wtorek, 29 lipca 2008

Kudrycka, Hall – d... łomens politik

Amerykanie bystrzy są i odkryli właśnie, że emisja filmów anglojęzycznych bez lektora a tylko z napisami (a nawet bez napisów) jest jedną z najlepszych metod uczenia języka angielskiego. Tym zapewne można wyjaśnić powszechną znajomość angielskiego i jego pochodnych na terenach USA, Kanady, Australii czy Wielkiej Brytanii, choć niejasna pozostaje kwestia jak z upowszechnianiem angielskiego radzono sobie w erze przed odkryciem telewizji, ale to już szczegół.
Tubylcze elity RP ludowej w swych aspiracjach międzynarodowych i z braku własnych inicjatyw (kto może wymienić jakieś sensowne pomysły minister edukacji Katarzyny Hall i minister nauki Barbary Kudryckiej?) amerykańską ideę kupiły i kaptują adherentów dla wcielenia go w życie na powierzonym sobie terenie. Jeśli pójdą za ciosem, to trzeba się spodziewać zamiast poezji Mickiewicza, Słowackiego, Norwida czy Baczyńskiego w podręcznikach literatury tekstów raperów i hiphopowców. Można by ewentualnie spróbować z Szekspirem czy Byronem, ale przecież minister też człowiek i coś rozumieć z podręcznika musi, więc stek anglojęzycznych bluzgów wystarczy do zaspokojenia potrzeb intelektualnych elit.
A ileż pracy nad wprowadzeniem w życie pomysłu szanownych pań będą miały Sejm, Senat, rząd, Trybunał Konstytucyjny! A to trzeba będzie zmienić zapisy ciągle jeszcze obowiązującej konstytucji dotyczące urzędowego języka polskiego. A to zaskarżyć do TK i zmienić ustawę o ochronie języka ojczystego (dla większości społeczeństwa jest to polski) czy kulturotwórczej roli mediów publicznych. Te debaty i rozterki na gorąco transmitowane w mediach! Aż powtórzę za Clintonem: Gospodarka, sucker's!
Kłody pod nogi jak zwykle będą rzucać emeryci, którzy dzięki honorowemu dotrzymaniu słowa przez naszych anglojęzycznych sojuszników od 1945 r. musieli uczyć się języka rosyjskiego. Niektórzy mogą też podnosić kwestię swobody wyboru języka w jakim oglądają telewizję. Może się też np. okazać, że chcąc oglądać telewizję po angielsku wystarczy włączyć jakiś anglojęzyczny kanał, gdzie nikt nie wychwala prowincjonalnych dyletantów, których w polskiej polityce nie brak.
A tu jeszcze hiszpański, rosyjski, niemiecki, francuski, włoski, rumuński, szwedzki, norweski, fiński, waloński, flamandzki, grecki, węgierski, suahili, farsi, japoński, mongolski, koptyjski... Przecież nie można dyskryminować innych języków czy dorobku filmowego innych narodów. Jest też problem wtórnego analfabetyzmu objawiającego się między innymi brakiem zrozumienia czytanego tekstu. A Lech Wałęsa ze swymi uzdolnieniami językowymi...
Można by sprawę upowszechniania języka angielskiego na ziemiach polskich załatwić ekspresowo wypowiadając wojnę USA, a już Amerykanie i języka nauczą, i gospodarkę naprawią, KRUS będzie syty, ZUS cały i elity nowe...
No, ale to by było pójście na łatwiznę, a i pewno nasza elita nie jest skłonna do takowego poświęcenia dla ojczyzny. Nie pozostaje więc nic innego, jak obu paniom minister życzyć powodzenia zgodnie z wzorcami wyniesionymi z amerykańskich filmów emitowanych w polskich telewizjach: Fuck!
ŹRÓDŁO: http://wiadomosci.onet.pl/1796277,11,1,1,item.html

sobota, 26 lipca 2008

Demokracja ludowej sprawiedliwości społecznej

Poziom populizmu „polskich polityków” jest najdokładniejszym odwzorowaniem stopnia zakorzenienia ideologii komunistycznej w świadomości społecznej. Składanie niespełnianych obietnic, koncentrowanie całego wysiłku na walce z innymi koteriami (w poprawnej politycznie nowomowie nazywanymi partiami) i nabijanie kieszeni kosztem państwa, a więc podatników, są dziedzicznymi grzechami „polskiej klasy politycznej” i najtrwalszą spuścizną PRL. Również osławiony pluralizm polityczny w starciu z rzeczywistością okazuje się kolejnym mitem, gdyż de facto wszystkie koterie polskiego gumna politycznego obiecują dokładnie to samo.
Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że nie mając najmniejszych predyspozycji do rządzenia ambitne beztalencia w garniturach kurczowo trzymają się koryta. Większość „polityków” na polskim gumnie przewija się od przeszło dwudziestu lat a ich ciągła obecność i jej skutki wskazują na całkowite zatracenie instynktu samozachowawczego zarówno przez polityków jak i wyborców. Przecież jeszcze trochę, i już nie będzie kogo okradać w imię zapisanej w konstytucji RP komunistycznej zasady „sprawiedliwości społecznej”.
Ponieważ karierowiczom politycznym, których pełno w administracji publicznej, zbywa na wszystkim poza ambicją i bezczelnością, kaptują adherentów w jedyny możliwy przy ich całkowitym beztalenciu sposób – rozdawnictwem pieniędzy publicznych. Bo można szczerze współczuć powodzianom czy pogorzelcom i innym „poszkodowanym”, ale nie można zmuszać całego społeczeństwa do restytucji finansowej strat, jakie ponieśli niektórzy spośród nich! Od tego są ubezpieczenia dostępne dla wszystkich i na każdą okazję. Jeżeli wiatr przewróci drzewo na mój samochód, to czy mam się domagać od społeczeństwa żeby za pośrednictwem rządu kupiło mi nowy? Jasnym jest, że jeśli nie był ubezpieczony, to nie dostanę żadnego odszkodowania, o nowym aucie nie wspominając. Ale to moja suwerenna decyzja i moje ryzyko, czy go ubezpieczyłem czy nie. Analogicznie jest z powodzianami czy pogorzelcami – dokonali wyboru, muszą ponieść konsekwencje! Nawiasem mówiąc, jeżeli na coś płacę, to mam chyba prawo korzystać z tego bez dodatkowych opłat czy zezwoleń, co finansuję. Co na to powodzianie, pogorzelcy i inni „poszkodowani”?
Jako jedyny premier Włodzimierz Cimoszewicz miał odwagę powiedzieć, że odszkodowania dostaną ci, którzy się ubezpieczyli. I choć W. Cimoszewicz jako polityk jest mi obcy ideowo – za tą wypowiedź go szanuję.
Kupowanie popularności za pieniądze podatników weszło do kanonu chwytów politycznych XXI wieku. Władze oczywiście nie uchwalą prawa o obowiązkowym ubezpieczeniu nieruchomości, upraw itd., bo jest to ingerencja w prawo własności. Ale te same władze zakazują jazdy samochodem bez ważnego, obowiązkowego ubezpieczenia OC, co też jest ingerencją w prawo własności (ogranicza możliwości wykonywania prawa własności). Mało tego – za brak OC przewidziane są represje czyli tzw. sankcje prawne. Te same władze ingerują również w prawo własności nakazując całej rzeszy podatników finansowanie życia całkowicie obcych im ludzi. Ludzi, którzy przecież mogą wykupić ubezpieczenie, ale nie robią tego bo wiedzą, że władza chętnie się pokaże przed kamerami i wręczy pieniądze zabrane innym grupom społecznym.
W ogóle to trzeba zauważyć, że władza chętnie dzieli pieniądze podatników już to wypłacając odszkodowania cwaniakom, którym się nie chce ubezpieczyć, czy też uprzywilejowując jakieś grupy społeczne. A przecież każdy ma prawo wyboru, również tego, czy, komu i jak pomaga.
Cały ten cyrk z pomocą i odszkodowaniami odbywa się w pełnym zrozumienia i podziwu blasku mediów, których pracownicy widać są zbyt głupi, by zrozumieć, że „piękny gest premiera” jest gestem, który to oni, jako podatnicy, będą finansować.
Dlatego mam taką propozycję, żeby Donald, Lech, Jarosław, Leszek, Aleksander, Kazimierz i inni „przywódcy” odszkodowania przywileje, „piękne gesty” i swoje błyszczenie w mediach zechcieli finansować z własnej, nie mojej kieszeni. Okażcie swoją hojność!

piątek, 25 lipca 2008

O apelu mężczyzny, który już skończył

24 lipca na blogu Leszka Millera ukazał się tekst Nie jest jeszcze za późno, poświęcony stanowisku SLD wobec prezydenckiego weta ws. nowelizacji ustawy medialnej. Najciekawsze jednak jest nie to, co Leszek Miller pisze o wspomnianym stanowisku, projekcie PO czy wreszcie rejtanowskie rozdzieranie szat w formie apelu, ile to, co L. Miller mówi o sobie.
Przede wszystkim L. Miller taktownie nie zauważył, że żyjemy w kraju, gdzie prawie wszystkie media atakują część opozycji. Dotyczy to w całej rozciągłości telewizji publicznej, która pluje na PiS trochę mniej od czasu, gdy PO ogłosiła chęć odcięcia TVP od źródełka żywej wody finansowej, czyli likwidacji abonamentu RTV. Nawiasem mówiąc, postępowanie mediów wobec opozycji jest analogiczne jak w okresie PRL – u. Co nie oznacza, że opozycja zawsze jest niewinna jako te lilije.
Warto też przypomnieć, że nie tylko PiS czy PO rządziły publiczną TVP – lewica też, i pytanie, czy z lepszym skutkiem?
Twierdzenie o dominacji PiS w mediach publicznych potraktować można w kategoriach angielskiego dowcipu – pełna sarkazmu abstrakcja. Inaczej trzeba by chyba pójść w ślady posłów Palikota i Niesiołowskiego i postawić pytanie o stopień zaawansowania paranoi.
Dalej jest jeszcze lepiej, pozwolę sobie zacytować fragment tekstu sygnowanego przez L. Millera:
Lewica musi być w opozycji zarówno do PO, jak i PiS – u, ale Prawo i Sprawiedliwość to współczesna wersja narodowego socjalizmu. Z jego niechęcią do liberalizmu i aprobatą nacjonalizmu. Mieszaniną demagogii socjalnej i etatyzmu gospodarczego [...] Hasło z lat 30-tych „nie interesuje mnie prawo, interesuje mnie sprawiedliwość” jak ulał pasuje do dzisiejszych wyznawców braci Kaczyńskich.
ŹRÓDŁO: http://leszek-miller.blog.onet.pl/2,ID331690223,index.html
Piękne, czyż nie? Leninowskie tezy organizacyjnej roli prasy oraz nieustającej walki światowego proletariatu jak widać zostały niektórym solidnie wbite rózgą do rzyci i podobnie jak Lenin – wiecznie żywe są. Mamy też najtreściwszy opis polityki społeczno – gospodarczej komunistów PZPR prowadzonej przez przeszło czterdzieści lat – niechęć do liberalizmu, demagogia socjalna i etatyzm gospodarczy. Warto też przypomnieć, że Leszek Miller, zanim jeszcze został zwolennikiem liberalizm gospodarczego i społecznego czynnie działał w komunistycznej PZPR, wspomnianej wcześniej. To tak a propos demagogii ogólnie. Zastanawia też niechęć byłego członka PZPR do narodowego socjalizmu – pomiędzy 17 IX 1939 a 22 VI 1941 Polacy przeszli praktyczną lekcję „wrogości” komunizmu wobec narodowego socjalizmu. A i po 22 lipca 1944 komuniści tępili polskich kolaborantów narodowego socjalizmu, zwłaszcza wśród AK i „reakcyjnego podziemia”.
Co do przytoczonego przez Leszka Millera hasła, też mam, nawet dwa, również z lat 30. „Nieważne kto i jak głosuje. Ważne, kto liczy głosy”. „Kadry decydują o wszystkim”. Przez cały PRL przyświecały praktykom lewicy. Autorem obu haseł jest wybitny przedstawiciel socjalistycznego proletariatu i lewicy w ogóle – Józef Wissarionowicz Stalin.
W jednym jednak muszę się całkowicie zgodzić z Leszkiem Millerem. Narodowy socjalizm winien być bezwzględnie tępiony. Podobnie jak inne socjalistyczno – lewackie aberracje i zwykłe złodziejstwo.

środa, 23 lipca 2008

Donkiszoteria wypaczonych błędów


Walczący z bezrobociem najchętniej zwiększają nakłady na walkę z bezrobociem oraz pomoc finansową dla bezrobotnych, które są finansowane z podatków płaconych przez pracujących. Walczący o prawdę historyczną dokonanego przez Polaków mordu w Jedwabnem walczą o dobre imię Lecha Wałęsy, któremu jako postaci bez wątpienia historycznej należy się prawda o jego walce z bezpieką, podobnie jak społeczeństwu prawda o przywódcach. Dlatego przeciwnicy lustracji prą do rozliczenia okresu sprawowania urzędu przez ministra Zbigniewa Ziobrę oburzając się na postulaty wyjaśnień ginących dokumentów i podejrzeń nadużyć władzy prezydentury Lecha Wałęsy. W walce o moralność w polityce aresztowania ministrów rządu Jarosława Kaczyńskiego są aktami słusznymi zaś przesłuchanie Barbary Blidy czy aresztowanie Aleksandry Jakubowskiej (Matko Boska! Z nieba leci Jakubowska!) są zamachem na podstawy prawno – ustrojowe RP. Zwalczanie przestępczości prowadzone jest poprzez likwidację etatów w policji, żeby policjanci więcej zarabiali. W podobny sposób prowadzona jest walka o poprawę sytuacji resortów edukacji czy zdrowia. Miast wybudować obiecane autostrady i drogi ekspresowe w ramach walki o poprawę stanu dróg i bzpieczeństwo na drogach stawiane są coraz to nowe fotoradary. W walce o tolerancję dla mniejszości piętnowaniu podlegają poglądy większości. A wszystko to w blasku fleszy, szumie kamer i lesie mikrofonów.
Don Kichot rozbijając łeb o kolejny wiatrak miał wizję (co prawda zalatującą narkotykami) ale też miał cel – walka z potworami o sławę i rękę ukochanej. W opisanych powyżej przypadkach najwyraźniej walka jest prowadzona wyłącznie dla samej walki, co włącznie ze sposobami jej prowadzenia zakrawa na ciężką chorobę psychiczną orędowników i uczestników wszystkich zakwalifikowanych drużyn.

wtorek, 22 lipca 2008

poniedziałek, 21 lipca 2008

Elitarna alienacja

Gdyby komukolwiek przyszło do głowy spisanie list apologetów i krytyków Bronisława Geremka i np. obrońców i krytyków Lecha Wałęsy zobaczyłby z pewnością jak zbieżne są te listy, gdzie apologeci Geremka nader często są obrońcami „dobrego imienia” Wałęsy i na odwrót. Tworzenie dalszych list tego typu, dotyczących ikon nowej mentalności społecznej (np. Barbary Blidy, Alicji Tysiąc, Anety Krawczyk) bądź „jedynie słusznych” idei (Unii Europejskiej, małżeństw homoseksualnych czy bezstresowego wychowania) potwierdziłoby trafność powyższego spostrzeżenia. Szczególnie w odniesieniu do „elit” i mediów. Znamiennym zarazem jest, że „apologeci” zamienią się miejscami z „krytykami” w przypadku tworzenia takowych list dla Jana Pawła II czy też idei lustracji.
W zasadzie nie ma w tym nic dziwnego – pluralizm dopuszcza różnorodność poglądów i powstawanie przeciwnych ideologicznie nurtów intelektualnych, którym bezdyskusyjnie należą się: obiektywna ocena, merytoryczna polemika i szacunek. Z żalem trzeba w tym miejscu zauważyć, że nasze „elity” polityczne włącznie z mediami (tzw. czwarta władza) do tego jeszcze nie dorosły.
Ów jednoznaczny obraz poglądów i postaw będących społecznie „trendy” bądź „passe”, tworzony przez przodowników wychowania politycznego (w nowomowie: politycznej poprawności), ma potężną skazę – internet. Pełni on obecnie rolę światowego forum wolnej opinii skutecznie podważając prymat organizatorskiej roli prasy i powstałe w jego wyniku sielskie bagienko. Wystarczy przejrzeć wpisy na oficjalnych forach, o opiniach zamieszczanych na stronach autorskich czy blogach nie wspominając. Politycy i media swoje, a społeczeństwo swoje, co świadczy o nieumarłym instynkcie samozachowawczym, jak również o całkowitej alienacji społecznej elit (czy to są w tej sytuacji nadal elity?). Doskonałym przykładem jest „sukces” Aleksandra Kwaśniewskiego, który najpierw złożył gratulacje Janukowyczowi (szybszy był od Putina), a po protestach kijowskiego „majdanu” i polskiej „ulicy” zdecydował się wystąpić w roli opatrznościowego mediatora. Media i politycy mu tego nie przypomną – internauci owszem.
Należy sądzić, że podobnie ma się sytuacja w innych krajach Europy. Tłumaczyłoby to dążenia polityków europejskich do wprowadzenia cenzury w internecie, gdyż w ten sposób można tłumaczyć prace nad kuriozalną ustawą określającą legalność wykorzystywanego przez internautów oprogramowania (np. Firefox'a). Jakoś dziwnie jestem przekonany, że to wstęp do wprowadzenia całkowitej cenzury poglądów, a hagiografowie A. Tysiąc, B. Blidy, A. Krawczyk, L. Wałęsy i B. Geremka będą nam tłumaczyć, że to słuszne, dobre, twórcze, odkrywcze i w ogóle – dla naszego dobra. Nie oni pierwsi, nie ostatni ...

czwartek, 17 lipca 2008

Jak Hans z Iwanem kradli na rachunek Winnetou

Komisja spraw zagranicznych Izby Reprezentantów USA przegłosowała rezolucję w której wzywa Polskę do natychmiastowego zadośćuczynienia (czyt.: zwrotu mienia bądź wypłaty odszkodowań) osobom, których mienie zostało skonfiskowane przez Trzecią Rzeszę Niemiecką i reżim komunistyczny. Autorem tegoż kuriozalnego pomysłu jest „demokrata” z Florydy, Robert Wexler, a pod dokumentem podpisało się 30 kongresmenów z obu partii.
Nie wiem, co zrobią „nasze” (za)drogie „elity polityczne”, ale jestem pewien, czego nie zrobią. Nie zlecą napisania anglojęzycznej Historii Polski po 1939 r. dla „opornych”, w której zostało by wyjaśnione kto zakładał w Polsce obozy koncentracyjne, kto mordował Polaków i zamieszkujące RP mniejszości etniczne, kto rabował przy okazji wszystko co się dało, kto i jakich powojennych zamian terytorialnych dokonał itd., aż po eksplikację chtonicznego charakteru ustroju komunistycznego i genezy jego napływu do Polski czy wyjaśnienie istoty własności i zasad „demokracji” w ustroju komunistycznym. Takowe książeczki mogłyby zostać wysłane ze stosownymi dedykacjami dla szanownych kongresmenów z R. Wexlerem na czele.
Mało tego – my też mamy parlament (i to dwuizbowy!), który mógłby np. uchwalić rezolucję wzywającą USA do natychmiastowego zwrotu ziemi rdzennym Amerykanom, do czego kolejne rządy USA zobowiązywały się w traktatach i umowach, oraz wypłacenia odszkodowań za opóźnienie. Albo wyjaśnienia wszelkich okoliczności niejasnej śmierci gen. dyw. Bolesława Wieniawy – Długoszowskiego 1. lipca 1942 r. w Nowym Jorku. Przydała też by się prośba o wyjaśnienie, jak właściwie Polacy mogą zwrócić mienie zagrabione przez okupantów? I dlaczego Polska (i to dopiero teraz, skoro w Jałcie Roosevelt a w Poczdamie Truman jej nie zlikwidowali) ma płacić odszkodowania za rabunki dokonane na jej terytorium przez okupantów?
Oczywiście takie postępowanie, jako bodajże jedyne logiczne w świetle faktów historycznych, jest uwarunkowane przez dwie zasadnicze okoliczności – po pierwsze niezawisłość władz polskich, po drugie – rezolucję kongresmenów USA (nie pierwszą antypolską – polskie obozy koncentracyjne, Polska jako najważniejszy sojusznik Hitlera) potraktować trzeba by jako przejaw głupoty bądź nieuctwa. Tyle, że zaistnienie którejkolwiek z tych okoliczności nie wydaje się zbyt realne.
O atrofii stosunków polsko – amerykańskich na rzecz integracji europejskiej napisano już wiele. Warto jednak zwrócić uwagę, ze rezolucja została podjęta akurat w czasie, gdy ważą się losy amerykańskiej „Tarczy” w Europie Środkowej. Jest to tym bardziej zaskakujące, że owa rezolucja dotyczy też Litwy, wskazywanej jako alternatywa dla Polski na umiejscowienie wyrzutni rakiet. Wreszcie sprzeciw wobec budowy „Tarczy” ze strony Niemiec i Rosji, budujących przy sprzeciwie Polski i części państw bałtyckich gazociąg przyjaźni Ribbentrop – Mołotow.
Kolejną niepokojącą okolicznością są niedawne zapowiedzi premiera Tuska w sprawie wypłaty odszkodowań za mienie utracone podczas drugiej wojny światowej (a kto pokryje dotychczasowe koszty utrzymania mienia?). Istotne jest też pytanie o zakres terytorialny – czy odszkodowania i zwrot mienia dotyczyć mają obecnego terytorium Polski, czy też stanu z 31. sierpnia 1939 r.?
Rzecz jasna rezolucja ta znacznie utrudni dalsze stosunki Polski z USA, zwłaszcza w kontekście ruchu bezwizowego itp. Inna sprawa jednak, że sposób i ton rozpowszechnianych wieści na jej temat wzbudzają niechęć wobec władz USA.
Dlatego powstają pytania komu i do czego właściwie jest ta rezolucja potrzebna? Proponuję sobie przypomnieć kto i w czyim imieniu powiedział, że jeśli Polska nie uzna roszczeń odszkodowawczych, to zostanie „płacząca i wierzgająca zaciągnięta do sądu w stanach”. Jakoś nikt temu towarzyszowi nie zwrócił uwagi, że terytorium RP jurysdykcji amerykańskiej nie podlega.

środa, 16 lipca 2008

Legalne ludobójstwo?

Janusz Korwin – Mikke w swym blogu tak oto napisał o ludobójstwie Polaków na Kresach Wschodnich RP w latach 40. dokonanym przez oddziały UPA:
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID329931740,index.html
W normalnym kraju zmarłych wspominają ich rodziny – a nie „państwo” (...) Ci, co prą do „świętowania” tych rzezi robią to też z powodów politycznych! (...) A w ogóle państwo polskie powinno obchodzić wyłącznie rocznice legalnych, wypowiedzianych i ZWYCIĘSKICH bitew i wojen.
Agresje niemiecka i radziecka we wrześniu 1939 r. legalnymi (a jaka wojna jest, do cholery!?) ani wypowiedzianymi nie były. Niezależnie od tego w ich wyniku ginęli obywatele polscy. „Nielegalnie” w „nielegalnej” i „niewypowiedzianej” wojnie ginęli w Katyniu, Starobielsku, Oświęcimiu, Brzezince, Powstaniu Warszawskim. Ginęli również w wyniku akcji podjętej przez oddziały UPA, podobnie „bezprawnie”. Ale prawomocność czy jej brak w niczym nie zmienia faktu mordów dokonywanych na obywatelach polskich. A państwo polskie, zarówno II RP, PRL jak i III RP (spadkobierczyni II RP) zobowiązało się bronić swych obywateli i wspierać ich w walce o sprawiedliwość na arenie międzynarodowej, ścigając sprawców przestępstw bądź domagając się chociaż ich wskazania, zwłaszcza w przypadku ludobójstwa, które nie ulega przedawnieniu. Za co, i na co, między innymi pobiera podatki, których p. Janusz Korwin – Mikke ewidentnie płacić nie lubi, o czym sam wielokrotnie pisał. Czyżby lubił gdy są one marnotrawione?
Poza tym, czy święte przestrzeganie zobowiązań propagowane przez Janusza Korwina – Mikkego dotyczyć ma wyłącznie ubeckich przywilejów emerytalnych, i to mimo że zobowiązania te zostały podjęte przez okupantów na rzecz kolaborantów? Czy samo domaganie się prawdy i wykonywania elementarnych zobowiązań państwa wobec obywateli jest hańbiące, czy też raczej zawłaszczanie tej działalności przez „politykierów”?
Całkowicie zgadzam się natomiast z wyjaśnieniem bierności władz polskich w tej sprawie – polityczna przyjaźń z Ukrainą ma swoją cenę.
Zgadzam się również, że częściej wspominamy (lecz w żadnym wypadku nie „świętujemy” – w Zaduszki wspominamy czy świętujemy?) klęski i tragedie niż zwycięstwa. Jednakże zarówno w świętowaniu zwycięstw jak i wspominaniu doznanych klęsk, chodzi o to samo – pamięć o uczestnikach wydarzeń. Wszystko jedno, bohaterach czy ofiarach – obywatelach polskich i rodakach. Co najwyraźniej niektórym umyka.

niedziela, 13 lipca 2008

Globalne ocipienie

Parlamentarzyści polskojęzyczni podjęli inicjatywę przyjęcia uchwały wzywającej prezydenta Kaczyńskiego do natychmiastowej ratyfikacji traktatu lizbońskiego i dalszej działalności na arenie polityki europejskiej na rzecz ratyfikacji bełkotu. Dziwi nazywanie takich nacisków na demokratycznie wybranego prezydenta „standardami demokracji”. Podobne uchwały, wzywające polityków do np. składania w terminie oświadczeń majątkowych (Hanna Gronkiewicz – Waltz) czy oświadczeń o współpracy z komunistyczną bezpieką (Bronisław Geremek) przedstawiano jako łamiące zasady demokracji. Daje do myślenia, jak bardzo PO chce ratyfikacji dokumentu wynegocjowanego przez „niekompetentnych prawicowych paranoików” rządu Jarosława Kaczyńskiego z minister Fotygą na czele (chyba, że Tusk & PO przez dwa lata perfidnie kłamali). Nie dziwi wybór przywódcy państwa polskiego – w krzewieniu takiej „demokracji” to nasi przywódcy mają największe doświadczenie. Poznań czerwiec 1956. Warszawa, marzec 1968. Wybrzeże, grudzień 1970. Kopalnia „Wujek” grudzień 1981. Czechosłowacja 1968. Cała Polska 13 XII 1981 – 22 VII 1984. Korea, Wietnam, Kambodża, Laos, Afganistan – pewnie też jacyś „doradcy wojskowi” z PRL się zaplątali.
Podobne zawłaszczanie terminów to obecne znaczenie „faszysty” ukazane przez Janusz Korwina – Mikkego; do poczytania na:
Pomylił się tylko w jednym – pierwotnie faszyści (z wł. Fasci) byli związkiem włoskich frontowców pierwszej wojny światowej. Podobną działalność w Republice Weimarskiej prowadziło SA. Dopiero później organizacje kombatanckie wykorzystano politycznie, z tradycji kultury indoeuropejskiej zawłaszczając symbolikę (swastyka) a z kultury Imperium Rzymskiego gest pozdrowienia. W podobny sposób przez analogię należałoby postrzegać działalność aktywistów „mniejszości” (w demokracji decyduje ponoć większość) seksualnych, ale to już przecież „faszyzm”.
Oczywiście nieścisłość powyższa nie dyskredytuje znaczenia obserwacji p. Korwina – Mikkego, sprowadzającej się do zawłaszczania pojęć i terminów przez politycznych karierowiczów. Od siebie proponuję następującą konstrukcję logiczno – obyczajową:
- każdy przeciwnik Wspólnoty Europejskiej, niezależnie od kierujących nim przesłanek, zostanie zakwalifikowany w RP jako nacjonalista czy wręcz nazista (choć zasady pluralizmu politycznego ponoć dopuszczają odmienność poglądów);
- nacjonaliści kierują się kryterium narodowym, a ich głównym celem jest wielkość państwa narodowego (takie obietnice de facto znajdują się w programie każdej partii politycznej - „żeby Polska była silna” itd.) przy zachowaniu odrębności państwowego bytu politycznego;
- ponieważ rząd polskiego państwa dąży do likwidacji odrębnego bytu politycznego państwa (o potędze gospodarczej czy politycznej nie wspominając) nacjonalista w odruchu patriotyzmu musi sprzeciwić się polityce i władzom państwa;
- negując decyzje rządu i kierunek polityki państwowej nacjonalista staje się anarchistą;
- anarchiści kwestionują celowość istnienia państw, granic itd. są więc naturalnym sojusznikiem orędowników bezgranicznej Europy i przeciwnikami nacjonalistów;
- tyle, że w większości anarchiści obecnie są nacjonalistami.
Jeżeli ktoś nie wierzy, to niech porówna komentarze do protestów przeciwników WE w Polsce (nacjonaliści) i np. Czechach (anarchiści), choć zasadniczo ich cel jest identyczny – sprzeciw wobec WE!
A teraz prowokacja – ja jestem nacjonistą!
Ciekawe, czy barany sprawdzą, co właściwie oznacza ten termin (ja dokładnie wiem!), nim mnie oskarżą.

wtorek, 8 lipca 2008

30 srebrników panny Tysiąc

Właśnie na TVN24 zakończył się program, w którym dyskutowano kolejny wniosek o odszkodowanie złożony przez Alicję Tysiąc. Tym razem domaga się ona odszkodowania od księdza Garncarczyka, redaktora katolickiego „Głosu Niedzielnego”. Ks. Garncarczyk napisał był, że żyjemy w świecie, gdzie przyznaje się nagrody matce, która bardzo chciała zabić swoje dziecko.
Szczególnie urokliwa była argumentacja profesor Joanny Senyszyn, a najcudniejszy był jej wiecznie załamany głosik, równie piękny jak ona sama. No, ale do rzeczy. P. Senyszyn twierdzi, że Alicja Tysiąc walczy o swoje dobre imię, że została pomówiona przez księdza, a jej dzieci czytając ten artykuł poczują się dotknięte. A w ogóle, to Alicja Tysiąc to dobra kobieta, dobra matka, której ciąża praktycznie odebrała wzrok i musi żyć z niskiej renty. Tyle p. Senyszyn. A teraz trochę brutalnej prawdy.
1. To p. Alicja Tysiąc zaczęła się procesować, wnosić sprawy do Trybunału i nagłaśniać całą aferę w mediach (no dobra, skretyniałe kobietony trochę jej pomogły). Innymi słowy – sama zaczęła szargać swoje imię i sama jest sobie winna.
2. Szczerze wątpię, że w domu Alicji Tysiąc czytuje się prasę katolicką. W końcu ona chciała dokonać aborcji, a Kościół jak wiadomo czyn takowy potępia. Mało tego – niedawno zmarła św. p. Agata Mróz nie dokonała aborcji mimo realnego zagrożenia życia.
3. Wniesienie sprawy do Trybunału w Strasburgu kosztuje 14 000 €. Skąd osoba utrzymująca się wyłącznie z niewielkiej renty (nieabortowane dziecko już wtedy żyło) dysponowała taką kwotą? Ot, przyczynek do walki z Kościołem...
4. Trybunał zasądził 25 000 € odszkodowania na rzecz Alicji Tysiąc uznając, że ciąża pogorszyła jej stan zdrowia i w jej wyniku prawie utraciła wzrok. Odszkodowanie wypłacone zostało z kasy RP, czyli naszych podatków. Szczerze wątpię, czy p. Tysiąc jest wiatropylna, a chyba wiedziała co robi i jakie mogą być tego konsekwencje (w końcu miała już dwójkę dzieci). Seks zawsze oznacza odpowiedzialność. Dlatego ja czuję się okradziony, gdyż bezmyślność czy niewiedza (w kwestii antykoncepcji) Alicji Tysiąc stały się podstawą do wypłacenia odszkodowania z moich podatków. A nie ma prawa, które nakazuje mi ponosić finansowe konsekwencje czyichś ekscesów łóżkowych. Domagam się odszkodowania! Za straty moralne też.

Populizm atomowego ocieplenia

Najwyżej, jak na obecne możliwości, rozwinięte cywilizacyjnie państwa co jakiś czas podejmują rezolucje o obniżeniu emisji gazów cieplarnianych o ileś tam procent w jakimś czasie. Czynią to w trosce o „Matkę Ziemię”, roślinki, zwierzątka, lasy tropikalne, przyszłość świata itd. Wszystko to brzmi fajnie i sensownie, a jest całkowicie fałszywe. Przecież to właśnie owe najwyżej rozwinięte kraje w swym rozwoju naprodukowały najwięcej gazów cieplarnianych. Teraz zaś zakazują produkcji innym. O ile kraje wysoko rozwinięte stać na drogie technologie energooszczędne, o obniżonej emisji CO2, kraje rozwijające się lub słabo rozwinięte na tak zaawansowane technologie nie stać, a za darmo nikt im przecież ich nie da. Tym bardziej, że można będzie nakładać kary finansowe i embarga za przekroczenie norm emisji gazów cieplarnianych, aż do pełnego uzależnienia od produkcji państw o wysoko rozwiniętych gospodarkach. Proste jak konstrukcja cepa.
W podobny sposób swego czasu postąpiły państwa dysponujące bronią atomową podpisując porozumienie zabraniające jej dalszego rozprzestrzeniania, bo dalsze zagraża pokojowi na świecie i wprowadza szantaż nuklearny. Tyle, że żaden z sygnatariuszy jakoś nie przystąpił do całkowitej likwidacji swojego arsenału jądrowego. A tak z ciekawości – kto obroni państwa nie dysponujące bronią atomową przed szantażem nuklearnym ze strony państw dysponujących? Dlatego też niektóre „niepoprawne politycznie” państwa (Korea Północna, Iran, Pakistan) przeprowadzają nuklearne programy badawcze i wytwarzają broń atomową w tajemnicy, gdyż doskonale wiedzą, że jak już będą dysponować głowicami nuklearnymi, to nie ma idioty skłonnego zaryzykować starcie. Tylko z Izraelem dokładnie nie wiadomo – ma bomby atomowe, czy też nie? Podobno tak, a przecież samo niepotwierdzone podejrzenie dysponowania bronią biologiczną sprowadziło na Irak wiadome konsekwencje. Ale co wolno wojewodzie...
Piszę o tym nie dlatego, że kocham ścieki i śmieci względnie popieram totalitaryzm komunistyczny czy fanatyzm religijny. Piszę dlatego, że nie ufam politykom, którzy tak bardzo troszczą się o dobro całego świata. I chyba mam ku temu racjonalne powody.

poniedziałek, 7 lipca 2008

Temida z kataraktą

Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz Kochanowski, skierował był do Trybunału Konstytucyjnego ustawę przewidującą karę 3 lat więzienia dla tego, kto „publicznie pomawia naród polski”. Złożenie odnośnego wniosku argumentował urokliwie troską o swobodę wypowiedzi, rozpowszechniania informacji i swobodę badań naukowych, które są zagrożone istnieniem i koniecznością egzekwowania takowego paragrafu. Według J. Kochanowskiego przestrzeganie przepisów prawa, a zwłaszcza tego paragrafu, może znacząco ograniczyć debatę o najnowszej historii Polski.
Niezorientowanym wyjaśniam, że merytoryczne dyskusje nad historią, jak i każdym innym zagadnieniem, winny odbywać się w oparciu o badania naukowe, które wykluczają posługiwanie się pomówieniami, oszczerstwami i innym plugastwem propagandowym, z merytoryczną dysputą naukową nie mającymi nic wspólnego.
Ale warto rozważyć wniosek RPO z drugiej strony. Nie tak dawno temu na zlecenie ministra Schetyny powstał raport Monitorowanie treści rasistowskich, ksenofobicznych i antysemickich w polskiej prasie. Mało tego, istnieje cała masa organizacji, zajmujących się zwalczaniem przejawów ksenofobii, rasizmu, antysemityzmu i niechęci wobec sodomitów. Czy ich działalność ze wspomnianym raportem włącznie (do poczytania na stronach MSWiA) nie jest aby naruszeniem wszystkich tych wolności, o które tak troszczy się RPO Janusz Kochanowski? Czy też może broni praw obywatelskich, tylko wstydzi się przyznać, obywateli którego kraju?
Niezależnie od tego, 8 września 2008 r. dowiemy się, czy jako naród możemy być pomawiani, czy tez nie.

niedziela, 6 lipca 2008

Kity i mity

W obrazie świata i Polski dotychczas wyłaniającym się z „obiektywnych” mediów sceptyczne postawy wobec bełkotliwego traktatu lizbońskiego pojawiały się wyłącznie w społeczeństwie RP. Wynik referendum w Irlandii pokazał, że nie jest to do końca obraz zgodny z prawdą. Mało tego, pojawiły się informacje, że Irlandia nie jest wcale wyjątkiem i zapewne dlatego „światłe elity € - pejskie” postanowiły bełkot ratyfikować z pominięciem woli społeczeństw, które jak wiadomo nie dojrzały do demokracji. Dokonywane przez owe społeczeństwa wybory „elit politycznych” w jakiejś mierze to potwierdzają. Ciekawe jednak, że nawet wśród owych „elit” pojawiają się eurosceptycy, jak np. prezydent Czech Valcav Klaus czy R. Herzog, były prezydent RFN i były szef niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego. Niemieccy politycy zmusili nawet swojego obecnego prezydenta, Horsta Kölera, aby przed podpisaniem sprawdził w Trybunale Konstytucyjnym RFN, czy bełkot traktatu lizbońskiego jest zgodny z ichnią konstytucją, i europejska opinia publiczna nie wykazała oburzenia takim uleganiem żądaniom ksenofobów. A że ponoć traktat lizboński nie jest zgodny z żadną istniejącą w Europie konstytucją...
Dzięki irlandzkiemu veto społeczeństwa miały również praktyczną okazję przekonać się, co „elity” naprawdę myślą o demokracji i innych ideach, którymi podpierają swoje rządy. Do wspomnień przy okazji następnych wyborów.
Pomijając aspekty humorystyczne i tragikomiczne, jakich sytuacja po irlandzkim veto dostarczyła, jasnym staje się, że medialny obraz świata jest co najmniej zakłamany. Zgodność większości mediów w zakłamywaniu jest zastanawiająca i żadną miarą nie wygląda na przypadek. Oznacza to, że miast rzetelnych informacji społeczeństwo jest karmione bajkami i mitami. Postępowanie takie ma swoją nazwę – cenzura. Inna sprawa, że większość wypowiedzi na stronach internetowych czy blogach (pomijam pracowicie wypisywane przez „działaczy” komentarze – takich idiotów nie ma aż tak wielu) zasadniczo różni się od oficjalnego punktu widzenia.
Skoro istnienie zjawiska cenzury informacji okazało się smutnym faktem, warto zastanowić się, jakie jeszcze kity i mity nam wciśnięto. Demokracja? Sprawiedliwość? Premier Tusk, minister Sikorski? Kapitalizm? Polski europoseł Geremek? Lecha Wałęsę zostawmy na razie w spokoju, bo to starta czasu.

środa, 2 lipca 2008

Polityczna wóda z mózgu

O ile twierdzenie, że działalność Wspólnoty € - pejskiej przynosi wyłącznie negatywne skutki jest przesadą, o tyle twierdzenie jakoby W€ była tworem idealnym, źródłem wszelkiego dobrobytu i pomyślności, zakrawa na symptom choroby psychicznej. Będąc sceptycznym wobec formy i dziedzin działalności W€ nader często mam wrażenie, że owe pozytywne skutki są w znacznej mierze efektami ubocznymi i całkowicie niezamierzonymi. Ot, chociażby „budowa społeczeństwa informacyjnego”, będąca jednym ze priorytetów działań W€, w wyniku której poszerza się dostęp społeczeństwa do internetu, w którym pojawiają się coraz częściej słowa krytyki działalności W€, Parlamentu € - pejskiego oraz lokalnych polityków kolaborujących z wyżej wymienionymi organizacjami. Można powątpiewać, czy takie właśnie wykorzystanie wolności słowa i szerokiego dostępu do internetu było akurat celem € - posłów, szczególnie gdy dziś tak ostentacyjnie zastanawiają się nad problemem jak w majestacie prawa złamać własnoręcznie ustanowione wcześniej przepisy prawa. W ramach wyjaśnienia – traktat lizboński miał wejść w życie tylko po jednogłośnym (aklamacja) przyjęciu przez wszystkie kraje członkowskie W€, a w Irlandii ... . Zabawne jest, że żaden z obrońców różnych „wolności”, „demokracji” itd. nie dostrzega w postępowaniu € - pejskich polityków zagrożenia wolności i demokracji, choć tu akurat jest ono ewidentne. Dziwi to tym bardziej, że w dziejach Europy były już partie, których głównym sposobem działania było ciągłe łamanie istniejącego (również tego, który same wytworzyły!) porządku prawnego i społecznego – NSDAP w III Rzeszy i WKP(b) (później KPZR) w ZSRR.
Determinacja w działalności € - pejskich polityków na odcinku biurokratyczno – społecznym może zostać wytłumaczona wyłącznie całkowitym brakiem koncepcji gospodarczych. I o kant d... potłuc argumenty, że jak nie przyjmiemy traktatu lizbońskiego, to W€ nie będzie się mogła rozszerzać, zatrzymamy integrację, odetniemy niezrzeszonym państwom dostęp do kultury i cywilizacji europejskiej, zahamujemy rozwój współpracy z Ukrainą (a w perspektywie jej przyłączenie), a przecież Polska jest wschodnią rubieżą W€ itd. Z litości nie napiszę co sądzę o wybitnie niskim poziomie moralnym i intelektualnym autorów tejże argumentacji. Litwa, Łotwa i Estonia są bardziej na wschodzie Europy niż Polska, wystarczy mapa by to stwierdzić. Póki Niemcy będą układać się z Rosją z pominięciem interesów wszystkich członków W€, również Polski i krajów bałtyckich (patrz: bałtycki rurociąg przyjaźni im. Ribbentropa – Mołotowa), póty stanowisko Kremla wobec integracji Ukrainy z W€ będzie jednoznacznie przeciwne. A że Niemcom bardziej zależy na stosunkach z Rosją, przejdą nad tym do porządku dziennego. Gdyby zaś rozwój kultury i cywilizacji europejskiej oraz zasięg ich oddziaływania zależeć miały wyłącznie od jakiś papierków, to świadczyło by to wyłącznie o ich skrajnym upadku, bo w tych dziedzinach tylko szmirę trzeba reklamować, dzieła naprawdę wartościowe nigdy tego nie wymagały. Warto wreszcie przypomnieć, że Polska od 1 mają 2004 r. jest członkiem W€, referendum akcesyjne odbyło się w czerwcu 2003 r., a negocjacje akcesyjne – jeszcze wcześniej. O traktacie lizbońskim czy konstytucji € - pejskiej nikomu się wtedy nie śniło, a W€ jakoś się rozszerzała i integrowała.
Na mnie osobiście największe wrażenie robi jednak argument obrońców traktatu w myśl którego oni, mając szerokie horyzonty myślowe, gotowi są uszczęśliwić ludność Europy nawet wbrew jej woli. Bo oni wiedzą lepiej co jest dobre. Adolf Hitler i Józef Stalin też wiedzieli lepiej, co jest dobre dla ludzi.
Ciekawym faktem jest natomiast, że nagle okazało się jak wielu sceptyków i przeciwników ma traktat lizboński, i to nie tylko wśród „moherowych beretów” o. Rydzyka. Chyba, że prezydent Czech Vaclav Klaus cichaczem dołączył do ich grona. Brak natomiast słowa wyjaśnienia, dlaczego ten wspaniały traktat jest wyłącznie bełkotliwym aneksem skłania ku podejrzliwości.
Jedno trzeba przyznać – całkowite olanie przez polityków PO własnego programu wyborczego (a tym samym elektoratu) po dojściu do władzy w świetle powyższego świadczy o wybitnej € - pejskości tejże partii.
Wszystkie te głośne spory, o agenturalną przeszłość różnych autorytetów, traktaty, prowokacyjnie antypolskie wypowiedzi rabinów (przecież to nie pierwsze) i tym podobne duperele odwracają uwagę od kwestii naprawdę istotnej – nieuchronnie nadciągającej zapaści gospodarczej zarówno RP jak i W€. Niedowiarkom polecam porównanie cen obecnych z tymi z listopada 2007 r.

wtorek, 1 lipca 2008

Na drugim końcu kijka

Jedną z ewidentnych konsekwencji natłoku informacji, których nikt nie jest w stanie wszystkich przyswoić, o przemyśleniu nie wspominając, jest dążenie do uogólnień. Autorzy tychże przedstawiają swoje uogólnienia jako kwintesencję problemu. Rzecz jasna różnie z tymi „kwintesencjami” bywa. Niestety częściej przyczyniają się one do powstawania fałszywych i krzywdzących stereotypów, np. głupich blondynek, skąpych Szkotów, polskich pijaków, o Rosjanach nie wspominając. Powstające wskutek nieodpowiedzialnych uogólnień obiegowe opinie zwykle bazują na ekstremalnie drastycznych (i dlatego mocno wyróżniających się na tle „normalności”) zdarzeniach. Tkwi w tym postępowaniu podstawowy błąd logiczny – wartości ekstremalne mają to do siebie, że w przyrodzie występują nader rzadko. Inaczej przestają być wartościami skrajnymi, prawda?
1. lipca 2008 r. w serwisie informacyjnym portalu onet.pl pojawia się artykuł pt. „Polacy to antysemici. Dlatego naziści ich wybrali!” http://wiadomosci.onet.pl/1780208,12,item.html
Interesująco brzmią przytaczane za „The Jerusalem Post” słowa rabina Shlomo Avinera, który mówi: Polacy to antysemici. Właśnie dlatego naziści wybrali ich na kolaborantów. Nawet po Holokauście, Polacy dalej mordowali Żydów. Zobaczcie co się stało w Kielcach w 1946 r.
Wątpliwym jest, aby izraelska prasa dla Żydów cytowała poglądy osób pozbawionych wpływów i znaczenia, tym bardziej. Obok rabina Shlomo Avinera i „światowej sławy historyka” Jana Tomasza Grosa staje rabin Tel Awiwu, Yisrael Meir Lau, który komentując pierwsze powojenne wyświęcenie ortodoksyjnych rabinów w Warszawie (ortodoksyjnych muzułmanów to nikt nie lubi) stwierdza, że nie ma lepszego odwetu na nazistach i ich pomocnikach. Co ciekawe, Yisrael Meir Lau urodził się w Polsce i tu przetrwał okupację. Warto zauważyć, że twierdzenia rabina Yisraela Meir Lau przez autora artykułu są przeciwstawiane słowom rabina Shlomo Avinera, mimo iż sens obu wypowiedzi jest dokładnie taki sam – Polacy aktywnie wspomagali Niemców w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” nawet po wojnie!
No i cóż z tym fantem zrobić? Można przytoczyć dane z publikacji historycznych (a nie jakiś socjotechnicznych manipulacji), nierzadko nagradzanych przez izraelskie i żydowskie organizacje, z których wynika, że obaj rabini – i nie tylko oni – znacznie rozminęli się z prawdą historyczną. Dalej należałoby postawić pytanie, czy w związku ze ewidentnym szkalowaniem Polski i Polaków nasze MSZ nie powinno podjąć zdecydowanej akcji, domagać się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności itd., do których jest zobowiązane ustawowo. Tyle, że po pierwsze byłoby to potraktowanie poważnie wypowiedzi i ich autorów, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się procesować z bredniami, choć może jednak należałoby. Po drugie – kto właściwie miałby wystąpić? Nominalni podwładni Radka Sikorskiego? Anke Apelbaum i Bronisław Geremek daliby ruletkę mu...
Można też postawić pytanie o poziom wykształcenia i intelektu niezbędny, by zostać rabinem, a nawet rabinem Tel Awiwu. W ten sposób takie wypowiedzi i ich autorzy zostali by potraktowani tak, jak na to zasługują. Ale to przecież antysemityzm, poza tym uczciwie trzeba przyznać, że nie wszyscy Polacy zachowywali się porządnie podczas II wojny światowej (np. tzw. szmalcownicy szantażujący ukrywających się Żydów). Tyle, że był to margines, i to znikomy w porównaniu do zorganizowanych i niezorganizowanych akcji pomocy Żydom.
Najlepiej jednak uznać nowatorstwo logiki rabinów – jeśli kilka osób jednej narodowości jest antysemitami (bądź zwykłymi bydlakami), to cały naród należy potępić jako antysemitów, a następnie ukarać tak srodze, jak o tylko możliwe. Upraszczając – uogólnianie na podstawie zachowania nawet niereprezentatywnej części społeczności, a gdy trzeba – jednostek (cel uświęca, jak wiadomo). I zasadę natychmiast wcielić w życie, np. publikując listę następujących nazwisk: Jakub Berman, Hilary Minc, Fajga Danielak (Helena Wolińska), Ozjasz Szechter, Radkiewicz Stanisław... lista nazwisk mogła by się ciągnąć jeszcze długo. Ważne są jednak kryteria doboru nazwisk: zbrodniarz komunistycznego aparatu represji pochodzenia żydowskiego. Uogólnienie pozostawiam pp. Czytelnikom...
Zwracam również uwagę, że zastosowanie metod logiki (z definicji uniwersalnej, a więc bezosobowej) autorstwa tak wybitnych rabinów (i nie tylko!) nie może być potraktowane jako antysemityzm chyba, że ktoś akurat nienawidzi Żydów. Tym bardziej, że sami Żydzi nader często sięgają po nią, zwłaszcza w relacjach z Polakami, co wskazuje na jej słuszność. Uczmy się, Rodacy, od Starszych „Braci” w Wierze...
P.S. Na wspomnianym onecie dosłownie "na dniach" ruszyła akcja pt. „Absurdy nasze codzienne”. Ma razwiedka dobry smak... do plagiatów ;p