poniedziałek, 19 maja 2008

Niedoinformowane społeczeństwo informacyjne

Telewizja pokazała, naukowcy potwierdzili, że jednemu psu gdzieś w Chinach można przyszyć łeb od świni. Tak to swego czasu Kuba Sienkiewicz z zespołu Elektryczne Gitary komentował naszą cudaczną rzeczywistość. Warto w przytoczonym powyżej cytacie zwrócić uwagę na kolejność – najpierw media, potem nauka. Mniej więcej tak samo można postrzegać fetę, jaką 17 maja urządzili orędownicy idei polsko – niemieckiego podręcznika historii. Inauguracja prac odbyła się szczęśliwie a dziennikarze i politycy stanęli na wysokości zadania dyskontując krytyków pomysłu uśmiechami politowania względnie pogardliwym milczeniem, zależnie od poziomu kultury osobistej oraz siły tzw. pleców.

Wokół idei polsko – niemieckiego podręcznika historii wytworzyła się jednak atmosfera patologii intelektualno – informacyjnej, polegającej na szerokim kolportażu samej idei oraz argumentów pro, przy jednoczesnym pomijaniu wszelkich słów krytyki (w najlepszym wypadku napominane, że takowe coś istnieje). Tym samym powoli następuje powrót do czasów jedynie słusznych idei i można się obawiać, że inkryminowany podręcznik będzie tylko takie idee realizował. Zabawne jest, że działając w ten sposób (w dobrzej rzecz jasna wierze) orędownicy nowego ładu popadają w sprzeczność ze sformułowanymi przez siebie samych zasadami. No bo czy można budować społeczeństwo informacyjne (jeden z priorytetów działań Wspólnoty Europejskiej) ściśle reglamentując dostęp do pełnej informacji? Nawiasem mówiąc Polska w XX wieku już to przerabiała pod oficjalną nazwą cenzury.

No dobrze, ale ja nie o tem... Jako skromny magister historii (podaję dla odróżnienia od „światowej sławy historyka” będącego w rzeczywistości socjologiem i innych „profesorów” bez matury), głęboko zainteresowany zagadnieniami historii historiografii i metodologii historii, świadomy praw i obowiązków obywatelskich, wreszcie zatroskany o losy Ojczyzny Polak, pozwalam sobie przedstawić źródła swego sceptycyzmu w kwestii polsko – niemieckiego podręcznika historii.

Jeśli w mediach pojawią się wypowiedzi krytyczne wobec tej idei, to najczęściej spotykanym argumentem kontra jest polityczny charakter przedsięwzięcia. Wbrew temu, co pobłażliwie sugerują media i politycy, nie jest to wcale pozbawione sensu myślenie maluczkich duchem i wiarą. W końcu nauka historyczna również ma swoje priorytety, wśród których naczelne miejsce zajmuje imperatyw obiektywizmu badawczego, czyli obiektywnego prowadzenia badań oraz wyciągania wniosków, które później zostają opublikowane. Z kolei działalność polityczna jest krańcowo przeciwna pojęciu obiektywizmu a obiecujący cuda na kiju politycy permanentnie łamią składane podczas kampanii wyborczych zobowiązania. Czy zatem można wierzyć w szczerość intencji polityków zachwalających nową ideę z gorliwością zadłużonego u mafii sutenera?

Polityczny charakter przedsięwzięcia skłania ku przypomnieniu, że Polska jest jedynym bodajże państwem nie uprawiającym tzw. polityki historycznej. Warto mieć to na uwadze, gdyż to właśnie osiemnastowieczne Prusy Fryderyka Wielkiego zapoczątkowały ten proces na skalę przemysłową. Te same Prusy stały się „ojczyzną” niemieckiego szowinizmu, do którego odwoływali się następnie Bismarck i Hitler. Dzisiaj politykę historyczną prowadzą ziomkostwa składające przeciwko Polsce pozwy o odszkodowania do trybunału w Strasburgu. Ci sami Niemcy w latach 90. ubiegłego wieku protestowali przeciwko pokazanej w Berlinie wystawie pt. Zbrodniarze z Wehrmachtu (bo od zbrodni to oni mieli SS), którzy w art. 116 konstytucji RFN mają zapisaną rewindykację granic wschodnich (dla RP zachodnich) do stanu sprzed 1. września 1939 r. A przecież podręczniki pisane są na potrzeby edukacji, która ma przekazywać wiedzę, wspierać rozwój intelektualny oraz kształtować postawy obywatelskie . Jaką wiedzę i jakich obywateli będą kształcić i kształtować takie podręczniki, komu i czemu to ma służyć? Czy nie będzie to kolejna broszurka propagandowa mająca za zadanie indoktrynację?

Orędownicy idei polsko – niemieckiego podręcznika historii w charakterze argumentu wskazują istnienie podobnego w swej istocie francusko – niemieckiego podręcznika. Dziwnie jednak milczą na temat jego funkcjonowania oraz skutków oddziaływania, a idę o zakład, że jedno i drugie jest na bieżąco monitorowane, zapisywane i analizowane, jak to eksperyment socjotechniczny. Warto jednak zatrzymać się chwilę nad samym faktem istnienia francusko – niemieckiego podręcznika historii, gdyż oznacza to, że prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii ograniczą się wyłącznie do uzupełnienia francusko – niemieckiego pierwowzoru o akcenty z historii Polski. W przeciwnym razie w Niemczech będą obowiązywały dwa podręcznik historii spisane w koprodukcji z Francuzami i Polakami. Guzik mnie obchodzi komfort edukacyjny młodzieży wszelkich nacji (do bezmyślnego konsumpcjonizmu matura potrzebna nie jest), nasi zachodni sąsiedzi nie budzą we mnie jakiś skrajnych emocji, ale nie mam powodów podejrzewać ich o takie idiotyczne marnowanie nakładów własnej pracy i funduszy. Zmniejsza to zarazem wiekopomność ról oddelegowanych do pracy polskich historyków, którzy de facto spiszą aneksy i to pod dyktando niemieckich uczonych. Chyba, że stręczony Polakom podręcznik ma obowiązywać wyłącznie w szkolnictwie polskojęzycznym, co stawia pod znakiem zapytania jego wartość naukową i dydaktyczną. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, że już dziś matury z przedmiotów humanistycznych ograniczają się do skandowania odgórnie zaakceptowanych hasełek (czyli jedynej słusznej interpretacji dzieła literackiego bądź procesu historycznego) dyskwalifikując tym samym umiejętność analizy, czyli samodzielnego myślenia i wykorzystywania nabytych wiadomości.

A czy zastanawiali się kiedyś Państwo nad pojemnością terminu „historia”, bezmyślnie używanego w charakterze synonimu dla pojęcia „nauki historycznej”? Mówiąc o historii polsko – niemieckiej mówimy o stosunkach polsko – niemieckich na przestrzeni dziejów. Stosunki te rozgrywały się na wielu płaszczyznach – politycznych, gospodarczych, handlowych, militarnych, kulturowych, naukowych, ekonomicznych itd. Synteza dziejów, jaką jest podręcznik, jedynie sygnalizuje poprzez pobieżne omówienie rozmaite zagadnienia, po szczegóły odsyłając do fachowej literatury przedmiotu oraz źródeł. Jak jednak w przypadku omawianego podręcznika zostaną potraktowane takie zjawiska jak bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, fałszerstwa monetarne Fryderyka Wielkiego (tzw. efraimki), polityka germanizacji, Drang nach Osten, Hakata, masowe egzekucje Polaków podczas drugiej wojny światowej czy wreszcie problem polskości Śląska, Gdańska czy Wrocławia? W Niemczech już dziś ma miejsce proces rewizjonizmu historycznego i postacie pokroju Bismarcka czy Fryderyka Wielkiego ponownie stawiane są na piedestałach. Manifestacje neonazistów pokazują, że to tylko początek drogi. Nie jestem przekonany o pozytywnym wpływie wpisywania tego wszystkiego do podręczników historii.

Warto przy tym mieć na uwadze, że fachową literaturę przedmiotu w niedługim czasie będą przygotowywać historycy wykształceni na polsko – niemieckim podręczniku historii. Jeśli będą wtedy kierować się polską racją stanu, to dobrze, ale jeśli nie, będzie to oznaczało całkowitą likwidację niezależności polskiej myśli historycznej. Paradoksalnie będzie to realizacją postulatów Hitlera i Stalina dokonaną w drodze demokratycznych przemian.

Wreszcie społeczeństwo polskie do 1945 r. miało charakter wielonarodowy. Wypadało by zatem zaprosić do współpracy badaczy dziejów wywodzących się z tych licznych narodowości, jakie zamieszkiwały ziemie polskie, również w okresach bezpaństwowych.

Rzesza Niemiecka z kolei do zjednoczenia w 1871 r. była związkiem księstw, nader często wojujących pomiędzy sobą. Różnie też kształtowała się polityka poszczególnych księstw Rzeszy Niemieckiej wobec Rzeczypospolitej, różnie wyglądały związki Polski z Rzeszą. Najbardziej jaskrawym przykładem są dzieje wojny siedmioletniej 1756 – 1763. Królem Rzeczypospolitej był książę elektor (kurfirst) saski August III Wettin, a jego przeciwnikiem książę elektor brandenburski, król pruski Fryderyk Wielki z dynastii Hohenzollernów. Choć Polska oficjalnie nie uczestniczyła w konflikcie, to oberwało jej się solidnie. Samo zjednoczenie ukończone koronacją cesarską króla pruskiego również odbywało się najczęściej w drodze podboju, co wywoływało niechęć wobec Prusaków wśród mieszkańców poszczególnych księstw, np. Saksonii. Pytanie zatem o których „Niemczech” mowa jest w tytule podręcznika i czy uwzględniona zostanie mniejszość Turecka?

Rzecz jasna prace nad podręcznikiem zakończą się pełnym sukcesem, co do tego nie ma wątpliwości, zwłaszcza od czasu gdy uzgodnienia prowadzi Radosław Sikorski. Historycy i politycy osiągną tak wychwalany kompromis. Tyle, że będący wynikiem negocjacji i uzgodnień kompromis jest zarazem sumą rezygnacji.

Brak komentarzy: