niedziela, 31 sierpnia 2008

Śląsk a Osetia

Jak było do przewidzenia „bezinteresowna” rosyjska „interwencja pokojowa” w Gruzji oprócz ofiar ma swoją cenę i Kreml właśnie rozpoczął wystawianie Osetyńcom i Abchazom rachunku. Innymi słowy ogłosił zamiar inkorporacji Osetii i Abchazji, których niepodległość uznał powołując się na precedens niepodległości Kosowa, którego to precedensu wcześniej nie uznał. Prawdopodobnie po pierwszych miesiącach zachwytu nad swym wyjątkowym szczęściem obywatele rosyjscy narodowości osetyńskiej i abchaskiej odkryją brutalną prawdę, że wpadli z deszczu pod rynnę. Bo o ile w liczącej kilka milionów ludności Gruzji paruset tysięczne mniejszości etniczne Osetyńców i Abchazów stanowiły poważny procent ludności kraju, o tyle w Rosji nie zaludnią średniej wielkości miasta, co będzie miało bezpośrednie przełożenie na ich sytuację. Inkorporując Osetię i Abchazję Rosja zyskuje tym samym nowe źródło problemów wewnętrznych, ale to już inna historia.

Przyglądając się mającemu miejsce rozbiorowi Gruzji nasuwają się skojarzenia z roszczeniami Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Realizacja ich podstawowego postulatu – uznania odrębności narodowości śląskiej – będzie wstępem do wprowadzenia w życie Zasady Samostanowienia Narodów. Nie można wykluczyć, że w razie czego „pokojowej interwencji”, podobnej do rosyjskiej w Gruzji, na Śląsku i w Polsce dokonają „bratnie” Niemcy. Bo idę o zakład, że jako pierwsi odrębność narodową Ślązaków uznają Niemcy. Jako pierwsi deklarację niepodległości Śląska uznają Niemcy. I również Niemcy jako pierwsi ogłoszą inkorporację Śląska, realizując tym samym zapis art. 116 niemieckiej konstytucji o granicach RFN pokrywających się z granicami z 1939 r. - podobno nie mającej niczego wspólnego z Niemcami - III Rzeszy Niemieckiej, rządzonej przez Narodowo – Socjalistyczną Niemiecką Partię Pracy (NSDAP), z niemieckim językiem urzędowym itd.

W przewidywaniu tego należało by jak najszybciej podjąć program budowy sieci polskich elektrowni atomowych, dzięki którym choć częściowo Polska odzyska suwerenność energetyczną uniezależniając się od elektrowni węglowych. Dalej trzeba by postawić kwestię wieloletniego dotowania górnictwa przez państwo polskie, szkód wyrządzanych przez górnicze manifestacje w Warszawie itd. oraz zwrotu kosztów utrzymania. I nie ma co się odwoływać do tradycji powstań śląskich w dwudziestoleciu międzywojennym, skoro powstańcy śląscy walczyli o polskość Śląska, a działacze ZLNŚ walczą z polskością Śląska. Resztę wytłumaczą Ślązakom herr Pavelka i frau Steinbach.

sobota, 30 sierpnia 2008

O możliwych skutkach rosyjskiego gmerania przy kurkach

W tekście Demagogia niejedno ma imię, czyli monopol PO poważnie zagrożony z 15. sierpnia 2008 polemizując z tezami Janusza Korwina – Mikkego wskazując zbędność rosyjskich roszczeń terytorialnych wobec Polski zwracałem uwagę na uzależnienie RP od dostaw rosyjskich surowców energetycznych oraz częste stosowanie przez Moskwę embarga. Swoje wywody w tej materii zakończyłem słowami Jak kto nie wierzy – niech popatrzy jak Rosja tresuje gazem reżim na Białorusi.
Link do tekstu

No i proszę – dzisiaj pojawiły się mrożące krew w żyłach informacje, że Rosja szantażuje Polskę i Niemcy „energetycznym odwetem” za ich stanowisko w sprawie agresji rosyjskiej na terytorium Gruzji. Co prawda wymienienie w tym kontekście akurat Niemiec, przez cały czas prezentujących co najmniej dwuznaczne stanowisko, stawia pod znakiem zapytania szczerość rosyjskich gróźb.
Link do tekstu

Jako polityk zapewne pyszniłbym się swą przenikliwością, wiedzą i inteligencją. Jako obywatel wolę jednak zrobić użytek ze swego intelektu i zastanowić się, co będzie jeśli jednak Rosja spełni swe groźby. Paradoksalnie bowiem spełniając swoje groźby Rosja, wbrew buńczucznym deklaracjom, wyrządzi Europie ogromną przysługę, a sobie zrobi paskudny kawał. Przede wszystkim należy sobie uświadomić olbrzymie znaczenie eksportu surowców energetycznych dla rosyjskiej gospodarki. Świat nie kupuje rosyjskich zegarków, samochodów, wyrobów garmażeryjnych czy tekstyliów, tylko ropę, gaz i broń.

Zakręcając kurek Rosja nie wywiąże się z zakontraktowanych dostaw ropy i gazu, co zapewne będzie miało wpływ na rozmowy o przyjęciu jej do WTO, o co się od dawna ubiega. Rzecz jasna wprowadzenie embarga na import polskiego mięsa winno mieć podobny skutek. Prezydent Kaczyński już raz przypomniał światu, że Polska jest krajem WE i ma pewne prawa, wobec których wprowadzanie embarga na import jej produktów nie jest dobrym pomysłem, o czym Władimir Putin pewnie jeszcze pamięta. Przy okazji może też zostać poważniej potraktowany wniosek o powrocie do formuły organizacji G7 najwyżej rozwiniętych gospodarczo państw świata.

Wprowadzając w życie szantaż energetyczny Rosja pozwoli nawet największym niedowiarkom przekonać się naocznie o olbrzymim zagrożeniu, jakim jest uzależnienie od rosyjskiego monopolu na dostawy surowców. Ceny na stacjach benzynowych nawet najbardziej zatwardziałych naiwniaków przekonają o konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw ropy i gazu, skutecznie zamykając usta wszelkiej maści agentom wpływu i użytecznym idiotom. W Polsce na pewno pojawią się pytania o okoliczności zerwania kontraktu na budowę rurociągu Polska – Norwegia oraz rolę Leszka Millera, jaką przy tej okazji odegrał. Ciekawe też, czy spółka J&S będzie miała szanse wygrać proces, jaki wytoczyła Polsce w Strasburgu w związku z karą nałożoną za zbyt małe rezerwy gazu. Możliwe też, że tym samym Rosja zmusi rząd Donalda Tuska do obniżenia akcyzy na paliwa, a i VAT też mógłby zmaleć przy tej okazji.

Ponieważ jak wiadomo natura próżni nie znosi, Europa Zachodnia zacznie importować surowce z innych źródeł. Bez wątpienia będzie to Norwegia, a i należy się spodziewać, że szejkanaty Bliskiego Wschodu i Hindusi też postanowią ugrać swoje przy tej okazji. Zapewne też wzrosną środki na badania nad alternatywnymi paliwami, co dla gospodarki opartej o eksport ropy i gazu jest zagrożeniem równym atakom terrorystycznym na rurociągi.

Jasnym jest więc, że zakręcając kurek Rosja może więcej stracić niż zyska. Rosyjscy politycy powinni też rozważyć, jak długo ich gospodarka wytrzyma bez dopływu petrodolarów z WE, którą do solidarności gospodarczej z Polską obliguje traktat akcesyjny. Warto też w tym kontekście przypomnieć pojawiające się przy okazji umiejscowienia tarczy antyrakietowej w Polsce postulaty niemieckich eurodeputowanych wspólnej polityki europejskiej wobec Rosji. O tym, że Rosja straci wypracowywaną przez lata renomę solidnego partnera gospodarczego, wspominać nawet nie trzeba. Nie wolno tylko wpadać w panikę. Inna sprawa, że nie sądzę, aby Rosjanie byli aż tak głupi, by do tego wszystkiego doprowadzić. Pytanie, czy europejskie „elity” okażą się wystarczająco elitarne.

piątek, 29 sierpnia 2008

Ciut – ciut i będzie ten cud

Do twórczej działalności prezydent Hany Gronkiewicz – Waltz dołączyło dzisiaj ok. 30 tysięcy członków „Solidarności” skutecznie blokując ruch w centrum Warszawy. Wznosząc okrzyki dotyczące obietnic wyborczych, aktualnych żądań płacowo – emerytalnych i prywatnego nabiału premiera wyruszyli w kierunku Kancelarii Premiera Rady Ministrów (aktualnie: ob. Tusk Donald). I stał się pierwszy z zapowiedzianych w kampanii 2007 r. cudów: premier nic im nie obiecał, bo w obawie, że manifestanci będą go trzymać nie tylko za słowo – wcześniej fugas chrustas drapnął do Słupska.

Tam zresztą też sytuacja podbramkowa – mieszkańcy Redzikowa w słupskim boją się, że jak rząd im wystawi tarczę antyrakietową, to ich żadna wojna nie ominie. I od razu przedstawili całą listę żądań inwestycji, żeby w razie wojny było co rabować. Jak to zwykle zamiast samemu ruszyć „cztery litery” i coś zorganizować, tak i teraz, jak za głębokiego PRL – u, wszystko rząd (czyli całe społeczeństwo) ma sfinansować. Wygląda na to, że mieszkańcy słupskiego nie przewidują żadnych zysków z tytułu stacjonujących żołnierzy amerykańskich. A to, że przyszłe pokolenia mieszkańców słupskiego jako pierwsi Polacy nie będą potrzebować wiz do USA – to pryszcz? Amerykańscy sołdaci jurni są, więc sprawę mają pewną. Tylko dyskotekę sami muszą wyrychtować na błysk.

Nie wiadomo, czy komisja beatyfikacyjna uzna kolejny cud, gdyż dokonał się on w kolaboracji prezydenta Kaczyńskiego. Rzecz w tym, że po rozmowie z prezydentem, premier Tusk Donald i minister spraw zagranicznych Sikorski Radosław ogłosili, że do Brukseli szczytować polecą razem z prezydentem (choć minister pewnie będzie robił za lokaja stojąc za krzesełkiem), przedstawią jedną propozycję i zgodzili się, że szefem delegacji będzie prezydent Kaczyński Lech, gdyż to prezydent jest głową państwa. Dziwnie to brzmi, gdy wspomnieć te wszystkie akcje premiera i jego ministra, mające na celu zdyskredytowanie pozycji prezydenta Kaczyńskiego w państwie polskim. Możliwe, że premier i jego minister przeczytali Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, ale możliwe też, że chodzi o to, aby w razie zdenerwowania Rosjan zwalać winę na prezydenta. Wszystko to być może. Ciekawe też, czy oprócz prezydenta i dwóch lingwistów delegacja polska ma w składzie tłumaczy. Na wypadek przypadłości żołądkowych bądź czkawki ze śmiechu wywołanego popisami lingwistycznymi.

Warto też zwrócić uwagę na obietnice, jakie na konwencji demokratów w Colorado złożył ich kandydat na prezydenta – Barack Hussein Obama. Obiecał Amerykanom obniżenie podatków, bo tam taki ucisk, że od czasów Ronalda Reagana najbogatsi obywatele USA płacą 27% podatku dochodowego. Ssssstraszne! Dorzucił do tego jeszcze tanie paliwo, lecz o jabłkach zapomniał. Na koniec na scenie wystąpiła córka kandydata na prezydenta USA partii demokratycznej, o dźwięcznym imieniu Sasha. Jak miło... A mówią, że ten premier Donald Tusk to socjalista utopijny i ciemnotę wciska.

czwartek, 28 sierpnia 2008

Śmiech na cenzurowanym

Oglądając transmisje i retransmisje z kolejnych wakacyjnych kabaretonów zastanowił mnie całkowity brak polityków z obecnego rządu i koalicji w programach kabaretowych. I to mimo że pojawiają się postaci z poprzedniej ekipy, poprzedniego rządu. Nawiasem mówiąc, najczęściej żarty dotyczą natury fizycznej polityków, co dość wymownie świadczy o poziomie intelektualnym i kulturowym satyryków. Ze zrozumiałych względów powyższa uwaga nie dotyczy Samoobrony.

Dziwi jednak, że osoby z obecnego rządu i koalicji nie stają się obiektami satyry, przynajmniej w świetle telewizyjnych transmisji. Sukcesami politycznymi i gospodarczymi raczej tego nie wytłumaczy. Porażek, głupot i wpadek, doskonałych tematów do żartów – multum. A może jednak obecny rząd i koalicja jest w opinii satyryków tak wyprany z wszelkiego charakteru, wszelkiej indywidualności, tak bezczynny, że nie ma się z czego śmiać? I to nie – przykładem Kabaret pod Egidą Jana Pietrzaka. Tyle, że Jan Pietrzak jakoś dziwnie nie jest zapraszany na kabaretony. Jakaś cenzura, czy co...

To by zresztą wiele tłumaczyło. Okupanci niemieccy i ich radzieccy przyjaciele w czasie drugiej wojny światowej (komuniści nawet dłużej) za satyrę polityczną zamykali do więzienia (jak kto miał szczęście). Dobrze, że Jan Pietrzak nie służył w jednej formacji z dziadkiem premiera.

niedziela, 24 sierpnia 2008

Czapeczka Lecha W.

Opis inicjatyw zgłaszanych przez znanego aforystę, astrologa i najnobliwszego noblistę wśród stoczniowców, czyli Lecha Wałęsę, zawsze był źródłem wielu doznań satyrycznych. Ot, przykład relacji zamieszczonej na Onecie, którego redakcja najwyraźniej przejmuje sposób myślenia naszego noblisty. Analiza nie tylko treści i pomysłów ob. Wałęsy Lecha, ale i sposobu ich przekazywania skłania ku wyrażeniu głębokiej troski o dalszy byt zawodowych satyryków.

Lech Wałęsa podczas zjazdu Konwentu Seniorów „Solidarności” w Olsztynie zaapelował o wspólne spisanie historii, którą jak określił „kradną inni”. Gwoli ścisłości, to historia jako proces nieustający dziejowy jest przedmiotem badań i analiz, które następnie są publikowane w postaci literatury fachowej. Pisać, to można co najwyżej broszury propagandowe albo wulgaryzmy w toaletach. Wypada też dodać, że historia jako wytwór społeczeństwa, narodu i wybitnych jednostek, (podobnie jak np. tradycja), nie jest niczyją własnością, którą można by w jakikolwiek sposób „ukraść”. Dla pamięci przypominam też zasadę swobody badań naukowych, której łamaniem jest właśnie stawianie oskarżeń o „kradzież”, jakkolwiek głupio one nie brzmią.

Dalej następują cytaty z naszego nobliwego aforysty. Coraz więcej jest złodziei tamtego zwycięstwa, grzmi były prezydent. Nie bardzo właściwie wiadomo, jakie konkretnie „zwycięstwo” ma on na myśli. Dla przykładu można założyć, że chodzi mu o ogromny wpływ „Solidarności” na historię Polski. Jeżeli tak, to trzeba przypomnieć, że „Solidarność” była ruchem masowym, liczącym miliony członków. Jej istnienie i zdobycze są wynikiem powszechności ruchu, niekoniecznie geniuszu jego przywódców. To ludzie, szeregowi członkowie „Solidarności”, przesądzili o sile postulatów i przywódców, nie zaś na odwrót. Jednakże jest też całkiem możliwe, że były prezydent ma na myśli zwycięstwo aparatczyków, bezpieki i kapusiów, czyli bezkarność i „uwłaszczenie nomenklatury” zatwierdzone przy Okrągłym Stole. Aaa... to już „insza inszość”.

Niech świadkowie napiszą jak było, bo inaczej będą kraść i niszczyć nasze zwycięstwo – peroruje dalej ob. Wałęsa. Zarówno świadkowie, jak i uczestnicy mają rzecz jasna prawo spisać swoje wspomnienia, ale będą to wtedy pamiętniki, nie zaś analizy badawcze. Tym bardziej, że ob. Wałęsa postuluje jakiś absurdalny „wieczorek wspomnień” z udziałem literatów i członków władz krajowych NSZZ „Solidarność”. Dla zadośćuczynienia zasadzie obiektywizmu należało by zaprosić również przedstawicieli „strony przeciwnej” - PZPR, bezpiekę, MO. Co do kradzieży – nie będę się powtarzał, podobnie jak w przypadku twierdzeń o „naszym zwycięstwie”. Jednakże należy postawić pytanie, czy tylko badania historyków „niszczą” zwycięstwo i legendę „Solidarności”, zaś działalność polityczna np. prezydenta Lecha W. – nie? A przy okazji – ob. Wałęsa Lech spisywał już swoje pamiętniki i przedstawił swoją wizję wydarzeń, wykorzystywaną również przez historyków w prowadzonych badaniach naukowych. Czyżby to była „kradzież”, czy też może „niszczenie”?

Z całego wywodu L. Wałęsy wynika, że nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy badania historyczne prowadzą historycy. Akcja jest rzecz jasna wymierzona przeciwko książce SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii autorstwa doktorów S. Cenckiewicza i P. Gontarczyka. Warto przypomnieć w tym miejscu, że jeszcze zanim książka się ukazała, ob. Lech Wałęsa straszył sądami, odszkodowaniami i puszczaniem w skarpetkach (jako dobry syn kościoła ewidentnie nadstawiając drugi policzek). Książka się ukazała, ale o pozwach jakoś cicho. Ciekawe dlaczego?

W dalszej części relacji czytelnik poznaje przyczyny, dla których L. Wałęsa został swego czasu prezydentem. Ci, którym wydawało się, że wygrał w demokratycznych wyborach, są w błędzie. Widząc co się dzieje, dochodziłem do przekonania, że Jaruzelski nie wprowadzi nas do Unii i NATO, nie wycofa nas z Układu Warszawskiego. Dlatego musiałem zostać prezydentem. A to ci numer! Gdy Lech Wałęsa zostawał prezydentem (w grudniu 1990 r.) nie było żadnej Unii Europejskiej, utworzonej na mocy podpisanego w Maastricht Traktatu o Unii Europejskiej dopiero 7 lutego 1992 r. Siłą rzeczy gen. Jaruzelski przed grudniem 1990 r. nie mógł wprowadzić Polski do UE. A tak przy okazji, może noblista raczy odpowiedzieć do kiedy Polska była członkiem RWPG? No dobra, warto też przypomnieć, że zarówno do UE (rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych 31 marca 1998 r.) jak i NATO (rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych w 1997 r.; przystąpienie – 12 mają 1999 r.) Polska weszła za rządów Aleksandra Kwaśniewskiego, więc i tu większych zasług ob. Lech Wałęsa nie ma. Przy okazji – Lech Wałęsa też nie „wycofał” Polski z Układu Warszawskiego, gdyż ów został formalnie rozwiązany na posiedzeniu w Pradze 1 lipca 1991 r. Nikt nikogo nie „wycofywał”, po prostu rozwiązano organizację, i tyle.

Jak widać, powiedzenie o gorejącej czapeczce trafnie określa właściciela.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Narodziny „drogiego Radosława”

W Afganistanie zginęło trzech polskich żołnierzy. Smutne, ale w końcu jest to ryzyko zawodowe.

Jak wiadomo, zwierzchnikiem polskiego wojska jest prezydent RP, w ramach pracy rządu sprawami armii zajmuje się minister obrony narodowej (aktualnie: ob. Bogdan Klich), odpowiadający przed premierem (aktualnie: ob. Tusk Donald). Jest też jeszcze sztab generalny, marszałkowie, generałowie, dowódcy, kadra oficerska itd. A tymczasem radiowa „Trójka” podała, że kondolencje rodzinom zabitych żołnierzy złożył... minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski! Można by z tego wysnuć wniosek, że największym zagrożeniem dla naszych żołnierzy w Afganistanie nie są Talibowie, ale polska służba dyplomatyczna.

Rzecz jasna polska służba dyplomatyczna strzela co najwyżej w portki na dywaniku w Brukseli / Berlinie / Moskwie (co niepotrzebne – skreślić z przyjemnością), ale nie w tym rzecz. Nie rzecz w tym, że kondolencje winien składać prezydent, premier czy minister obrony narodowej. Ale nie minister spraw zagranicznych! Rzecz w tym, że – niestety – medialna nośność tragedii w połączeniu z pychą i samouwielbieniem niektórych daje efekty wręcz obrzydliwe w swej wymowie.

Minister Sikorski zaapelował w związku ze śmiercią polskich żołnierzy, by udzielić Afganistanowi również innej, niż militarna, pomocy. Mam pomysł – udzielmy Afganowi pomocy dyplomatycznej. Wyślijmy im w prezencie „drogiego Radosława”. Z Anną Applebaum do kompletu. Chyba nosiciel pomarańczowego pasa karate (daltonista?) nie spęka? Dorzućmy mu mu różowe stringi lidera – niech tam chłopek, tzn. przepraszam – chłopak, ma.

środa, 20 sierpnia 2008

Kwadratura koła

Jeśli rację ma Stanisław Janecki, redaktor naczelny „Wprost”, że Rosja w ramach „pokojowej interwencji” w Gruzji wysłała do walki nie tylko siły zbrojne, ale i prowadzi ofensywę na froncie ideologicznym za pomocą poukrywanych „agentów wpływu”, to rosyjskim politykom należą się szczere wyrazy współczucia. Bo powiedzmy sobie szczerze – argumentacja owych „agentów wpływu” kwalifikuje ich do grona użytecznych idiotów. Jeśli jeszcze prawdą jest, że Rosja ma owych „agentów” w spadku po ZSRR, to nic dziwnego, że w Polsce komunizm obalił Lech Wałęsa. Sam. Z żoną i dzieciakami.

Zresztą nie ma się co dziwić – Polacy z powodów historycznych nie wierzą w „pokojową interwencję” Rosji, sceptycznie przypominając 1939 r. na ziemiach ojczystych, 1956 r. na Węgrzech czy 1968 r. w Czechosłowacji (jutro rocznica wejścia wojsk ZSRR do Pragi). Złośliwi zarzucają archaizm stosowanemu przez rosyjską propagandę argumentowi o potrzebie „ochrony” jakiejś grupy obywateli. Niekiedy też dodając coś o liczbie ofiar tych „pokojowych interwencji”.

Inną kwestią jest problem kwadratury koła, czyli jak udowodnić, że Rosja ma prawo do militarnych interwencji u sąsiadów, którzy samodzielnie na własnym terytorium usiłują rozwiązać własne problemy wewnętrzne. Wiąże się to często w ujęciu „agentów” z pojęciem rusofobii. Podejrzanie wygląda lęk oparty o drażnienie obiektu lęk ów wywołującego. Rzecz jasna sami „agenci” swoje stanowisko przedstawiają jako realizm polityczny, choć preferowane przez nich oglądanie się we wszystkim na zdanie sąsiada bardziej zakrawa na miano fobii.

Nader często motywują prawo Rosji do interwencji w wewnętrzne sprawy niepodległej Gruzji analogią serbskiego Kosowa. Argumentem tym demaskują swoją rolę. Przecież właśnie Rosja, bodajże jako jedyna w Europie, nie uznała „niepodległości” Kosowa, powołując się (całkiem słusznie) na zasadę integralności terytorialnej państwa Serbskiego. Okazuje się jednak, że zasada ta działa wybiórczo – w Serbii działa, w Gruzji – nie. Czyli g..., nie zasada. Warto jednak zwrócić uwagę, że w obu przypadkach „agenci” bezkrytycznie popierają stanowisko rządu rosyjskiego.

I tak dalej – despotyczny Saakaszwili bezwzględnie tępiący opozycję jest zły, ale nikt nie wypomni autokracji władz rosyjskich, równie demokratycznych co łagry syberyjskie. Pojawiają się jeszcze inne twierdzenia, tak bzdurne, że aż głowa boli. A to że Rosja nie ma wobec nas roszczeń terytorialnych, choć z historii wynika, że o roszczeniach terytorialnych wobec Polski od XVIII wieku Rosjanie rozmawiają z Niemcami (a przecież teraz oba państwa uważają Polskę za swoją strefę wpływów). A to, że nie mamy w tym żadnego interesu, choć na świecie mówi się, że to wojna Gazpromu, a i problem dywersyfikacji źródeł dostaw ropy i gazu jakoś im umyka. I tak dalej, idiotyzmów ciąg nieprzerwany...

P. S. Satyryk winien być dowcipny. Link do bloga JKM wylatuje.

wtorek, 19 sierpnia 2008

Filantrop fiskalny

Obywatel premier Donald Tusk ogłosił urbi et orbi, że poszkodowani w wyniku działalności „trąby powietrznej” dostaną od państwa odszkodowanie w wysokości 100% kosztów remontu bądź odbudowy domów (w branży ubezpieczeniowej kariery premier nie zrobi). No w życiu nie podejrzewał bym, że z premiera taki „kozak” ale i „charakternik” - poczuwa się chłop do odpowiedzialności i pokryć straty chce. Przykry wypadek, który przydarzył się obywatelowi premierowi Tusk Donaldowi wskazuje, jak można w praktyce zrobić obiecywane wraz z „cudem gospodarczym” „tanie państwo”, choć szczegóły zapewne pozostaną tajemnicą (osobiście podejrzewam kolaborację grochówki). Wyobraźcie sobie tylko Państwo tę potęgę - talerz grochówki i benzyna – przy zachowaniu stawek VAT i akcyzy, a nawet ich wzroście o 1000% (na dobry początek) – po 1,20 zł za litr. Gaz po 1 gr za milion m3. Gazoporty radziecko – niemieckie wspomnieniem bolesnym dla ubezpieczycieli inwestycji. „Widoczny znak” - fru! A na cholerę nam jakaś amerykańska „Tarcza”, sklonować premiera, i już jesteśmy mocarstwem.

No, dobra, koniec z kpinami. Po prostu szlag mnie trafia, gdy do zarejestrowania samochodu i korzystania z niego muszę mieć przy sobie świstek potwierdzający zawarcie obowiązkowego ubezpieczenia OC. Jakby tego było mało – umowy OC (i pieprzonego świstka) nie dostanę bez cholernego stempelka w dowodzie rejestracyjnym, potwierdzającego uwieńczone sukcesem okresowe badanie techniczne pojazdu. Brak stempelka czy OC ma przykre dla kierowcy konsekwencje, o ile rzecz jasna nieustraszona policja nie będzie się bała dokonać zatrzymania. I wszyscy to akceptują, choć brak jakichkolwiek dowodów, by spełnienie wszystkich tych kretyńskich wymogów formalnych chroniło przed głupotą, brawurą, alkoholizmem, narkomanią czy „zjechaniem z niewyjaśnionych przyczyn na przeciwny pas ruchu” Mercem oraz konsekwencjami powyższego, o czym świadczy ostatni pompatyczny pochówek w Alei Zasłużonych na Powązkach.

Gdyby „poszkodowani” mieli choć trochę rozumu, pognali by polityków z ich zakichaną „dobroczynnością”, w ramach której dostają wpłacone przez siebie (i innych, Bogu ducha winnych obywateli), jako złodziejskie podatki, pieniądze, tyle, że muszą się z nich wyliczyć. Pogonili by tych „dobroczyńców”, gdyż jak wiadomo najrozsądniej wydaje się własne, ciężko zapracowane pieniądze, a najgłupiej – cudze, z których nie trzeba się rozliczać. Powinni też wiedzieć, że władza odbierze sobie z nawiązką kwoty swej „dobroczynności”, dzisiaj rabując jednych, jutro drugich.

Dlatego za każdym razem, gdy słyszę podobne zapewnienia o przyznawaniu pomocy z funduszy publicznych, mam wielką ochotę naruszyć kilka przepisów: o ochronie języka ojczystego, naruszeniu dóbr osobistych, znieważeniu urzędników państwowych itp. A bodaj was gęste rozwolnienie, filantropi na cudzy koszt!

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Dyskwalifikacja

Przez pewien czas czytałem uważnie blog Janusza Korwina – Mikkego. Kilka razy zwróciłem uwagę na ewidentny brak spójności logicznej tworzonych przezeń konstrukcji. Mało tego – w paru dość istotnych miejscach zaprzeczał sam sobie. Pisałem polemiki z tekstami JKM, co zresztą nie było zbyt trudne zwłaszcza znając treści zamieszczane na jego na blogu.

Niestety, okazuje się, że JKM jest tylko politykiem i daleko mu nawet do Aleksandra Kwaśniewskiego, który potrafił porwać społeczeństwo i przekonać do siebie. Społeczeństwo wysłało Janusza Korwina – Mikkego na „zieloną trawkę” i najwyraźniej miało słuszność. Mąż stanu, za jakiego JKM chciałby uchodzić, winien mieć poglądy i argumentację do nich merytoryczną, a nie płaską demagogię, obliczoną na „statystycznego wyborcę”, czyli otumanionego propagandą matołka.

Wypada wprowadzić w życie słowa świętej pamięci Stefana Kisielewskiego o nobilitowaniu błędnego myślenia poprzez podejmowanie polemiki. Stąd też zmiana nazwy linku do blogu Janusza Korwina – Mikkego na „JKM - satyra pod muchą”. Jako satyryk od biedy ujdzie w tłoku, a kto chce – może traktować poważnie jego wywody. Na własną odpowiedzialność.

Wiem, że JKM nie czyta mojego bloga i wisi mu, co o nim sądzę. Jeszcze przez najbliższe trzy lata.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Wredna geopolityka, jak słoma z butów, wyłazi w pobliżu „Tarczy”...

... ale najpierw trochę przechwałek, bo w końcu nikt tak dobrze nie pochwali naszego dzieła jak my sami (Mamo, chwalą nas. Kto? Wy – mnie, a ja was!).

Serdecznie polecam wywiad z profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem zamieszczony w internetowym wydaniu „Newsweeka” Celem Rosji może być też Polska. Miło mi było przeczytać, że, najzupełniej przypadkowo, mój sposób postrzegania konfliktu Rosja – Gruzja, roli Rosji i stosunków rosyjsko – niemieckich, również dla Polski, znajdują potwierdzenie w opinii cenionego profesora Wieczorkiewicza. Rzecz jasna, taka zbieżność, to nie tylko powód do dumy, ale również impuls do działania. Zatem do dzieła.

Oto rosyjscy wojskowi i politycy, włącznie z prezydentem Rosji Dimitrijem Miedwiediewem publicznie oświadczyli, że rozmieszczenie na terenie Polski elementów „Tarczy” narusza rosyjskie interesy w sferze bezpieczeństwa oraz, że jest skierowane przeciwko Rosji, gdyż tarcza antyrakietowa zostanie rozmieszczona przeciwko strategicznemu potencjałowi Rosji. Wynika z tego jasno, że Moskwa nadal uważa Polskę za swoją strefę wpływów, jeśli nie za państwo satelickie. Świadczy o tym gwałtowny sprzeciw i groźby, jakie wywołuje projekt instalacji systemów obronnych. Czyżby rosyjski „potencjał strategiczny” nie stanowił zagrożenia dla Polski? Mało tego – prezydent Miedwiediew w przerwie rozmów z Angelą Merkel oświadczył enigmatycznie, że Rosja będzie kontynuowała dialog w tej sprawie. Ciekawe z kim, i kiedy jako stronę dialogu Rosjanie raczą zaprosić Polskę, bo jak dotąd „dialog” na temat „Tarczy” w Polsce (nie tylko zresztą ten) Rosja prowadzi z pominięciem Rzeczypospolitej Polskiej, jeśli nie liczyć gróźb. Do czego przyzwyczaiła Rosjan podejrzana ugodowość polityki Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i całej rzeszy przeciwników lustracji, dekomunizacji i deubekizacji, zwłaszcza świata polityki polskiej.

Po raz kolejny ujawnił swe istnienie pakt rosyjsko – niemiecki, tradycyjnie od XVIII wieku realizowany kosztem Polski. Oto chadecki eurodeputowany do Parlamentu Europejskiego z Niemiec, Elmar Brok stwierdził, iż sprawa rozmieszczenia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej winna być tematem konsultacji na forum UE i dodał, że jeśli chcemy mieć jakiś wpływ na Moskwę, musimy działać wspólnie. Nie może być tak, że Polska czy Niemcy robią coś na własną rękę. Oczywiście głosowanie według systemu podwójnej większości pozwala z góry przewidzieć wynik takich konsultacji tym bardziej, że Polska już nie raz słyszała, że ma „siedzieć i słuchać”. Osobiście ciekaw jestem, jak p. Elmar Brok zapatruje się na sprawę budowy bałtyckiego rurociągu przyjaźni im. Ribbentropa – Mołotowa, ewidentnie naruszającego „interesy w sferze bezpieczeństwa” energetycznego (i nie tylko) Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy. Czy nie byłoby wskazane przeprowadzenie rzetelnych „konsultacji na forum UE”, podobnie jak w przypadku budowy centrum „Widocznego Znaku” upamiętniającego ofiary wysiedleń po wojnie – chociażby w aspekcie rozszerzenia zakresu chronologicznego o lata 1939 – 1945.

Warto przy tym zauważyć, że Niemcy nie tylko wobec Polski uprawiają politykę „widocznych znaków”. Ot, choćby w kwestii rosyjskiej ingerencji w wewnętrzne sprawy Gruzji – jak Angela Merkel potępi Rosję, to zaraz jakiś sekretarz stanu w niemieckim MSZ wypowie się w diametralnie przeciwnym tonie. Chociażby dzisiaj media przekazały informację o wypowiedzi byłego prezydenta RFN Gerharda Schroedera (obecnie rurociągowego „widocznego znaku” twórczej współpracy Kremla z Reichstagiem), który całkowicie poparł stanowisko Rosji w sprawie sytuacji na Kaukazie, zaś minister spraw zagranicznych (czy ktoś w tym stylu) RFN – skrytykował słowa byłego prezydenta i potępił Rosję. Jest to o tyle dziwne, że na ogół politycy niemieccy mówią jednym głosem w kwestiach polityki zagranicznej. Nawet głupstwa.

Zastanawiam się nad kwestią wpływu konfliktu Gruzji na podpisanie polsko – amerykańskiej umowy w sprawie „Tarczy”. Rzecz jasna, bezpośredniego wpływu ów konflikt nie miał. Ale że miał duże znaczenie – to pewne. Wypada przypomnieć (niestety niesprawdzalne dla maluczkich) pogłoski, jakoby Borys Jelcyn jako prezydent Rosji zgodził się na przyjęcie RP do NATO pod warunkiem, że na ziemiach polskich nie powstaną żadne natowskie instalacje wojskowe. Dotychczasowy brak takowych oraz wręcz histeryczna reakcja Moskwy na perspektywę instalacji, zdają się potwierdzać prawdziwość tychże plotek. Tłumaczą też do pewnego stopnia reakcje Moskwy.

Dużo ciekawiej jednak wygląda sprawa podpisania umowy przez rząd Donalda Tuska. Oto jeszcze tydzień temu odwołany został negocjujący traktat wiceminister Witold Waszczykowski. Inna sprawa, że PO od początku była wszak przeciwna obecności „Tarczy” na ziemiach polskich. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na impas, jeśli nie wręcz zerwanie negocjacji. Powstaje pytanie, jaki wpływ na decyzję premiera Tuska miały wizyta i przemówienie prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji z jednej strony, a reakcje moskiewskie z drugiej. Całkowite porzucenie rozmów o „Tarczy” oznaczałoby oficjalnie całkowite podporządkowanie polityce Berlina i Moskwy. W szerszej perspektywie na pewno przełożyło by się to na wyniki osiągane w wyborach, być może kończąc wiele „obiecujących karier” politycznych. O tym, że w takim wypadku Donald Tusk mógłby zapomnieć o prezydenturze RP, jestem więcej niż pewien. Możliwe więc, że prezydent Kaczyński występując w Tbilisi rozstawił premiera Tuska i ministra Sikorskiego po kątach, nie pozostawiając im większych możliwości manewru.

Jednakże nie należy się cieszyć przedwcześnie. Zarówno premier Donald Tusk jak i jego minister Radosław Sikorski nie raz wykonali już woltę zaprzeczając wszystkim swoim wcześniejszym deklaracjom – wystarczy przypomnieć np. podatek liniowy czy wstąpienie Radosława Sikorskiego do PO.
ŹRÓDŁA:
1. P. Wieczorkiewicz, Celem Rosji może być też Polska http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=28709&Strona=1
2. Biały Dom zadowolony z tarczy. Rosja straszy
http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=28703
5. Tegoż, Demagogia niejedno ma imię, czyli monopol PO poważnie zagrożony,
http://veredicus.blogspot.com/2008/08/demagogia-niejedno-ma-imi-czyli-monopol.html

piątek, 15 sierpnia 2008

Demagogia niejedno ma imię, czyli monopol PO poważnie zagrożony

Oto w jaki sposób Janusz Korwin – Mikke komentując konflikt kaukaski argumentuje za uznaniem słuszności działań rosyjskich władz, chociaż pierwotnie zarzekał się, że według niego żadna strona konfliktu nie ma racji. Nawiasem mówiąc, argumentuje tym samym przeciw działalności władz RP, o sympatiach społecznych nie wspominając. Ocenę argumentów pozostawiam PT. Czytelnikom.

... jeśli uważamy, że Gruzja ma prawo zająć siłą ziemie, będące formalnie jej terytorium, ale zamieszkałe przez ludność, która sobie tego nie życzy, to może również RFN ma prawo przyłączyć Ziemie Zabrane (po polsku „Ziemie Odzyskane”)? Ostatecznie III RP administruje tylko nimi na zasadzie rozejmu w Poczdamie, traktat pokojowy z III Rzeszą ani z RFN nie został nigdy podpisany. A traktat o przyjaźni to tylko trochę więcej, niż „rozejm z Soczi”.
ŹRÓDŁO: http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID336571822,index.html

Wypada przypomnieć truizm, że Gruzja zgodnie z prawem międzynarodowym (o czym sam Janusz Korwin – Mikke swego czasu pisał) odpowiada za wszystko, co się wydarzy na ziemiach formalnie będących jej terytorium. Również za zbrodnie. Jest zatem chyba logicznym, że jeżeli administracja gruzińska ponosi za coś formalną odpowiedzialność, to chce mieć nad tym jakąś formalną kontrolę. W tym kontekście interwencja Moskwy jest całkowitym pogwałceniem prawa, gdyż zarówno terytorium jak i ludność je zamieszkująca są formalną częścią Gruzji a nie WNP. Mało tego – jeżeli „rozejm z Soczi” dotyczył ziem formalnie będących terytorium Gruzji, to chyba Gruzja jako państwo suwerenne ma prawo decydować o obowiązujących na jej terytorium aktów prawnych.

Całkowitym niewypałem są przytoczone przez Janusza Korwina – Mikkego argumenty „natury historycznej”. Dla przypomnienia – o przyznaniu RP Ziem Odzyskanych zadecydowały państwa tzw. Wielkiej Trójki – ZSRR, Wielka Brytania i USA. Również one zadecydowały o przesunięciu wschodniej granicy Polski. Nie było przy tych decyzjach żadnego przedstawiciela legalnego rządu polskiego w Londynie. Przyznanie Ziem Odzyskanych było też formą kontrybucji, jaką Niemcy mieli zapłacić za zbrodnie popełnione na polskim narodzie podczas drugiej wojny światowej. Nie ma tu więc jakiejkolwiek analogii usprawiedliwiającej tworzenie paraleli pomiędzy sytuacją formalno – prawną Osetii, Abchazji a Ziem Odzyskanych. Inna sprawa, że w takim kontekście popierając Rosję interweniującą w sprawy terytorialno – ludnościowe na terenie suwerennego państwa popiera się program roszczeń niemieckich! Zgodzić się natomiast trzeba z krytyką braku traktatu granicznego z RFN. Może by tak jeszcze wskazać winnych sytuacji, wyciągnąć wobec nich konsekwencje i wreszcie przystąpić do prac nad ww. traktatem? Szczególnie wobec separatyzmów śląskich, o których Janusz Korwin – Mikke pewnie słyszał, i pewnie chętnie wyjaśni czym różni się separatyzm śląski od osetyńskiego.

Ze swej strony proponuję takiż oto argument natury historycznej: czy stłumienie wydarzeń czerwcowych w Poznaniu w 1956 r, bądź grudniowych na Wybrzeżu w 1970 r. było ze strony PRL aktem agresji międzynarodowej, czy też regulacją sytuacji wewnętrznej?

W interesie Moskwy leży osłabienie Gruzji [...] poprzez podtrzymywanie tam permanentnego napięcia. Natomiast Moskwa nie chce uznać niepodległości tych republik [Osetii, Abchazji – dopisek MN], gdyż byłby to pretekst do uznania niepodległości np. Czeczenii [...] czy Tatarii. Grozi tym jednak – powołując się na precedens Kosowa... tu powtarzam: uznanie „niepodległości” tego kraiku mafiosów i bandytów było kamyczkiem, który uruchomił lawinę niszczącą stabilność w Europie...
ŹRÓDŁO: http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID335294746,index.html

Z cytowanego powyżej tekstu nie wynika, dlaczegóż to w interesie Moskwy leży osłabianie ościennej Gruzji, ani też dlaczego takimi właśnie metodami. Ale rad bym się dowiedział, dlaczego w interesie Polski nie leży osłabianie Rosji poprzez analogiczną, co rosyjska, działalność i dlaczego jest ona postrzegana jako awanturnictwo? Tym bardziej, że historia uczy, iż już od XVIII wieku bliska współpraca Berlina i Kremla odbywała się głównie kosztem Polski. A dziś jej symbolami są: dwuznaczna postawa Niemiec wobec sytuacji w Gruzji i bałtycki rurociąg przyjaźni „Ribbentrop – Mołotow”. Mało tego – kwestie polityczne współgrają z ekonomicznymi – dywersyfikacja źródeł dostaw surowców energetycznych (ropy i gazu). Zwracam też uwagę, że w powyższym cytacie mowa jest o Moskwie odmawiającej uznania niepodległości Osetii i Abchazji, chociaż leżą one w ościennej dla Rosji Gruzji! To jak w sienkiewiczowskim dowcipie jak imć Zagłoba darował królowi szwedzkiemu Karolowi Niderlandy.

Racjonalny jest argument dotyczący Kosowa, jak również przytaczane jego użycie przez Moskwę w kontekście Czeczenii, Tatarii, Abchazji i Osetii. Uznanie „niepodległości” Kosowa było aktem nieodpowiedzialności polityków z różnych zakątków świata. Szczególnie na tym polu wyróżnił się Donald Tusk – jako historyk i gdańszczanin chyba słyszał o losach Freistadt Danzig w XX wieku?
Na koniec pozwolę sobie na kilka uwag odnośnie argumentów Janusza Korwina – Mikkego, których nie chciało mi się cytować.

Po pierwsze pojawia się argument, żeby się nie stawiać, bo przecież Rosja nie ma wobec Polski roszczeń terytorialnych. Gruzja też, a i w przeszłości armia gruzińska nigdy terytoriów Rzeczypospolitej nie najechała. A poważnie – jest to absurd, gdyż chociażby reakcje Kremla na rozpoczęcie i zakończenie polsko – amerykańskich rozmów w sprawie „Tarczy” ukazują jasno, że Moskwa uznaje Polskę za swoją strefę wpływów, w zasadzie za państwo satelickie, winne w każdej sprawie pytać o pozwolenie „niedźwiedzia”. Wspomniana wcześniej sytuacja uzależnienia Polski od rosyjskich dostaw ropy i gazu (a co z embargiem na mięso?) czyni zbędnymi roszczenia terytorialne. Jak kto wątpi – niech popatrzy, jak Rosja tresuje gazem reżim na Białorusi.

Po drugie nader często Janusz Korwin – Mikke wspomina, że większość mieszkańców Osetii i Abchazji ma podwójne obywatelstwo, głównie rosyjskie. Skoro tak, i skoro nie zgadzają się z przynależnością ziem do Gruzji, to dlaczego nie wyjadą? Mówiąc poważnie – argument do kitu, gdyż niezależnie ile paszportów i jakich państw mają w kieszeni, pozostając na terytorium Gruzji podlegają administracji i prawodawstwu gruzińskiemu, podobnie jak przebywający w Niemczech Polacy niemieckiemu, w Anglii – brytyjskiemu itd.. Zwłaszcza, że pozostają obywatelami Gruzji! Przecież nikt, przy zdrowych zmysłach nie uzna argumentu o obywatelstwie, gdyż oznaczało by to, że np. przebywający w Polsce Wietnamczycy mają prawo ubiegać się o „niepodległą republikę” w okolicach al. Zielenieckiej w Warszawie, gdzie mieści się bazar zwany lokalnie „wietnamskim”. I liczyć na poparcie Wietnamu i Chin (dlaczego nie, skoro Osetyńcy korzystają z poparcia Rosji?).

P. S. Tak jak sołdaci Suworowa hulali na Pradze, zapewne tak i dziś rosyjska soldateska w ramach „pokojowych interwencji” jest wzorem humanitaryzmu (np. nie pomaga Osetyńcom, Abchazom i Wolnym Kozakom rabować i mordować Gruzinów). Swój legendarny wręcz humanitaryzm udowodniła już wielokrotnie, ot choćby w Czeczenii, lecz wspominanie o tym i solidaryzm z ofiarami są przejawami rusofobii, obok antysemityzmu - tradycyjnej. Czy więc uroczyste obchodzenie lania, jakie w 1920 r. wojsko polskie spuściło dowodzonej z Kremla Armii Czerwonej nie jest „drażnieniem niedźwiedzia”? I czy aby krytykujący rozrzutność ubiegłorocznej defilady winni stać dzisiaj na trybunie? Tym bardziej, że sądzą żołnierzy za wykonywanie rozkazów?

czwartek, 14 sierpnia 2008

Władza a społeczeństwo

Nader często mam wrażenie, że w przypadku komentarzy dotyczących wojny w Gruzji, komentatorom wypowiadającym się na temat solidarności Polaków dla Gruzinów, nieco mylą się pojęcia. Mylą oni współczucie i solidarność z narodem Gruzińskim z poparciem dla prezydenta M. Saakashvili, jego rządu i polityki. Co ciekawe, czynią to komentatorzy ewidentnie krytyczni wobec rządu Donalda Tuska. Pytanie, czy gdyby Polska, co nie daj Boże!, znalazła się w podobnej sytuacji jak dzisiaj Gruzja, co powiedzieli by na identyfikowanie społeczeństwa polskiego (a więc i ich samych) z osobą i polityką Donalda Tuska? Bo do tego sprowadzają się ich wypowiedzi.

Pisałem już o tym wcześniej – solidarność dla narodu gruzińskiego nie oznacza poparcia polityki rządu gruzińskiego. Oznacza, że Polacy nie wierzą w „cywilizowaną” interwencję wojsk rosyjskich, niezależnie od szyldu, pod którym występują. Przyczyny takiego stanu rzeczy znajdują się w historii stosunków polsko – rosyjskich. Dlatego też wbijcież sobie do głowy – nauczeni doświadczeniem współczujemy ofiarom rosyjskiej „pokojowej interwencji”, którymi są w tym przypadku Gruzini (choć uważam, że Osetia i Abchazja też zapłacą swoją cenę). Mało tego, Gruzja zostanie przehandlowana przez „cywilizowany zachód”, o czym świadczy chociażby dwuznaczne postępowanie Niemiec („ocenę wydarzeń wyda się później”).

O tym, jak odległe od społeczeństwa czy narodu mogą być aktualne władze niech posłuży przykład z naszego rodzimego podwórka: w 1995 r. po raz pierwszy demokratycznie wybranym prezydentem RP został post – komunista Aleksander Kwaśniewski. W drugiej turze wyborów wygrał z dotychczasowym prezydentem Lechem Wałęsą. Jak myślicie – ilu ludzi głosowało na Kwaśniewskiego (również „nogami”) z powodu poparcia dla jego programu i sympatii osobistych, a ilu z powodu zmęczenia rządami noblisty Wałęsy? Przypominam też, jaką wesołość wzbudziły swego czasu słowa prezydenta RP Lecha Wałęsy gdy powiedział, że jest „prezydentem wszystkich Polaków”.

środa, 13 sierpnia 2008

Machniom?

Ot, powierzyli komunistycznym Chinom organizację igrzysk olimpijskich, i już ideał został zbrukany. Co gorsza przy użyciu dwóch dziewczynek, na oko nieletnich. Oto wyszło na jaw, że jedna dziewczynka ładnie śpiewa, a druga ma prezencję. Sęk w tym, że ta z głosem nie ma prezencji, a ta z prezencją – głosu. Więc Chińczycy na widok wystawili dziewczynkę z prezencją i kazali jej udawać, a drugiej za kotarą dali mikrofon i kazali śpiewać. Ale wyszło szydło z worka, sprawa się rypła, jest wstyd, płacz i zgrzytanie zębów. Ponieważ igrzyska olimpijskie jak wiadomo są najważniejszym wydarzeniem promującym ułomności, również fizyczne, kompromitacja jest na całego.

Organizatorzy przekrętu popełnili zasadniczy błąd – o „błogosławieństwo” nie poprosili Adama Michnika i proroków mniejszych z „Gazety Wyborczej .pl”. Być może dlatego, że Michnik & Co. zapomnieli przedłożyć swoją ofertę na piśmie, bo w kraju to oni otrzymują oferty. Ale było nie było – sukcesy na tym polu mają niewątpliwe – wylansowanie kilku autorytetów moralnych, Donald Tusk, Radek Sikorski, Grzegorz Schetyna, Stefan Niesiołowski, Zbigniew Ćwiąkalski... pisarzy, aktorów, muzyków i dziennikarzy nie wymienię.

Ale może Chińczycy zgodzą się na wymianę – wymienieni powyżej za którąś dziewczynkę? Jak się zgodzą na tą z głosem, to można dorzucić jeszcze Dodę, w charakterze: odszkodowania / suweniru / syreny alarmowej*.

*- niepotrzebne skreślić.

P.S. A tak poważnie – dziennikarze robiąc sensację z banału wyrządzili krzywdę dwu opisanym powyżej dziewczynkom. Ale to do tych kretynów pewnie nie dotrze, bo inaczej nie zrobili by tej durnej afery.

P.P.S. Do Policji – to nie jest oferta handlu ludźmi. To się nazywa sarkazm.

Handel Gruzją

Ponieważ Polacy nie raz mieli w przeszłości okazję być „oswobadzani” w ramach „pokojowej interwencji” przez armie Rosji i ZSRR, raczyli wyrazić swoją solidarność i współczucie dla Gruzinów. Mało tego – niektórzy zapewne doskonale rozumieją, że podbój Gruzji przez Rosję znacznie obniży szanse na dywersyfikację źródeł dostaw ropy i gazu, szczególnie wobec budowy bałtyckiego gazociągu przyjaźni Ribbentrop – Mołotow. Dlatego też do tradycyjnego polskiego organicznego antysemityzmu dopisana została organiczna rusofobia. Nawiasem mówiąc, w ramach polskiej „rusofobii” należy też z góry współczuć Osetyńcom i Abchazom. Z tych samych powodów co Gruzinom – znając cenę rosyjskiej „bezinteresowności”.

Kanclerz Angela Merkel potępiła rosyjską interwencję w Gruzji. Wiceminister spraw zagranicznych , Gernot Erler, potępił interwencję Gruzji i przyklasnął działaniom Rosji. To ciekawe, gdyż jak dotąd rządy niemieckie w kwestiach polityki zagranicznej mówiły jednym głosem. Ofertę handlową w charakterze listonosza zwiózł Nicolas Sarkozy. Właściwy człowiek na właściwym stanowisku.

Tzw. społeczność międzynarodowa przejęła się bardzo problemem wojny na Kaukazie. Debatuje, apeluje, memoranda wypisuje, a za parę dni zbierze się ponownie w tym samym celu, ale już specjalnie. Nawet NATO się załapie, ONZ też w tyle nie pozostanie. Oto właściwy obraz wagi konfliktu kaukaskiego. Dobrze, że mamy jakiej epidemii albo pandemii...

Lech Wałęsa skomentował działania prezydenta Lecha Kaczyńskiego w kwestii sytuacji na Kaukazie pytaniem, czy ten myślał, że wystarczy zebrać paru prezydentów by uprawiać politykę międzynarodową. I to mówi facet, który komunę obalał sam, z Danką i dzieciakami!

Jeśli wierzyć doniesieniom prasy, na Kaukazie w imię dobra ludzkości czystki etniczne zwalcza się eksterminacjami. Ropa tanieje, ale nie na polskich stacjach benzynowych.

wtorek, 12 sierpnia 2008

Trzy lwy w „Tarczy” – jeden sra a dwójka warczy, czyli nic nowego w polityce

Opublikowany w „Newsweeku” wywiad Witoldem Waszczykowskim, choć bez wątpienia winien skutkować dochodzeniami i procesami, ukazuje zarazem siłę zakorzenienia patologii w tradycji polskiej polityki. Bo tak naprawdę jakie zjawiska przedstawia? Prywatę, populizm, niekompetencję, dyletanctwo, partyjniactwo, pychę, bufonadę, arogancję, pieniactwo, prymitywizm, nieudolność, karierowiczostwo, samozadowolenie, wybujałe ambicje i podejrzane „szare eminencje” z razwiedki. Do tradycji należy również „kablowanie” na pryncypałów w momencie dymisji ze stołka. Wystarczy przypomnieć chociażby niedawne wypowiedzi Andrzeja Leppera, Romana Giertycha, Kazimierza Marcinkiewicza czy Radka Sikorskiego na temat rządów Jarosława i Lecha Kaczyńskich .

Również i to, że politycy popsioczą na siebie ku uciesze gawiedzi i mediów, nawygrażają sobie pięściami, obrażą się i nie będą zapraszać wzajemnie na grilla, też należy do tradycji. Podobnie jak fakt, że konsekwencje to już poniesie całe społeczeństwo. Do tejże idiotycznej tradycji należy również skleroza wyborców, regularnie legitymizująca ową degrengoladę świętych krów i udzielająca prolongaty tej radosnej działalności.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Polityczna jedność umysłu i ducha

Stanisław Michalkiewicz od lat powtarza, że jeśli ktoś politykuje, to politykuje również i jego sumienie. Dzisiejsze wypowiedzi trzech byłych prezydentów – Władimira Putina, Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego – w znacznej mierze potwierdzają owe spostrzeżenie.

Zacznijmy od szeroko kolportowanej przez media wypowiedzi byłego prezydenta Rosji, obecnego premiera tejże. Władimir Putin oburzenie „Zachodu” skwitował przypomnieniem wykonanego wyroku skazanego na karę śmierci Saddama Husseina. Stwierdził, że skoro Saddama należało powiesić za „kilka szyickich wiosek zrównanych z ziemią”, to nie ma co się oburzać na Rosję, która ujęła się za podobnie prześladowanymi Osetyńcami. Oczywiście argument jest całkowicie słuszny – w cudzym oku źdźbło, ale w swoim... Tyle, że słuszność argumentu W. Putina nie zmienia faktu wybiórczości jego stosowania przez władze Rosji. Jakoś nie słyszałem o wsparciu ze strony władz rosyjskich działań, mających na celu odnalezienie i skazanie osób odpowiedzialnych za „pokojowe interwencje” na Węgrzech w 1956 r., w Czechosłowacji w 1968 r. czy Afganistanie w latach osiemdziesiątych, gdzie również czołgi rozjeżdżały cywili bez względu na wiek i płeć. Zaś w przypadku zbrodni Katyńskiej mowa już nie tylko o braku pomocy, ale również utrudnianiu śledztwa, mataczeniach i zakłamywaniu prawdy. O ile jednak interwencje na Węgrzech, w Czechosłowacji i Afganistanie Rosjanie mogą składać na karb ZSRR, o tyle utrudnianie śledztwa Katyńskiego – już nie. Podobnie jak nie złożą na karb antenatów ofiar wojny w Czeczenii, ofiar w Teatrze na Dubrowce czy w Biesłańskiej szkole. Nie bardzo też wiadomo, po czym jeżdżą w Gruzji rosyjskie czołgi, choć należy podejrzewać, że nie przebierają w wyborze nawierzchni.

Jako druga na uwagę zasługuje wypowiedź speca od savoir vivre'u podczas zwiewania po drabinie przez okno wprost do bagażnika, czyli Aleksandra Kwaśniewskiego. Sens jego wypowiedzi był taki, że jeśli Polska natychmiast nie ratyfikuje traktatu, czeka nas los Gruzji. Ciekawe... nie bardzo wiadomo jak ratyfikowanie (mniejsza z tym, że „splutonowanego” w Irlandii) bełkotu może wspomóc polskie bezpieczeństwo polityczne, militarne i energetyczne, skoro traktat ten ma jedynie usprawniać działalność WE? Mało tego – należy pamiętać, że został w całości wynegocjowany przez Annę Fotygę, ministra spraw zagranicznych w rządzie koalicji PiS – LPR – Samoobrona. A jak powszechnie wiadomo, wszystko czego tknęli się owi „polityczni dyletanci”... Zastanawia też, czy aby Aleksander Kwaśniewski nie zapowiedział, że następnym celem „pokojowej interwencji” Rosji będzie Polska która, jak by z tego wynikało, o kant d... może potłuc członkostwo w NATO czy WE.
ŹRÓDŁO: http://wiadomosci.onet.pl/1805276,11,item.html

Najciekawsza jednak dla mnie jest wypowiedź trzeciego byłego prezydenta, czyli najwybitniejszego noblisty wśród polskich stoczniowców (i nie tylko), Lecha Wałęsy. Błysnąwszy intelektem mistrz zagmatwanej riposty wypowiedział następujące oto słowa: Ja miałem podobny problem z Rosją w latach 90., ale na prośbę USA, zatrzymałem się przed kolejnymi krokami [...] Po przyjeździe Madeleine Albright opadły mi ręce. Więcej na ten temat powiedzieć nie mogę [...] To były argumenty, które nie dawały mi żadnych szans, a ja jestem politykiem odpowiedzialnym. Z tym ostatnim, to lekka mitomania – „pomroczność jasną” to dla czyjej progenitury wymyślił Falandysz? Ale mniejsza z tym... Ciekawi mnie, jakiż to problem miał z Rosją w latach 90. światły noblistycznie prezydent Wałęsa? I to do tego stopnia, że interweniowały USA poprzez lady Albright? Czyżby też chciał zaatakować Osetię, w całości bądź na raty? A może – o bogowie! - samą matuszkę Rasiję? Ciekaw jestem szczegółów, i chyba nie tylko ja. Bo argumenty, po których „ręce opadły” prezydentowi Wałęsie mogę sobie wyobrazić – panowie Cenckiewicz i Gontarczyk napisali na ten temat nawet poważną publikację naukową.
ŹRÓDŁO: http://wiadomosci.onet.pl/1804720,11,item.html

Najbardziej paradoksalnym w tym wszystkim jest, że z wymienionej trójki największym szacunkiem darzę Władimira Putina. To, że jestem całkowicie przeciwny jego „polityce polskiej” (za którą gros odpowiedzialności ponoszą L. Wałęsa i A. Kwaśniewski swym postępowaniem), jego poczynaniom w Czeczenii czy obecnie – Gruzji, to jedna strona medalu. Z drugiej jednak widzę w nim (być może błędnie) wyrazistego polityka, stawiającego na pierwszym miejscu sprawy swojej ojczyzny, broniącego jej interesów i wizerunku wszelkimi sposobami, nawet wbrew tzw. „opinii międzynarodowej”. Miło by było, aby i nasi „politycy” mieli charakter. Jakikolwiek.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Tradycyjne patologie

Oszałamiającą karierę w polskiej debacie publicznej robi ostatnio zapomniane, zdawałoby się, pojęcie nepotyzmu. Karcony przez wszystkie autorytety nepotyzm, polegający na zatrudnianiu krewniaków, jako zjawisko nie jest pierwszej świeżości a i ma poważną konkurencję w postaci równie silnie zakorzenionej w polskim życiu publicznym tradycji protekcji. Oczywiście obok słów krytyki samego zjawiska pojawiają się również dywagacje poświęcone nie tyle genezie zjawiska, ile genezie dysputy na jego temat. Jednakże o tym, czy teoria Stanisława Michalkiewicza jakoby dysputa na temat nepotyzmu była reżyserowana przez razwiedkę i gestapo w celu wprowadzenia do koalicji rządzącej komunistycznej lewicy, czas pokaże.

Nader ciekawie wyglądają komentarze do istoty samego zjawiska nepotyzmu. Poczynając od słów Renaty Beger, że przecież dzieci polityków gdzieś muszą pracować, pojawiają się głosy, że takie nieetyczne postępowanie „elit” jest odbiciem powszechnego w społeczeństwie procederu. Oczywiście autorom tych debilnych wywodów umyka fakt, że czym innym jest prywatna firma, która może splajtować, a której szefostwo może trafić do pudła za długi, a czym innym państwowy urząd, gdzie koszty niekompetencji krewniaka czy znajomka „królika” ponosi całe społeczeństwo. Bo przecież o fachowców nikt pretensji mieć nie będzie. A tak przy okazji – ryba psuje się od głowy.

W świetle oszałamiającej kariery nepotyzmu warto przypomnieć inne, nieco zapomniane, pojęcie symonii, czyli sprzedaży urzędów. Pierwotnie wprawdzie symonia jako zjawisko odnosiła się do urzędów kościelnych, ale istnieją całkiem poważne przesłanki do rozszerzenia jej zakresu znaczeniowego. Oto następuje laicyzacja Kościoła, gdzie zwolennicy lustracji (również księży i książąt Kościoła) ustami arcybiskupa Życińskiego stają się bluźniercami przeciwko Chrystusowi, a tym samym – Bogu. Z drugiej strony mamy sakralizację państwa, gdzie „drogiego Bronisława” pochowano w Alei Zasłużonych na Powązkach w asyście aż dwóch arcybiskupów, jako „dobrego syna kościoła” i oczywiście „wybitnego Polaka”. O jarmułkach i wspólnych modłach, dominujących w polsko – izraelskich kontaktach wspominać nawet wstyd. Podobnie jak „cudzie” (wprawdzie tylko gospodarczym, ale nie od razu Kraków zbudowano) wpisanym do programu rządzącej PO. Dla porządku należy też odnotować laicką komisję kanonizacyjną Barbary Blidy, choć nie bardzo wiadomo, do której kategorii ją zakwalifikować – sakralizacji profanum czy profanacji sacrum. Może jakiś „Filozof” podpowie rozwiązanie?

Tylko czy postawienie tezy o sprzedaży urzędów państwowych nie będzie zdradą tajemnicy handlowej, tj. sorry – oczywiście państwowej? Nie, dopóki sprzedawca pozostanie anonimowy. Dla przypadkowego społeczeństwa.

sobota, 9 sierpnia 2008

Gruzja nie ptica

Szef szwedzkiej dyplomacji Carl Bildt zauważył, że rosyjskie tłumaczenia ataku na suwerenną Gruzję koniecznością obrony obywateli rosyjskich przypominają tłumaczenia Hitlera i Niemców w sprawie ataku na Europę Środkową. Postępując taktownie trochę się przy tym wygłupił, bo przytoczony argument użyty został przez propagandę III Rzeszy podczas aneksji Czechosłowacji i przy agresji na Polskę. Różnicy pomiędzy aneksją a agresją tłumaczyć chyba nie trzeba. Mało tego – w nocy z 16 na 17 września 1939 r. Wiaczesław Mołotow wezwał do siebie polskiego ambasadora w Moskwie i oznajmił mu, że konieczność obrony radzieckich interesów oraz rosyjskojęzycznych mniejszości stają się przyczyną wkroczenia Armii Czerwonej na tereny Polski.

Wychodzi więc, że argument „obrony” obywateli jako usprawiedliwienie agresji to stały chwyt polityków z Kremla. Przy czym warto pamiętać, jak w praktyce wygląda owa „obrona” - głód na Ukrainie w 1933 r., czystki etniczne i polityczne podczas całego okresu istnienia ZSRR, łagry, więzienia, Afganistan, Czeczenia... Zmiana sztandarów przez radzieckich komunistów na rosyjskich oligarchów wcale nie wpłynęła na zmianę metod – wystarczy przypomnieć „obronę” obywateli w moskiewskim Teatrze na Dubrowce czy w biesłańskiej szkole.

Reakcje polityków wskazują, że Gruzja została skazana a pertraktacje z Moskwą to jedynie negocjacje w sprawie ceny, za jaką okaże się, że Rosja w Gruzji działa zgodnie z prawem. Bo jakże inaczej można wyjaśnić deklaracje o niepodzielności terytorium Gruzji tych samych polityków (np. Georga Busha), którzy nie tak dawno temu byli orędownikami separatyzmu Kosowa, tj. pardon – niepodległości, choć naruszała ona w sposób ewidentny niepodzielność terytorium Serbii. Nie bez znaczenia są tutaj skojarzenia z sytuacją w Czeczenii, której sprawa zagadkowo nagle zniknęła z mediów i przestała, poza samymi Czeczenami i grupą zapaleńców, zajmować czyjąkolwiek uwagę, podobnie jak w przypadku Tybetu.

Gruzja i jej przyszłość stały się elementem przetargowym „możnych” tego świata, których nic nie obchodzi ilu Gruzinów zginie. Świadczy o tym z jednej strony atak rosyjskiego lotnictwa na rurociąg pompujący ropę do Europy Zachodniej z pominięciem Rosji, z drugiej – brak deklaracji niemieckich, wreszcie ograniczenie działań politycznych do apeli, rezolucji i tym podobnego kiwania palcem w bucie. O skuteczności takich rezolucji wymownie świadczą ofiary ludobójstwa od Bliskiego Wschodu po najbardziej odległe zakątki Afryki czy Azji.

Osobiście z całego serca współczuję Gruzinom, ale ich przyszłość postrzegam w czarnych barwach. Bardzo chciałbym się mylić, ale papierki wobec bomb z reguły mają mniejszą siłę rażenia. Brak konkretnych działań jest tutaj dość wymowny.

Niezależnie od wszystkiego należy też zadać sobie pytanie, jakie szanse na wsparcie ze strony tzw. społeczności międzynarodowej w wypadku rosyjskiej agresji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica) ma RP, która wszak nie eksportuje ropy do Francji czy Niemiec.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Klasykowi klasykiem

Klasyk rzekł był kiedyś, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Przyłożywszy maksymę do życiorysu złotoustego autora wychodzi, że skończony w samoobronie mężczyzna, wyeksploatowawszy się jako pamflecista, kończy jako historyk. Tą właśnie dziedziną życia raczył ostatnio zająć się Leszek Miller. Nie bardzo wprawdzie wiadomo, co z tymi co od historii zaczynają, ale mniejsza z tym.

Oto były tow. Miller zajął się rozliczaniem Powstania Warszawskiego, czego powodem mogło być, iż wywodząca się z PPR – u lewica, nawet przy najszczerszych chęciach, czynów patriotycznych w swej przeszłości nie ma. Zdrady, fałszu, czystek etnicznych i politycznych, mordów – owszem, pod dostatkiem, ale tym w Polsce jeszcze nie ma się co chwalić.

Taktownie przemilczawszy co najmniej dwuznaczną postawę Armii Czerwonej wobec dokonywanej przez Niemców rzezi Warszawy, odmowę korzystania samolotom RAF – u z lotnisk Armii Czerwonej, wreszcie późniejszego postępowania przedstawicieli jedynie słusznej, postępowej ideologii komunistycznej wobec powstańców, L. Miller argumentuje w sposób urokliwie żałosny. Wprawdzie świętej pamięci S. Kisielewski słusznie twierdził, że dyskutując z głupotą nadaje się jej znaczenie, ale po pierwsze nie toleruję zakłamania pod żadną postacią, a po drugie dlaczego mam się nie śmiać z tego, co mnie śmieszy?

Zasadniczo historiozofia (filozofia dziejów) Powstania Warszawskiego w ujęciu L. Millera sprowadza się do dwóch tez: niejednomyślność decyzji o wybuchu powstania głównym zarzutem oraz postrzeganie Powstania jako największej polskiej tragedii po 1939 r. Zastanówmy się nad tym.

Decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego nie była podjęta jednomyślnie, mało tego – wbrew woli większości. Jest to o tyle zrozumiałe, że mowa jest o akcji militarnej, a jak wiadomo wojsko z demokracją mało ma wspólnego. Dla kontrastu warto przypomnieć, że decyzja o wysłaniu 12 – 13 X 1943 r. do walki pod Lenino równie niedozbrojonej i wygłodniałej jak powstańcy Warszawy dywizji kościuszkowców podjęta była jednomyślnie (z braku alternatywy), akcja kościuszkowców również nie osiągnęła założonych celów i również przyniosła ogromne straty. Oczywiście obiektywny L. Miller na pewno popisze się erudycją w październiku.
Warto też zastanowić się, czy rzeczywiście zasada jednomyślności zawsze będzie dla osób pokroju L. Millera elementarnym kryterium wartościującym. W czasach PZPR – owskiej młodości naszego kończącego historyka wszystkie decyzje podejmowane były jednomyślnie, czyli słusznie. Skoro niejednomyślność decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego urasta do rangi głównego zarzutu, to ja przypominam, że decyzja o wejściu Polski do WE również nie była jednomyślna (kto wtedy był premierem, robaczku?), a i traktat lizboński, jeżeli zostanie przyjęty, zasadzie jednomyślności urąga. Ale tu już niejednomyślność jest słuszna i ważna, prawda? Takie postępowanie nazywa się, ku pamięci innego klasyka, mentalnością Kalego.

Kwestia druga – Powstanie Warszawskie było największą polską tragedią po 1939 r. Przepraszam, że pytam, ale według jakich kryteriów wartościujących? Dla przypomnienia: Katyń, Starobielsk, Ostaszków, eksterminacja polskich środowisk akademickich, eksterminacja polskiej ludności Kresów Wschodnich 1939 – 1941, deportacje polskiej ludności zarówno na Kresach Wschodnich jak i terenach wcielonych do III Rzeszy Niemieckiej, rzeź wołyńska dokonana przez UPA... Chyba na razie wystarczy. Inna sprawa, że obserwując debatę publiczną o polskiej przeszłości dochodzę do wniosku, że największą polską tragedią była dokonana przez Niemców eksterminacja Żydów oraz kolejne ich emigracje po wojnie. Czyli z L. Millera wychodzi organiczny antysemityzm... Dobrze, że komunista nie może być Żydem, ani Polakiem. Premierem, niestety, tak.

Podsumowując posłużę się słowami cytowanego wcześniej klasyka, H. Sienkiewicza: Kończ waść, wstydu oszczędź. Sobie.

niedziela, 3 sierpnia 2008

Herezje, mutacje i mutanci

Wprawdzie czytając „Gazetę Wyborczą . pl” (jak donosi logo) obiektywnego obrazu rzeczywistości się nie znajdzie, ale oddzielając nachalną propagandę od informacji można czegoś się dowiedzieć. Tym wszystkim, którzy nadal wierzą w niepodległość suwerennej RP wypada polecić tekst z pierwszej strony wydania z dn. 1. sierpnia 2008 r. o znamiennym tytule Genetyczna blokada. Czy tekst poświęcony obecności na polskim rynku żywności modyfikowanej genetycznie i projektowi regulującej ją ustawy może wnosić jakieś znaczące informacje do stanu wiedzy o suwerenności RP? Może. Oto w suchej relacji na ww. temat pojawia się wypowiedź prof. Tomasza Twardowskiego, biologa molekularnego w Instytucie Chemii Bioorganicznej PAN, który mówi co następuje: Rząd popełnia błąd poprzedników i nie przedstawia żadnych dowodów naukowych, które by uzasadniały tak restrykcyjne podejście, bardziej restrykcyjne niż prawo unijne. Sądzę, że Komisja Europejska odrzuci tę ustawę.
Jakże to tak? Wszak prawa RP stanowi niezawisły dwuizbowy parlament, jest rząd i prezydent, a reszty broni Trybunał Konstytucyjny, jak zapisano w obowiązującej konstytucji. Jest tam jeszcze zapis o społecznej inicjatywie ustawodawczej, ale to jako ciekawostka. Ważne jest, że żadna Komisja Europejska wymieniona nie została, a wychodzi na to, że decyduje jakie właściwie prawa w RP są uchwalane.

Warto też zwrócić uwagę na inne kwestie, pojawiające się w tekście o GMO. Oto projekt ustawy [o GMO], który widziała „Gazeta” [ciekawe czym?], ma być oficjalnie ujawniony w poniedziałek [wydanie z piątku]. Od razu widać, gdzie źródełko „mądrości” politycznej bije, choć złośliwcy twierdzą, że to jeno szambo wybija.

Pojawia się też, zapewne mimowolna, informacja o stanie zakłamania gumna, tj. pardon - „salonu”. Publicysta Jacek Żakowski goszcząc na Przystanku Woodstock zeznawał w taki oto sposób na temat błędów polskiej „transformacji” ustrojowej: Uwierzyliśmy w neoliberalizm. Górę wzięły radykalne programy prawicy. Sprywatyzujmy wszystko, bo prywatne jest lepsze. Mam żal do elit, że w porę nie dostrzegły rozwarstwienia społecznego. Po reformie Balcerowicza kilka milionów ludzi zostało bez środków do życia. Populiści to wykorzystali. („Politycznie i rockowo”)
A cóż to za herezje? Reformy Balcerowicza były dobre, tylko okradzeni ludzie się wkurzyli i nie darzą zaufaniem pogrobowców PZPR? A może były do kitu i dlatego ludzie stracili wszystko? Co u licha z tym „neoliberalizmem”? Kto promował „liberałów” z PO, a wcześniej reformy Balcerowicza jako jedyne wyjście? Wyborcza, Polityka, Michnik, Żakowski... Które elity nie dostrzegły rozwarstwienia społecznego przed rządami PiS – u? Kwaśniewski, Wałęsa, Miller, Buzek, Belka...

Nie pastwiąc się dłużej nad nieudolnym podsrywaniem Michnika, Balcerowicza, Kwaśniewskiego i innych w wydaniu Jacka Żakowskiego przypominam, że socjalne androny, pracę dla wszystkich i całą tę walkę z bezrobociem w swych programach (czyt.: ofertach) politycznych i wyborczych mają wszystkie partie, zwłaszcza lewica, gdyż jest to sensem jej istnienia. Więc kto tu jest populistą?

piątek, 1 sierpnia 2008

Nim wybije Godzina „W”

Apel prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz – Waltz do mieszkańców stolicy, aby 1. sierpnia o godzinie 17. zatrzymać się na moment i oddać cześć Powstaniu Warszawskiemu oraz jego uczestnikom, w sposób upokarzający pokazuje jak niewiele, na ogół, obecni „warszawiacy” mają wspólnego z Warszawą. Mało tego – jest przykrym dowodem na zwycięstwo treści internacjonalistycznych (komunistycznych czy europejskich) nad patriotycznymi. Dowodem upadku polskiego ducha obywatelskiego i degeneracji systemu edukacji, wyrażającymi się w nieznajomości historii Polski przez jej obywateli. To, o co do mieszkańców miasta apeluje prezydent Warszawy, przez lata było ich spontanicznym gestem. Gestem szacunku, pamięci, ale też wyzywaniem rzucanym komunistycznym okupantom – pamiętamy o prawdzie, pamiętamy o przeszłości, pamiętamy o akcji „Burza”, o waszej współpracy z Hitlerem, o polskich ofiarach tejże współpracy, o waszych zbrodniach. A dzisiaj prezydent miasta apeluje do mieszkańców o pamięć i szacunek – cóż, takie czasy.

Zapewne pojawią się, jak w przypadku niedawnej rocznicy rzezi wołyńskiej, głosy krytykujące wspominanie klęski Powstania Warszawskiego i samo powstanie w ogóle. Nie będą one niczym nowym wpisując się w szereg głosów dyletantów mylących kontrowersje wokół oceny Powstania Warszawskiego, czy szerzej – wydarzeń historycznych – z pamięcią o prawdzie historycznej. Jednakże w obliczu kłamliwych oskarżeń o współudział w dokonanym przez Niemców ludobójstwie podczas drugiej wojny światowej, w obliczu wysuwanych roszczeń odszkodowawczych ze strony potomków leutnantów Wehrmachtu czy sturmmführerów SS, kłamstw o „polskich obozach zagłady” i myleniu Powstania Warszawskiego z powstaniem w getcie warszawskim, prawda i pamięć o Powstaniu Warszawskim nabierają ogromnego znaczenia, porównywalnego ze znaczeniem z czasów komunistycznej propagandy fałszującej historię Polski. Przypominając bestialstwo niemieckie wobec powstańców i ludności cywilnej Warszawy, barbarzyństwo niemieckie wobec pokonanego miasta i wymowną bierność radziecką wobec tych wydarzeń, nie „świętujemy” klęski, lecz oddajemy cześć bohaterstwu rodaków walczących o wolną Polskę. Przypominamy o uczestnikach akcji „Burza”, którzy za walki o wyzwolenie Wilna, Lwowa i Kresów Wschodnich stawali przed plutonami egzekucyjnymi NKWD, bądź byli wywożeni do łagrów. Nie dajemy wreszcie ulec zapomnieniu, zafałszowaniu, tragicznych losów żołnierzy Polski Podziemnej bezwzględnie niszczonych w „wolnej” PRL. I przypominamy o losach tych wszystkich, którzy nie uważali komunizmu za jedynie słuszny system.

Powstanie Warszawskie, podobnie jak XIX – wieczne powstania listopadowe czy styczniowe, budzi kontrowersje. Oceny kolejnych zrywów narodowych, tak jak oceny samej tradycji powstańczej, są różne i w historiografii polskiej spotkać można cały ich wachlarz – od całkowitej dyskredytacji po całkowitą laudację. Pojawiają się głosy, że niezależnie od tego, czy powstanie wybuchło, czy nie, i tak było by źle, a Stalin i tak... Nie wiemy, co by było gdyby, i nigdy się tego nie dowiemy z różnych powodów (np. nie znamy planów radzieckich wobec Polski sprzed 1 sierpnia 1944). Jednakże istnienie takich kontrowersji jest całkowicie zrozumiałe, więcej – potrzebne, gdyż to właśnie one są bodźcami badań nad przeszłością.

Historia to nie tylko nazwiska królów i wygranych batalii. Historia to również klęski i ofiary. Przechowując pamięć o klęskach i ofiarach, przechowujemy często pamięć o zbrodniarzach. W tym przypadku przechowujemy również pamięć o czymś znacznie ważniejszym – o patriotyzmie i poświęceniu dla idei wolności ojczyzny, którego nie musimy się wstydzić, w odróżnieniu od wielu innych nacji. Póki będziemy o tym pamiętać, póki będziemy okazywać szacunek właśnie takim postawom – Polska pozostanie Polską. Jest to istotne tym bardziej, że przechowywanie pamięci o losach państwa i narodu, o zwycięstwach i klęskach, bohaterach, zbrodniarzach i zdrajcach, jest elementem tzw. polityki historycznej państwa, której jak dotąd niepodległa RP nie uprawiała, bądź też uprawiała w sposób urągający historii Polski i inteligencji w ogóle.