piątek, 30 maja 2008

Kiełbasa egzystencjalna

Przeglądając w sklepie zawartość etykietek na opakowaniach kiełbasy poczułem się jak bohater filmu Poszukiwany – poszukiwana. On brał udział w badaniach nad zawartością cukru w cukrze, ja – nad zawartością kiełbasy w kiełbasie. Mogę od biedy zrozumieć mieszanie różnych gatunków mięsa, dodawanie konserwantów (choć do XX wieku wystarczała sól). Podejrzenia budzą „aromaty identyczne z naturalnym”, zwłaszcza zaś „aromat dymu wędzonego”. Ale gdy czytam, że „kiełbasa” została oprócz tego wzbogacona białkiem sojowym bądź mączką ziemniaczaną... dochodzę do wniosku, że czym więcej składników kiełbasy, tym mniej kiełbasy.

Dziś premier Tusk wespół ze swymi doradcami zajęli się problemem kar cielesnych wobec nieletnich. I postanowili wprowadzić całkowity zakaz wymierzania nieletnim klapsów i innych kar cielesnych. Czyli jednak granice ludzkich możliwości są jeszcze odległe, przynajmniej głupoty.

W zarysie sprawa wygląda tak: władza będzie kontrolować wychowywanie dzieci w domach rodzinnych (ciekawe jak – monitoring jakiś, obróżki?), autorytatywnie ustalać środki wychowawcze i karać łamiących przyjęte przez nią ustalenia, a w zamian za to społeczeństwo będzie jej sowicie płacić (ileż to nowych miejsc pracy w urzędach...). Genialne! Tego, że wprowadzając takie przepisy władza powinna przejąć również odpowiedzialność (także materialną) za życie i wszelkie działania nieletnich, jakoś w pompatycznych wystąpieniach premiera i jego totumfackich nie było. Rzecz jasna los dzieci się pogorszy, bo kto będzie chciał utrzymywać nieznośnego bachora, którego nie może skarcić? Można też przytoczyć losy bohatera ZSRR, Pawlika Morozowa, co to zakablował na swoich rodziców, a ich los można sobie dopisać. Ciekawe wzorce postępowania wychodzą gdy te unijne pomysły przeanalizować...

Wychodzi na to, że jedynymi szczerymi słowami była wypowiedź premiera twierdzącego, że chodzi o całkowitą zmianę mentalności społecznej. Zmienią, jeszcze jak! Obywatel nie będzie ufał rodzinie (jeszcze trafi za to do pudła), nie będzie szukał oparcia w rodzinie. Całkowicie odda swe serce i myśli partii, tfu! - państwu, rzecz jasna! Wyzbywając się całkowicie elementarnych stosunków społecznych nie nauczy się nawiązywać bardziej skomplikowanych i nie zauważy jak pewnego dnia w imię wolności stanie się niewolnikiem systemu. A jeśli nawet zauważy – nie będzie w stanie przeciwdziałać, bo nie będzie wiedział jak nawiązać kontakty z innymi członkami społeczności, a samemu to można co najwyżej... Mniejsza z tym.

Zasadnicza różnica między katowaniem czy znęcaniem się a karceniem chyba dla każdego jest zrozumiała. Wprowadzanie przepisów w tej materii – nie koniecznie. Bo znęcanie się czy maltretowanie winno być ścigane z urzędu zawsze, niezależnie od okoliczności czy osoby poszkodowanego. I tu pojawia się analogia do początkowej kiełbasy – czym więcej prawa w państwie, tym mniej wolności obywatelskich.

A tak przy okazji – jak premier ma zamiar zwalczać bandytyzm stadionowych chuliganów, skoro wielu z nich to nieletni?

P.S. Wiem, że moje wywody brzmią gorzko i cynicznie. Jestem tego świadom, tyle, że w odróżnieniu od premiera na własnej skórze doświadczyłem, jak uciążliwy może być bezstresowo wychowywany bachor sąsiadów. Nikomu tego nie życzę. No, może autorom pomysłu, jeśli zostanie wprowadzony w życie.

czwartek, 29 maja 2008

Dzień ciecia

Burzę rozpoczął Kazik Staszewski mówiąc To jest mój dom, to jest moje gniazdo i wkurwia mnie, że dozorca jest kretynem albo niekompetentnym ignorantem. No i afera – kogo miał na myśli.

Obudzili się posłowie PO i usty swego „członka” (wybryk natury przyczyniający się do popierania idei zapłodnień in vitro?) przypomnieli, że suwerenem w Polsce jest naród i on jest dozorcą, zaraz jednak dodając, że tego raczej Kazik na myśli nie miał. A kto miał? Kto wymyślił, że naród jako taki jest wystarczająco mądry by wybrać sobie utrzymanków, tj. pardon – parlamentarzystów, ale już za głupi, by samemu decydować o swojej przyszłości i niepodległości, czyli w referendum wypowiedzieć się w kwestii Traktatu Lizbońskiego. Nawiasem mówiąc – dlaczego nigdzie nie ma normalnego tekstu owego traktatu tylko jakiś bełkot, jak ten ze strony Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej?

Na jutro dozorujący wymierzanie kar za łamanie prawa, zapowiedzieli „dzień bez wokandy”, bo za mało zarabiają. My też, a na nich płacimy. A swoją drogą – czy to demoralizujący brak konkurencji czy korporacyjnego uprzywilejowania?

Stadionowi bandyci na pewno nie ogłoszą „dnia bez zadymy” z tytułu zbyt niskich wyroków i kompetencji dozorujących ich policjantów. Media martwią się, że wkrótce rozpoczyna się Euro 2008 i nasi pseudokibice też tam pojadą i dadzą czadu. Lepiej tam, niż tu. A czy myślicie, rybeńki, że do Polski przyjeżdżają sami kulturalni obcokrajowcy? Widać i słychać ich w Krakowie na Rynku, Warszawa też nie jest omijana...

Coraz więcej informacji dotyczy działalności różnych pedofilów czy kazirodców. Dziś po czterech latach (Gratulacje! Oby więcej było takich równie upartych „psów”!) zatrzymano pedofila, mordercę 12 – sto latki. Czyli jednak nie da się zbudować tamy do połowy rzeki...

Dozorująca dusze i sumienia „inteligencji” Gazeta Wyborcza donosi, że 68% Polaków nie chce podatku liniowego. To jak PO wygrała wybory, skoro to był ich sztandarowy i szeroko reklamowany postulat? Filipińska pomroczność jasna, czy co?

Wielką batalię toczymy o usytuowanie siedziby Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii we Wrocławiu. Breslau gut... Ale sorry, chłopaki, może w 2009 – tym ...

Pół świata bije się o dozorcostwo nad złożami ropy i gazu na Grenlandii. Grenlandia chce niepodległości – nic z tego, kudy im do Kosowa... Ale ponoć i Polska może się załapać na swój kawałek toru, a dzięki globalnemu ociepleniu najszybciej będziemy mogli eksploatować te złoża. Mało tego – efekt cieplarniany pozwoli na całoroczną eksploatację złóż, bo lody spłyną. No to jak z tym globalnym ociepleniem – zwalczamy, czy wprost przeciwnie? Bo na 4,60 zł za litr benzyny 2,13 zł to podatki, akcyzy itd.

Wielka draka, bo ponoć FBI pomagało CBA skorumpować POsłankę Beatę Sawicką, ale się zobrzydziło. Premier Tusk nakazał dokładne zbadanie sprawy. W niczym nie zmienia to faktu, że POsłanka na sejm RP Beata Sawicka wzięła „kopertówkę”. Czemu mam wrażenie, że w końcu jedyną jej winą okaże się nakrycie na łapownictwie?

A propos agentów bratnich służb... Pojawił się taki oto komentarz autorstwa pana posła Zemke do współpracy FBI z CBA i wykorzystania amerykańskiego agenta: wpuszczenie na teren własnego kraju obcego oficera, nawet zaprzyjaźnionych służb, świadczy o nieodpowiedzialności. Klawo. Mosadu też to dotyczy? Bo ich uzbrojeni agenci i żołnierze ganiali ostatnio po całej Warszawie. Czy może polskojęzyczna bezpieka ma znowu trudności z określeniem swojej przynależności państwowej?

środa, 28 maja 2008

Idzie Dzień Dziecka

Ciekawe, jakież to suweniry dla swoich pociech szykują na nadchodzący Dzień Dziecka Alicja Tysiąc i Aneta Krawczyk?

wtorek, 27 maja 2008

Kampania buraczana sezonu ogórkowego

Wieścią dnia jest skazanie ZOMO - wca za współudział w skatowaniu na śmierć Przemyka. Wyrok dostał po 25 latach od popełnienia przestępstwa. Reszty komentował nie będę - a nuż czytają nieletni?

Z braku jakiś interesujących wydarzeń zerknąłem na stronę Lecha Wałęsy. Powiało nudą.

Rozbawił mnie natomiast internet, a konkretnie moja ulubiona wyszukiwarka - Google. Otóż nie mam zapisanego nigdzie adresu strony Najwybitniejszego Prezydenta Wśród Stoczniowców (a może na odwrót?), więc każdorazowo muszę jej szukać. Wpisałem hasło "Wałęsa" i coż mi pokazały Google? Ano taki komunikat:

Przepraszamy, ale Twoje zapytanie przypomina automatyczne żądania generowane przez wirusy komputerowe lub aplikacje typu spyware. W trosce o bezpieczeństwo użytkowników nie możemy go zrealizować.

Kochane Google! Gdzieście były przed 9 grudnia 1990 r., kiedy to Lech W., ojciec dzieciom, wybrany został prezydentem RP?

A tak w ogóle - posucha jakaś...

poniedziałek, 26 maja 2008

Unia dba o elektorat

Wedle tradycji Mojżesz dostał od Boga 10 przykazań. Żadne tam nowelizacje, "nówki - sztuki, nie śmigane". I bez żadnej promocji - wszystko gratis! Tradycja milczy na temat ewentualnego procentu za pośrednictwo dla Mośka, zadając kłam antysemickim paszkwilom o wrodzonym lichwiarstwie potomków Judy, znaczy się - jest o.k. Ta sama tradycja twierdzi, że Bóg jest wszechobecny, wszechwładny i wszechwiedzący. Czyli wie, co robi. A na całą ludzkość dał tylko 10 sztuk przykazań!
Uniwersytety kształcące prawników. System sądowniczy. System penitencjarny. Organa ścigania. Parlament, uchwalający prawo. Utrzymanie tego wszystkiego kosztuje podatników ładny grosz. A teraz jeszcze trzeba płacić przestępcom za odbycie kary zasądzonej za popełnione przestępstwa. Płacić, bo w pudle nie mieli pełni luksusu, chociaż właśnie za "pociąg" do luksusów do pudła trafili.
A CHROMOLIĆ TAKI ĆWIĄKANY POSTĘP!!!

Na Dzień Matki

Dzień Matki to dla mnie osobiście jedno z najważniejszych wydarzeń zapisanych w kalendarzu. Zapewne dlatego, że moja Mama jest wspaniała... Ale politycy, za nasze pieniądze, wespół z bogacącymi się na nas mediami i tak z tego niezwykłego dnia zrobią szopkę.
Zapewne dowiemy się, że również politycy nie są z próbówki i mają matki. Nieszczęścia chodzą po ludziach, a i kobiet nie omijają, ale żeby tak od razu medialnie? Widać to prawda, że dobra wiadomość to zła wiadomość.
Dlaczego jednak zdziwienie ma budzić fakt, iż politycy mają matki jak zwykli śmiertelnicy? Obserwacja ichnich wyczynów skłaniała jednak ku próbówkowej teorii genezy. Skoro jednak trzeba ją odrzucić, to znaczy, że głupota jest zaraźliwa...
Ciekawe jakie życzenia na Dzień Matki od swego potomstwa otrzymają Aneta Krawczyk i Alicja Tysiąc?

niedziela, 25 maja 2008

Zaczadzony grylowaniem

Swoje strony i blogi w internecie mają różni ludzie. Swój blog ma profesor Joanna Senyszyn. Od kobiety i profesora można oczekiwać więcej, zwłaszcza kultury osobistej. A tu - „posłanka”... . Lech Wałęsa ma nawet swoją stronę internetową, lecz nie ma na niej opisu ulubionych kolorowanek, więc chyba newsy o pożarze w jego bibliotece są prawdziwe. Opisu puzzli (na pudełku napisali 6 do 7 lat, a ja w tydzień ułożyłem) też nie ma, pewnie z powodów bezpieczeństwa narodowego... I ta leksyka, ktoś mu pomagał? Poseł Janusz Palikot również ma swojego bloga, a co tam wypisuje... strach też pomyśleć czym to wypisuje, bo może jednak nie atrapą skonfiskowaną po rodzinie. Kondo(n)lencje. Kazimierz Marcinkiewicz również ma bloga, a odkąd wyleciał z hukiem ze wszystkich ciepłych synekurek stał się obrońcą demokracji i publikuje, że ho-ho! Co prawda dziwne to, że o tylu sprawach zaczął mówić dopiero teraz... Jasnym jest, że będąc premierem czy p.o. prezydenta Warszawy krył cały ten zamachostanowy „kaczyzm” a nawet brał w nim czynny udział, co potwierdza podejrzenia, że właściwym ustrojem RP jest ochlokracja, a nie jakieś tam demokracje. Wszyscy oni rozgłos swoim wypocinom zapewnili rzucając fałszywe oskarżenia, których konsekwencji uniknęli dzięki „plecom”. To nieuczciwe wobec wszystkich blogerów, którzy też by chcieli się lansować. Niniejszym ogłaszam akcję poszukiwań protektorów (mogą być media, partie polityczne, mafie, związki zawodowe, razwiedki – czyli wszystko wcześniejsze razem). Bluzgać już umiem, komu też się znajdzie.

Część społeczeństwa wkurza się, że obecni rządzący nie spełniają swoich obietnic wyborczych. A ja się z tego szczerze cieszę! Praktyka uczy, że władza spełniając swe obietnice i życzenia maluczkich czyni to sięgając do kieszeni podatników. Tusk & Co. w kampanii wyborczej tyle cudów naobiecywali, tyle podwyżek płac i nakładów, że strach się bać. Nie można też oprzeć się wrażeniu, że politycy jako grupa społeczna są całkowicie pozbawieni instynktu samozachowawczego. Społeczeństwo i podatnicy sobie bez nich poradzą. A oni bez nas - nie!

Kończy się kolejna majówka, czyli tzw. długi „łykent”. Liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych już jest spora, a to dopiero wieczór się zbliża... Po każdym takim długim „łykencie” należałoby od razu ogłaszać żałobę narodową.

sobota, 24 maja 2008

Re - wolucja

Tylko krowa poglądów nie zmienia... Za jakie grzechy katować niewinnych ludzi odmętami moich wątpliwości? Stąd zmiany w blogu; w sumie raczej kosmetyczne, ale zawsze. Pierwsze posty zostają ku pamięci, co będzie dalej - zobaczymy...
Pozdrawiam

piątek, 23 maja 2008

Kolejny suksces nowatorskich metod

W młodości palił trawkę.
Niedawno wrócił z Ameryki Południowej.
Wygłosił orędzie o postępach na drodze do drugiej Irlandii.
Kolejny suksces, tylko nieudane i przypadkowe społeczeństwo się czepia w komentarzach, proponują budowę drugiego Disneylandu miast kopii Irlandii.
Irlandia na razie nie podnosi kwestii tantiem z tytułu praw autorskich.
Martwi go jeden minister.
Szczęściarz...
I na grilla...

wtorek, 20 maja 2008

Szarganie "śfientości"

Nieodpowiedzialni gnoje (cytat za A. Michnikiem) z IPN - u pogrzebali w archiwach i na podstawie znalezionych "papiórów" (tzw. ubeckich fałszywek) napisali książkę o Lechu Wałęsie. Gdy tylko gruchnęła wieść, że nasz ukochany eks - prezydent zostanie bohaterem publikacji naukowej gwałt się podniósł po salonach i rykoszetem dupnął w zagrody maluczkich, że hej!
Media swą powinność zrozumiały i na wszystkich kanałach emitują alarmistyczne odgróżki niedoszłego "Mendrca Ełropy", jak to machnie "siekierkom" autorytetu swego moralnego i cały nakład pójdzie na przemiał. Ja poczekam, aż książka się ukaże i wtedy powiem całą prawdę - mówi eks - stoczniowiec.
A dlaczego dopiero po ukazaniu książki? Prawda jako taka winna być znana wszystkim od początku, jeśli nie ze względów moralnych to w wyniku działania zapisu Konstytucji RP o jawności życia publicznego. Chyba, że jest to prawda wstydliwa... Przypomina się Stan Tymiński w czasie kampanii prezydenckiej 1990 r. Wszystkie te kryształowe charaktery bojowników o wolność drżały na myśl o zawartości "czarnej teczki" Stana T. Ciekawe czemu?
A tak na marginesie - istnieją pojęcia, skodyfikowane i zapisane w Konstytucji RP (jakieś niedopatrzenie?) o wolności przekonań, publikacji i badań naukowych, o czym eks - prezydent powinien wiedzieć. Wypowiedzi Lecha Wałęsy najprawdopodobniej mają skłonić wydawcę do rezygnacji z publikacji książki (potencjalne starty finansowe wynikające z przemiału całego nakładu), co chyba jest naruszeniem wspomnianych wcześniej zapisów.
Przecież jeżeli historycy IPN napisali bzdury i oszczerstwa, to będą skończeni jako naukowcy i winni ponieść konsekwencje prawne swego czynu, co gwarantuje niezawisłość wymiaru sprawiedliwości RP.
Stanisław Michalkiewicz czy Janusz Korwin - Mikke od lat mówią o lustracji jako warunku sine qua non polskiej polityki argumentując, że nie wiadomo kto - oprócz organów państwowych (co wcale nie musi sprzyjać demokracji) - ma dostęp do materiałów komunistycznej bezpieki ani jak je wykorzysta. Innymi słowy realizacja ich postulatów jest w interesie polityków, kończąc epokę gry teczkami.
Poza tym - cóż wart autorytet, który byle oszczerstwa mogą podawżyć?

poniedziałek, 19 maja 2008

Niedoinformowane społeczeństwo informacyjne

Telewizja pokazała, naukowcy potwierdzili, że jednemu psu gdzieś w Chinach można przyszyć łeb od świni. Tak to swego czasu Kuba Sienkiewicz z zespołu Elektryczne Gitary komentował naszą cudaczną rzeczywistość. Warto w przytoczonym powyżej cytacie zwrócić uwagę na kolejność – najpierw media, potem nauka. Mniej więcej tak samo można postrzegać fetę, jaką 17 maja urządzili orędownicy idei polsko – niemieckiego podręcznika historii. Inauguracja prac odbyła się szczęśliwie a dziennikarze i politycy stanęli na wysokości zadania dyskontując krytyków pomysłu uśmiechami politowania względnie pogardliwym milczeniem, zależnie od poziomu kultury osobistej oraz siły tzw. pleców.

Wokół idei polsko – niemieckiego podręcznika historii wytworzyła się jednak atmosfera patologii intelektualno – informacyjnej, polegającej na szerokim kolportażu samej idei oraz argumentów pro, przy jednoczesnym pomijaniu wszelkich słów krytyki (w najlepszym wypadku napominane, że takowe coś istnieje). Tym samym powoli następuje powrót do czasów jedynie słusznych idei i można się obawiać, że inkryminowany podręcznik będzie tylko takie idee realizował. Zabawne jest, że działając w ten sposób (w dobrzej rzecz jasna wierze) orędownicy nowego ładu popadają w sprzeczność ze sformułowanymi przez siebie samych zasadami. No bo czy można budować społeczeństwo informacyjne (jeden z priorytetów działań Wspólnoty Europejskiej) ściśle reglamentując dostęp do pełnej informacji? Nawiasem mówiąc Polska w XX wieku już to przerabiała pod oficjalną nazwą cenzury.

No dobrze, ale ja nie o tem... Jako skromny magister historii (podaję dla odróżnienia od „światowej sławy historyka” będącego w rzeczywistości socjologiem i innych „profesorów” bez matury), głęboko zainteresowany zagadnieniami historii historiografii i metodologii historii, świadomy praw i obowiązków obywatelskich, wreszcie zatroskany o losy Ojczyzny Polak, pozwalam sobie przedstawić źródła swego sceptycyzmu w kwestii polsko – niemieckiego podręcznika historii.

Jeśli w mediach pojawią się wypowiedzi krytyczne wobec tej idei, to najczęściej spotykanym argumentem kontra jest polityczny charakter przedsięwzięcia. Wbrew temu, co pobłażliwie sugerują media i politycy, nie jest to wcale pozbawione sensu myślenie maluczkich duchem i wiarą. W końcu nauka historyczna również ma swoje priorytety, wśród których naczelne miejsce zajmuje imperatyw obiektywizmu badawczego, czyli obiektywnego prowadzenia badań oraz wyciągania wniosków, które później zostają opublikowane. Z kolei działalność polityczna jest krańcowo przeciwna pojęciu obiektywizmu a obiecujący cuda na kiju politycy permanentnie łamią składane podczas kampanii wyborczych zobowiązania. Czy zatem można wierzyć w szczerość intencji polityków zachwalających nową ideę z gorliwością zadłużonego u mafii sutenera?

Polityczny charakter przedsięwzięcia skłania ku przypomnieniu, że Polska jest jedynym bodajże państwem nie uprawiającym tzw. polityki historycznej. Warto mieć to na uwadze, gdyż to właśnie osiemnastowieczne Prusy Fryderyka Wielkiego zapoczątkowały ten proces na skalę przemysłową. Te same Prusy stały się „ojczyzną” niemieckiego szowinizmu, do którego odwoływali się następnie Bismarck i Hitler. Dzisiaj politykę historyczną prowadzą ziomkostwa składające przeciwko Polsce pozwy o odszkodowania do trybunału w Strasburgu. Ci sami Niemcy w latach 90. ubiegłego wieku protestowali przeciwko pokazanej w Berlinie wystawie pt. Zbrodniarze z Wehrmachtu (bo od zbrodni to oni mieli SS), którzy w art. 116 konstytucji RFN mają zapisaną rewindykację granic wschodnich (dla RP zachodnich) do stanu sprzed 1. września 1939 r. A przecież podręczniki pisane są na potrzeby edukacji, która ma przekazywać wiedzę, wspierać rozwój intelektualny oraz kształtować postawy obywatelskie . Jaką wiedzę i jakich obywateli będą kształcić i kształtować takie podręczniki, komu i czemu to ma służyć? Czy nie będzie to kolejna broszurka propagandowa mająca za zadanie indoktrynację?

Orędownicy idei polsko – niemieckiego podręcznika historii w charakterze argumentu wskazują istnienie podobnego w swej istocie francusko – niemieckiego podręcznika. Dziwnie jednak milczą na temat jego funkcjonowania oraz skutków oddziaływania, a idę o zakład, że jedno i drugie jest na bieżąco monitorowane, zapisywane i analizowane, jak to eksperyment socjotechniczny. Warto jednak zatrzymać się chwilę nad samym faktem istnienia francusko – niemieckiego podręcznika historii, gdyż oznacza to, że prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii ograniczą się wyłącznie do uzupełnienia francusko – niemieckiego pierwowzoru o akcenty z historii Polski. W przeciwnym razie w Niemczech będą obowiązywały dwa podręcznik historii spisane w koprodukcji z Francuzami i Polakami. Guzik mnie obchodzi komfort edukacyjny młodzieży wszelkich nacji (do bezmyślnego konsumpcjonizmu matura potrzebna nie jest), nasi zachodni sąsiedzi nie budzą we mnie jakiś skrajnych emocji, ale nie mam powodów podejrzewać ich o takie idiotyczne marnowanie nakładów własnej pracy i funduszy. Zmniejsza to zarazem wiekopomność ról oddelegowanych do pracy polskich historyków, którzy de facto spiszą aneksy i to pod dyktando niemieckich uczonych. Chyba, że stręczony Polakom podręcznik ma obowiązywać wyłącznie w szkolnictwie polskojęzycznym, co stawia pod znakiem zapytania jego wartość naukową i dydaktyczną. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, że już dziś matury z przedmiotów humanistycznych ograniczają się do skandowania odgórnie zaakceptowanych hasełek (czyli jedynej słusznej interpretacji dzieła literackiego bądź procesu historycznego) dyskwalifikując tym samym umiejętność analizy, czyli samodzielnego myślenia i wykorzystywania nabytych wiadomości.

A czy zastanawiali się kiedyś Państwo nad pojemnością terminu „historia”, bezmyślnie używanego w charakterze synonimu dla pojęcia „nauki historycznej”? Mówiąc o historii polsko – niemieckiej mówimy o stosunkach polsko – niemieckich na przestrzeni dziejów. Stosunki te rozgrywały się na wielu płaszczyznach – politycznych, gospodarczych, handlowych, militarnych, kulturowych, naukowych, ekonomicznych itd. Synteza dziejów, jaką jest podręcznik, jedynie sygnalizuje poprzez pobieżne omówienie rozmaite zagadnienia, po szczegóły odsyłając do fachowej literatury przedmiotu oraz źródeł. Jak jednak w przypadku omawianego podręcznika zostaną potraktowane takie zjawiska jak bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, fałszerstwa monetarne Fryderyka Wielkiego (tzw. efraimki), polityka germanizacji, Drang nach Osten, Hakata, masowe egzekucje Polaków podczas drugiej wojny światowej czy wreszcie problem polskości Śląska, Gdańska czy Wrocławia? W Niemczech już dziś ma miejsce proces rewizjonizmu historycznego i postacie pokroju Bismarcka czy Fryderyka Wielkiego ponownie stawiane są na piedestałach. Manifestacje neonazistów pokazują, że to tylko początek drogi. Nie jestem przekonany o pozytywnym wpływie wpisywania tego wszystkiego do podręczników historii.

Warto przy tym mieć na uwadze, że fachową literaturę przedmiotu w niedługim czasie będą przygotowywać historycy wykształceni na polsko – niemieckim podręczniku historii. Jeśli będą wtedy kierować się polską racją stanu, to dobrze, ale jeśli nie, będzie to oznaczało całkowitą likwidację niezależności polskiej myśli historycznej. Paradoksalnie będzie to realizacją postulatów Hitlera i Stalina dokonaną w drodze demokratycznych przemian.

Wreszcie społeczeństwo polskie do 1945 r. miało charakter wielonarodowy. Wypadało by zatem zaprosić do współpracy badaczy dziejów wywodzących się z tych licznych narodowości, jakie zamieszkiwały ziemie polskie, również w okresach bezpaństwowych.

Rzesza Niemiecka z kolei do zjednoczenia w 1871 r. była związkiem księstw, nader często wojujących pomiędzy sobą. Różnie też kształtowała się polityka poszczególnych księstw Rzeszy Niemieckiej wobec Rzeczypospolitej, różnie wyglądały związki Polski z Rzeszą. Najbardziej jaskrawym przykładem są dzieje wojny siedmioletniej 1756 – 1763. Królem Rzeczypospolitej był książę elektor (kurfirst) saski August III Wettin, a jego przeciwnikiem książę elektor brandenburski, król pruski Fryderyk Wielki z dynastii Hohenzollernów. Choć Polska oficjalnie nie uczestniczyła w konflikcie, to oberwało jej się solidnie. Samo zjednoczenie ukończone koronacją cesarską króla pruskiego również odbywało się najczęściej w drodze podboju, co wywoływało niechęć wobec Prusaków wśród mieszkańców poszczególnych księstw, np. Saksonii. Pytanie zatem o których „Niemczech” mowa jest w tytule podręcznika i czy uwzględniona zostanie mniejszość Turecka?

Rzecz jasna prace nad podręcznikiem zakończą się pełnym sukcesem, co do tego nie ma wątpliwości, zwłaszcza od czasu gdy uzgodnienia prowadzi Radosław Sikorski. Historycy i politycy osiągną tak wychwalany kompromis. Tyle, że będący wynikiem negocjacji i uzgodnień kompromis jest zarazem sumą rezygnacji.

środa, 14 maja 2008

Quo vadis?

Wpadł mi w ręce felieton Jacka Żakowskiego Dr Donald i Mr Tusk w poniedziałkowej (12 V 2008) Gazecie Wyborczej. Szczerze mówiąc - zatkało mnie, gdyż autor felietonu ma dość jednoznaczne poglądy. A tu taka siurpryza...


Cały tekst jest kolejnym szczegółowym porówananiem rządów Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Co jednak zastanawiające, wskazuje nie pozytywne różnice (na korzyść obecnego premiera) ale podobieństwa. Z utrzymanego w kasandrycznym tonie felietonu wynika, że "Donald" spełnia czym "Kaczor" straszył, a rządy PO od rządów PiS - u różni jedynie styl sprawowania urzędów. Paranoiczne, obsesyjne i pełne obelg rządy Jarosława Kaczyńskiego zastąpione zostały nic nie znaczącymi uśmiechami Donalda Tuska, zaś obie ekipy dążyły i dążą ku ograniczeniu wolności i zaprowadzeniu rządów autorytarnych. Dziwią takie słowa w GW, która przez przeszło dwa lata rządów PiS zachwycała się Donaldem Tuskiem, jego projektami politycznymi i całą PO. Czyżby Stanisław Michalkiewicz miał rację głosząc swoją spiskową teorię demokracji polskiej a rządy PO wkraczały w fazę Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść?


W tekście pojawiają się również zaskakujące "kwiatki" w postaci nader ciekawych stwierdzeń. Oto J. Żakowski o działaniach obecnego rządu pisze (skróty własne):


Swobodny dostęp prokuratury do kont przedsiębiorców nie zatrząsł posadami polskiej polityki, chociaż wiadomo, że co wie prokuratura (lub czego się domyśla), to wiedzą odpowiednie media - czyli wszyscy - jeśli tylko władza sobie tego życzy [...] Oddanie ABW kontroli nad danymi ZUS nie zbulwersowało obrońców wolności z Platformy Obywatelskiej, chocciaż jest tam prawdziwy arsenał wrażliwych wiadomości [...] Pomysł zniesienia immunitetu też został przez opinię publiczną przyjęty zastanawiająco spokojnie. Gdyby to było za PiS, każdy by rozumiał, że ludzie Kaczyńskiego i Ziobry w policji, służbach i prokuraturze otrzmają furtkę do legalnego unieszkodliwiania, zastraszania i praktycznie nieograniczonego inwigilowania swoich konkurentów w Sejmie i Senacie [...] Zakaz kandydowania do Sejmu przez osoby karane byłby za poprzedniej władzy rozumiany jako sposób na wyeliminowanie chociaż części konkurentów. Za obecnego rządu ten sam pomysł wydaje się tylko przejawem beznadziejnej walki o podniesienie moralnych standardów polityki. Chociaż nie wiadomo, żeby osoby karane zasiadały w polskim parlamencie i stanowiły jakikolwiek problem.


Nie polemizując z tezami J. Żakowskigo trudno nie zauważyć, że mowa tu również o powiązaniach biznesu, polityki i wymiaru sprawiedliwości, czyli tak do niedawna wyśmiewanym układzie, który jakoby nie istniał. Tworzona przez Tuska ośmiornica swymi mackami obejmje również policję i służby specjalne a przerażony parlament zgadza się na wszystko, nawet posuwając się do dyskrymiancji osób z wyrokami. Tyle, że ponoć taki patologiczny układ, jak opisuje J. Żakowski miał być wytworem paranoicznie tropiącej spiski wyobraźni! Nie bardzo też rozumiem słowa o zakazie kandydowania na najwyższe urzędy państwowe osób karanych za przestępstwa. Nie wiem, kto chciałby aby rządzili nim przestępcy, niemniej jeżeli jak pisze autor problem nie istnieje, to skąd to oburzenie? A jeśli istnieje i takowy zapis stanowi formę walki politycznej z opozycją (a nie jakąś eteryczną konkurencją), to rad bym zapoznał się z nazwiskami owych posłów, korzystając z zapisów o jawności życia publicznego.

Daruję sobie opis pseudofilozoficznych wywodów co by było gdyby to rządy lewicowe próbowały wprowadzić realizowane przez PO pomysły. Zastanawia jednak w tym kontekście początek feletonu p. Żakowskiego.

Był kiedyś dowcip kończący się zdaniem: "Rok temu staliśmy nad przepaścią, a teraz zrobiliśmy wielki krok do przodu". Donald Tusk odebrał władzę PiS-owi, który nas zaprowadził nad głęboką przepaść elektoralnego autorytaryzmu.

Przytoczony we wstępie dowcip krążył rzeczywiście w latach 60 - tych po ziemi polskiej, warto jednak pamiętać, że miał on silne konotacje w rzeczywistych wypowiedziach ówczesnego genseka KC PZPR, Władysława Gomułki. Znacznie ciekawsze jest jednak stwierdzenie rodem z nowomowy o "elektoralnym autorytaryzmie". Jeśli rozumieć ten słowotwór dosłownie, to oznacza on, że głosujący elektorat autorytarnie narzuca swe poglady niegłosującej reszcie. Względnie eletorat partii wygrywającej wybory za pośrednictwem swych parlmentarnych przedstawicieli czyni dokładnie to samo elektoratowi pozostałych partii. Popularnie dotychczas nazywało się toto demokracją, jednak ciekawie wyglądają takie słowa w kontekście zachwytów nad Józefem Oleksym, Leszkiem Millerem i polską lewicą, wywodzącą się w linii prostej z partii o jedynie słusznych poglądach, wypełniającej dyktatorską wolę proletariatu nawet wtedy, gdy "bijące ramię partii" w oddziałach ZOMO katowało protestujący proletariat.

Jak wiadomo rzeczywistość najlepiej opisują specjaliści w wąskich dziedzinach, i chyba dlatego panu Żakowskiemu wyszło tak przekonywująco. Nie dziwi mnie, że taki tekst zamieściła GW, która spełniając rolę demiurga kreuje autorytety i tworzy rządy. Niszczyć może też...

Ponieważ jednak każde działanie ma jakiś cel, zastanawiam się, jaki jest w tym przypadku. Quo vadis, Gazeto Wyborcza? Quo vadis, Jacku Żakowski?