się na wypełnianie narzuconych przez nią standardów. Jednakże dlaczego mamy je otrzymywać za dodatkową opłatą? Co to za standardy, które obowiązują tylko po uiszczeniu dodatkowego haraczu? Nawiasem mówiąc – nadając przesyłkę priorytetową dowiadujemy się, że instytucja nie gwarantuje, aby przesyłka doszła szybciej. Wypisz, wymaluj, cała WE w pigułce. Klimatu satyrycznego dostarcza fakt, że po drugiej stronie ulicy stoi budynek Informacji Europejskiej. No, ale dyrekcja ma ważniejsze sprawy niż sprawdzić, czy aby bzdur nie wypisują.

Smutne to w sumie, że instytucja o tak długich i często chwalebnych tradycjach, jaką jest Poczta Polska, schodzi na dziady. Inna sprawa, że nie ona jedna. Kończę już, bez dodatkowej opłaty.

środa, 8 października 2008

Paradoks Michnika

Na wstępie jednak wyjaśnienie o czym ten tekst nie jest. Nie jest o agenturalnym (a więc i szpiegowskim) charakterze wszystkich organizacji komunistycznych w okresie dwudziestolecia międzywojennego, który dziś został by określony jako terroryzm. O tym, że działalność agenturalna była prowadzona na rzecz ZSRR też nie. Nie jest też rozważaniem różnic pomiędzy sentencją wyroku (przytoczoną w publikacji IPN) a aktem oskarżenia (którego treść przywołuje A. Michnik). Nie będzie wreszcie o jednym z podstawowych celów istnienia IPN – u, którym jest utrzymywanie kontaktów z zagranicznymi archiwami (np. niemieckimi, amerykańskimi, brytyjskimi, rosyjskimi czy ukraińskimi) oraz pozyskiwanie z nich informacji dotyczących dziejów Polski i losów jej obywateli.

Ponieważ sprawa jest w sądzie należy podejrzewać, że IPN nie miał podstaw do sprostowania informacji na temat Ozjasza Szechtera. Dla dalszych rozważań nad paradoksem powództwa A. Michnika oraz wyrokiem, który zapadnie, istotne jest przypomnienie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 19. września 2008 r. dopuszczającego jako formę dyskusji badawczej (i wolności słowa) pomówienie narodu polskiego o współudział i współodpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne i nazistowskie na podstawie archiwów komunistycznej bezpieki.

Niezależnie bowiem od tego, czy IPN publikując takie a nie inne informacje dopuścił się pomówienia (według TK jest to forma wolności słowa i dyskusji „historycznej”) Ozjasza Szechtera sąd będzie musiał orzec, czy pomówienie na podstawie dokumentów komunistycznej bezpieki mieści się w granicach swobody publikacji i badań naukowych, zaś na podstawie archiwów sądowych II RP – jest przestępstwem. Paradoksalnie bowiem może się okazać, że archiwa sądowe II RP są mniej wiarygodne, niż ubeckie „teczki”, choć w przypadku Lecha Wałęsy (i paru innych „autorytetów”) wielokrotnie podważano wiarygodność zawartych w nich dokumentów.

Być może dowiemy się, że opublikowane nie tylko przez IPN wiadomości na temat Ozjasza Szechtera są przejawem antysemityzmu. Tyle, że jak dotąd nikt nie zakwestionował jego przynależności do kompartii Zachodniej Ukrainy. Obali to jednak przez lata stosowany argument, że Żyd nie mógł być komunistą, co będzie miało ciekawe konsekwencje w rozważaniach nad działalnością stalinowsko – komunistycznego prokuratora Szechtera, którego działalność skupiała się na legalnej eksterminacji niepożądanego klasowo elementu, zwłaszcza AK – owców. Nie wspominając już o ewidentnie rasistowskim podłożu takiego pojmowania sprawy.

Słowem cała ta sprawa wydaje się być jednym wielkim paradoksem. Jakikolwiek wyrok nie zapadnie – wzbudzi kontrowersje. Chyba, że wiadomość o wstąpieniu na drogę sądową przez naczelnego GW była „faktem prasowym”, czyli mówiąc po ludzku prawdą, ale taką nie pełną.

wtorek, 7 października 2008

Nasza chluba

Gdyby oceniać poziom polskiej piłki nożnej po zainteresowaniu konfliktem pomiędzy polskimi władzami a piłkarską międzynarodówką i jej polską ekspozyturą, to nasza reprezentacja notorycznie wygrywa wszelkie zawody, rozgrywki i co tam jeszcze jest. Tymczasem prawda jest nieco inna, a najcelniej opisał ją Rafał Ziemkiewicz, który udział polskich drużyn piłkarskich w turniejach międzynarodowych skwitował krótko: mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor. Czapeczki, pamiątkowe proporczyki, suweniry dla rodzinki i do domu. Wniosek z tego taki, że nawet zawieszenie udziału polskich piłkarzy w rozgrywkach międzynarodowych niewiele by tak naprawdę zmieniło. Nie licząc rzecz jasna kasy, która nie została by z tego tytułu „rozdysponowana”. No i braku wpływów z udziału w reklamach. Pokazuje to zarazem rozmiary kompromitacji polskiego rządu, który usiłuje wmówić ludziom, że tęgie lanie, jakie mu spuszczono, to wielki sukces naszych polityków. Skoro tak, to należy postawić pytanie, dla kogo właściwie oni pracują?

Dla każdego jasnym jest, że chcąc uporządkować bagno trzeba je wpierw osuszyć, choć szlag wtedy trafi komary, żabki i inne przyjemne stworzonka, z upodobaniem bytujące w błotku. Zasada ta jest imperatywem dla każdego, kto zechce naprawdę uzdrowić sytuację w polskiej piłce nożnej. To oczywiste. Dla mnie jednak bardziej zastanawiający jest moment, w którym cała ta dęta afera o pietruszkę wybuchła. A stało się to akurat w chwili, gdy pierwsze komentarze płynące z Brukseli wskazywały na odrzucenie rządowego planu ratowania polskich stoczni. Temat stoczni właściwie zniknął z mediów, a wszyscy zajęli się naszą dumą i chlubą – polską piłką.

A tak na marginesie – po tej aferze, gdzie piłkarska międzynarodówka murem stanęła za oskarżanymi o korupcję kolegami, nikt już chyba nie uwierzy, że Polska to jedyny kraj, gdzie do „koryta” podstawiane są „stołki”. Jakiś pozytyw jednak jest.

niedziela, 5 października 2008

Jak nie pałą, to kijem

Przyglądając się dziejom komunizmu można dojść do wniosku, że podstawowymi narzędziami socjalistów, w zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, były strach i głód. Dzięki łączeniu obu zjawisk szybko radykalizujący się socjaliści zdobywali i utrzymywali władzę wmawiając ludziom, że lepiej dla wszystkich będzie, jeżeli to partia rozdysponuje owoce ich pracy wedle własnego widzimisię, na co normalnie nikt przy zdrowych zmysłach by się nie zgodził. Komunistyczni niewolnicy, wszystkie swe wysiłki kierujący na zdobycie minimum środków do życia, nie zadawali pytań, dlaczego pomimo, że wszyscy pracują w pocie czoła, ciągle wszystkiego brakuje? Dodatkowym bodźcem hamującym stawianie takich pytań, był strach. Nieważne, czy wobec zagrożenia zewnętrznego, czy w obawie nieprzyjemności ze strony tubylczego aparatu represji, strach zawsze był obecny w krajach komunistycznych, dla kawału zwanych socjalistycznymi.

Wątpiącym polecam porównanie sytuacji polityczno – gospodarczej Rosji w 1905 i 1917 r., historię głodu na Ukrainie w latach trzydziestych, czy drogę do władzy komunistów chińskich w kraju pod okupacją japońską. W ramach dodatkowych wyjaśnień przypominam, że państwa komunistyczne w Europie po 1945 r. powstały przede wszystkim na terenach najmocniej zniszczonych przez wojnę.

Tym niemniej na drodze do realizacji ideału, jakim jest światowe państwo komunistyczne, stały USA z ich umiłowaniem wolności osobistej, prawa własności i prawa do swobodnego zysku. Paskudni, wiecznie bogacący się i obżerający na potęgę Amerykanie, którzy przekraczając wszelkie granice bezczelności rozwijali się cywilizacyjnie szybciej niż „postępowa ludzkość socjalistyczna”. Mało tego – ichni rozwój dokonywał się dzięki prywatnym uczelniom, prywatnemu kapitałowi itd., całkowicie bez udziału – i rzecz jasna kontroli – państwa. I jak tu takowe horrendum w socjalistycznym świecie tolerować?

11 września 2001 r. po raz pierwszy w dziejach zostało zaatakowane terytorium USA. Być może to przypadek, ale dlaczego z zaatakowanych tego dnia celów tylko budynki Word Trade Center uległy definitywnemu zniszczeniu? Czyż nie ma to wymiaru symboliczno – ideologicznego? Przerażeni mieszkańcy USA natychmiast zgodzili się na ograniczenia swobód osobistych, które w każdych innych warunkach bezapelacyjnie by odrzucili. W tym samym mniej więcej okresie zapoczątkowane zostały zjawiska, których owoce w postaci kryzysu bankowego właśnie możemy podziwiać. Straszeni wizją kryzysu (i towarzyszącego głodu) na miarę tego z lat dwudziestych ubiegłego stulecia obywatele USA pewnie wcześniej czy później zgodzą się na plan ratowania publicznymi pieniędzmi prywatnych cwaniaczków. Dzień ten w kraju tak przywiązującym wagę do istoty precedensu, będzie w rzeczywistości pierwszym dniem komunizmu. Bo przecież niezależnie od tego, czy Amerykanie spłacą długi wynikające z niekompetencji prywatnych bankierów, czy nie, i tak dostaną po kieszeni. Odpowiedź na pytanie jak bardzo, poznamy wkrótce.

Wszystkim, którzy uważają ten tekst za zbyt mocno naciągany zwracam uwagę, że Polska jest krajem, gdzie Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski są przedstawiani jako bohaterowie narodowi, chociaż wedle oficjalnych przekazów walczyli w przeciwnych obozach. Czyli w polityce wszystko jest możliwe, co jest jasne jak dwanaście gwiazdek na fladze Unii Europejskiej i dwunastu członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.

P.S. Zbieżność tematyki z dzisiejszym tekstem Stanisława Michalkiewicza jest wbrew pozorom całkowicie przypadkowa, jeśli nie liczyć najwyraźniej podobnego postrzegania pewnych zjawisk. Ale to już kwestia inteligencji.