czwartek, 27 sierpnia 2009

Polemika historyczno – polityczna

Gdyby prowadzenie polityki historycznej nie miało żadnego sensu, to zapewne nikt by jej nie prowadził. Tyle, że polityka historyczna przynosi ogrom korzyści zarówno politycznych jak i materialnych, które można wymienić na polityczne. Do korzyści czysto politycznych należy konsolidacja narodu, przekładająca się zresztą na kwestie materialne. Potencjalne korzyści materialne osiągane dzięki uprawianiu polityki historycznej pojawiają się również w stosunkach międzynarodowych, często zresztą jedynie po to, aby zostać zamienione na wpływy polityczne.

Do elementarnych przykładów, gdzie potencjalne korzyści materialne są zamieniane na wpływy polityczne (i na odwrót) należą działania Niemiec i Izraela wobec Polski. Wysuwane żądania restytucji bądź zadośćuczynienia o charakterze historycznym są tym groźniejsze, że prowadzą do rewizjonizmu, w konsekwencji którego Polska staje się wręcz jedynym winnym zbrodni II wojny światowej. To, że np. ginący w komorach gazowych obozów koncentracyjnych III Rzeszy Niemieckiej Żydzi byli obywatelami polskimi, a państwo Izrael powstało wiele lat po zakończeniu holokaustu, wydaje się nie mieć znaczenia dla autorów roszczeń.

Ostatnimi czasy do grona państw aktywnie uprawiających antypolską politykę historyczną dołączyła Rosja. Zapoznając się z argumentami rosyjskich historyków wypada zadać jedno podstawowe pytanie – dlaczego dopiero teraz? Dlaczego ziejący organiczną nienawiścią do II Rzeczpospolitej ZSRR nie ogłosił rewelacji na temat sojuszu Polski z III Rzeszą Niemiecką w trakcie procesu norymberskiego, skoro potwierdzające owe rewelacje dokumenty mogły poszerzyć krąg oskarżonych i sądzonych przez Trybunał Norymberski o żyjących przywódców II RP?

Szczególną uwagę zwraca powracający stalinowski argument roku 1612. A co z udziałem Rosji w rozbiorach państwa polskiego pod koniec XVIII wieku? Podobnie można skomentować twierdzenie, że 1/3 obecnego terytorium Polska zawdzięcza Armii Czerwonej. Tyle, że dzięki tej samej armii utraciła blisko połowę swojego przedwojennego terytorium, o stratach ludnościowych nie wspominając. Jeżeli przypominanie faktów ubliża rosyjskim historykom, to świadczy to wyłącznie o nich. Wartym jest też odnotowania z dziedziny geografii historycznej fakt, że pierwej Ukraina i Białoruś jako część Wielkiego Księstwa Litewskiego weszły w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, niż powstało Imperium Rosyjskie.

Historycy rosyjscy szermują argumentem o celowym zagłodzeniu przez Polaków 100 tysięcy krasnoarmiejców w 1920 r. Ciekaw jestem miejsca pochówków owych „100 tysięcy” jak również wyjaśnienia kwestii bestialstwa, z jakim w czasie wojny polsko – bolszewickiej Armia Czerwona traktowała polskich jeńców i cywili. Zresztą sposobu traktowania przez władze sowieckie powracających z polskiej niewoli czerwonoarmistów też. Wartym uwagi jest też argument walczących po stronie bolszewickiej „całych dywizji Polaków” w wojnie domowej. A co z armią Własowa, która w czasie II wojny światowej walczyła po stronie Niemieckiej – też bohaterowie? Warto również zauważyć, że sprawa Katynia dotąd nie została w pełni wyjaśniona w znacznej mierze dzięki postawie demokratycznych władz rosyjskich.

Gdyby władze polskie zdecydowały się wreszcie uprawiać politykę historyczną na korzyść Polski, powinny zacząć od podniesienia na arenie międzynarodowej grabieży, jakiej władze III Rzeszy i ZSRR (które swoją przyjaźń przypieczętowały rozbiorem II RP) dokonały w ramach „wymiany” walut na okupowanych ziemiach polskich. Niekorzystne przeliczniki oraz ograniczenie wysokości środków podlegających wymianie doprowadziły do skrajnej pauperyzacji polskich obywateli na ziemiach „wyzwolonych” przez bratnie armie dwu wąsaczy. Więc jeśli podnoszone zostają kwestie restytucji majątkowych oraz odszkodowań, to Polska też ma coś ważnego do powiedzenia.

Linki:

http://fakty.interia.pl/raport/70-rocznica-wybuchu-ii-wojny/news/rosyjska-historyk-polacy-powinni-nas-przeprosic,1358741

wtorek, 25 sierpnia 2009

Nowe kryteria podziału

Baraszkująca wieczorami w osiedlowych krzakach młodzież szkolna przypomina swym wyciem, że oto sezon ogórkowy dobiega końca i już za parę dni przyjdzie stawić czoła brutalnej rzeczywistości, tym razem już bez przemysłu stoczniowego. Nasycenie „łaciną” dyskusji wspomaganych legalnym „oktanażem” i mniej legalnym „ziołem” nasuwa podejrzenia, że oto na oczach i uszach zaspanych mieszkańców powstaje książka, której treść może nawet Doda zrozumie. Kto wie, przyszłość wielką tajemnicą jest...

Podobnie wielką tajemnicą jest wpływ „nieudanej” sprzedaży przemysłu stoczniowego na budżet polskiego państwa. Ciekawi mnie niezmiernie, czy planowane wpływy z prywatyzacji polskich stoczni były ujęte w budżecie na ten rok, względnie w planach budżetu na rok przyszły. Podobnie jak i ewentualne bankructwo polskich kontrahentów przemysłu stoczniowego. Oczywiście istnieje możliwość, że nie dojdzie do spełnienia czarnego scenariusza, ale jakoś trudno mi uwierzyć, żeby rząd w ciągu niecałego tygodnia znalazł nowego inwestora. Prędzej Komisja Europejska, która to onegdaj nakazała sprzedaż polskiego przemysłu stoczniowego, przesunie ostateczny termin prywatyzacji.

Warto już dziś pytać o ekonomiczne skutki bankructwa przemysłu stoczniowego w świetle kolejnej dziury budżetowej, którą politycy tradycyjnie łatają zaciągając kredyty pod przyszłe „dochody”. Owa tradycja łatania manka w kasie lichwiarskimi kredytami, które potem spłaca społeczeństwo, ukazuje ciągłość polityczną działań kolejnych rządów. Dodać do tego trzeba, że zaciąganie kolejnych „pożyczek” tradycyjnie tłumaczone jest dobrem społeczeństwa, które z braku kasy pozbawione dobrodziejstwa państwowej opieki socjalnej musiałoby liczyć na siebie i swoją pracę.

Tradycje socjalistyczne są niezwykle silne w polskiej myśli politycznej niezależnie od tego, do jakiej opcji ugrupowanie zostanie oficjalnie przypisane. Ciekawy jest też fenomen budowania wizerunku politycznego nie w oparciu o własne poglądy czy dokonania, ale o negację bądź afirmację cudzych. To skłania ku rewizji sensu tradycyjnego podziału polskiej sceny politycznej. Zastąpienie dotychczasowego podziałem na ugrupowania rządzące i zrzędzące, wydaje się sprawiedliwiej oddawać realia.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Prounijni eurosceptycy

Politycy w kwestiach gospodarczych jak mantrę powtarzają słowo „prywatyzacja”. Podobnie w początkach Polski ludowej towarzysze pokroju Hilarego Minca szermowali hasłem „nacjonalizacji”. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w obu przypadkach tzw. władza uzurpuje sobie prawo do dysponowania majątkiem, który do niej nie należy. To, czy ów majątek powstał wysiłkiem jednego człowieka, niechby nawet z rodziną, czy całego narodu w niczym nie zmienia faktu, że nie jest on własnością polityków.

Tymczasem kolejne rządy „demokratyczne”, tworzone po 1989 r., majątek państwowy traktowały podobnie jak władze PRL, czyli jak chłop pańszczyźniany folwark pod nieobecność właściciela. I „prywatyzowały” w sposób, który równie dobrze można określić mianem wtórnego podziału dóbr. Ponieważ do dziś prawie cały majątek został już sprywatyzowany więc budżet został z jednej strony odciążony utrzymywaniem nierentownych zakładów, z drugiej – zasilony kasą z prywatyzacji. Tylko skąd się w takim razie biorą kolejne „dziury budżetowe”?

Rozwiązaniem „problemu” istnienia majątku państwowego byłoby jego wydzierżawienie. W takim układzie państwo zarabia na dzierżawie pozostając właścicielem. Dzierżawca martwi się tym, żeby jego działalność przynosiła zyski i nie kolidowała z prawem. No, ale do tego to politycy powinni się utożsamiać z krajem, którego obywatele im zawierzyli. Tyle, że dzierżawy ograniczyłoby zarówno wszechwładzę gospodarczą tak polityków, jak i związków zawodowych, a nikomu na tym rzecz jasna nie zależało.

I oto teraz możemy oglądać kolejną odsłonę działań „prywatyzacyjnych”. Losy polskiego przemysłu stoczniowego wróżą jak najgorzej dla tych przedsiębiorstw, które dotąd nie zostały objęte „prywatyzacją”. Zapewne wkrótce któryś z felietonistów uraczy świat odkrywczymi dywagacjami, co by było gdyby taka wpadka przydarzyła się ekipie PiS – u. Mnie natomiast do łez rozśmieszyło zasłyszane gdzieś w radiu twierdzenie, że „rząd będzie walczył o przyszłość polskich stoczni”. Mam nadzieję, że „niezależne” i „opiniotwórcze” media zrobią transmisję z tej walki prounijnego do granic możliwości rządu polskiego z Komisją Europejską, która jako faktyczne władze UE właśnie zadecydowała o losie polskich stoczni.

sobota, 15 sierpnia 2009

Masa krytyczna biurokracji

Odkąd urzędy zaczęły „tworzyć” dokumenty, zidiocenie w Polsce osiągnęło poziom, o którego wysokości PKB czy indeksy giełdowe mogą jedynie pomarzyć. Ponieważ praca twórcza dla jednostek o ograniczonej refleksji jest wyzwaniem ponad siły, sposób wskazało staropolskie przysłowie „co dwie głowy, to nie jedna”. Dzięki jego zastosowaniu w praktyce możemy podziwiać z jednej strony ciągłe mnożenie urzędów i urzędników, z drugiej zaś – płodów ich twórczej bezmyślności względnie bezmyślnej twórczości, jak kto woli.

Bogactwo urzędów, które miast rozwiązywać częściej generują trudności, oznacza problemy finansowe instytucji bądź gałęzi gospodarki, nad którymi owe urzędy sprawują kontrolę. Przykładem może być sytuacja w tzw. resorcie ochrony zdrowia, gdzie bizantyjski przepych pałaców ZUS i NFZ poprzez kontrast wspaniale podkreśla bankructwo zadłużonych do granic możliwości szpitali. Odpowiedzialnych jak zawsze brak, podobnie jak logicznej refleksji czy konstruktywnych planów rozwiązania problemu. Chyba, że za takowe uznać pomysły na podniesienie wysokości składki przy jednoczesnym wprowadzeniu odpłatności „ubezpieczonych” za „procedury medyczne”. Konsekwencją takiego podejścia powinna być blokada stadionów piłkarskich przez strajkujące pielęgniarki, co zresztą w socjalizmie z „ludzką twarzą” gołej d... nie jest wcale pozbawione głębszego sensu.

Zresztą i tak nie to jest najważniejsze. Wygląda bowiem na to, że przy wsparciu bratniej biurokracji UE generujące horrendalne koszty urzędy wkrótce mogą wykreować taką „dziurą budżetową”, że żaden system tego nie wytrzyma. Osiągnięcie masy krytycznej, gdzie nie będzie już komu utrzymywać pasożytniczej biurokracji roszczącej sobie prawo do kontroli wszystkich i wszystkiego wydaje się coraz bliższe. Czy biurokracja zachodnia przetrwa dłużej niż nasza, tego nie wiadomo, ale losy PRL i ZSRR napawają optymizmem, że i tym razem nie.

Paradoksalne w tym wszystkim jest to, że dopiero „demokracja” i „kapitalizm” made in UE pozwolą doświadczalnie sprawdzić twierdzenie socjalistycznego rzecznika Jerzego Urbana, że „rząd sam się wyżywi”.

środa, 12 sierpnia 2009

Patriotyczna blotka?

Władze Ukrainy, które ogłosiły rok 2009 „Rokiem Stepana Bandery”, ideologa odpowiedzialnego za 150 tysięcy bestialsko pomordowanych polskich, ormiańskich i żydowskich cywili, przedstawiają „Rajd śladami Stepana Bandery” jako „prywatną inicjatywę”. Ze strony polskiej godny odnotowania jest fakt, że odmowy wjazdu nie komentował patriotyczny prezydent, liberalno – demokratyczny premier, waleczny minister spraw zagranicznych ani „przyjaciel kibiców” – minister spraw wewnętrznych PO.

Tymczasem nad Ukrainą, a konkretnie jej probanderowskimi władzami, zaczęły się zbierać czarne chmury. Prezydent Rosji Miedwiediew raczył opieprzyć prezydenta Wiktora Juszczenkę przed całym światem. W związku z tym prezydent Juszczenko kaptując stronników nie opieprzył władz RP – Ludowej za niewpuszczenie rajdu śladami bandyty, właśnie ogłaszanego na Ukrainie „bohaterem”. Mało tego, zgodził się na „odkrycie” grobów polskich obywateli pomordowanych przez NKWD oraz stosownej dokumentacji, którą zresztą obiecał się przekazać stronie polskiej. Strona rosyjska z kolei tradycyjnie odmawiając przyznania się do odpowiedzialności za to i owo, grozi przykręceniem kurka z gazem. Rzecz jasna nie bratniej Rzeszy Niemieckiej, tylko buforowej swołoczy, której patriotyzm jak dawniej jest blotką w pokerze potęg dominujących.

Pytanie, czy w zaistniałych okolicznościach Polacy znów poprą banderowców z kijowskiego majdanu, czy też wybiorą gaz w kuchenkach i grzejnikach? No, ale któż może przewidzieć łaskę pańską, co to na pstrym koniu jeżdżąc różne SMS – y wysyła...

piątek, 7 sierpnia 2009

Głupie komentarze mądrej decyzji

Miłe zaskoczenie decyzją władz, które zdobyły się na odwagę i odmówiły zgody na przejazd „Rajdu Bandery” przez terytorium Polski (będącego faktycznie propagowaniem ideologii ludobójstwa) trwało tylko chwilę. Potem nastąpiły komentarze i wyjaśnienia świadczące dobitnie o wiedzy i postawie moralnej autorów. Jest przy tym kwestią zadziwiającą, że kiedy rząd wreszcie zdobył się na odwagę i podjął trudną decyzję, komentatorzy podjęli próbę wspięcia się na wyżyny głupoty i cynizmu.

I tak jako motyw przewodni odmowy Tomasz Siemoniak (MSWiA) podał „podejrzenia”, że wnioski złożone konsulowi nie odpowiadały rzeczywistemu celowi pobytu tej grupy ale też zaraz dodał, że nie oceniamy poglądów obywateli innych państw, którzy chcą wjechać na terytorium RP. Sekundowała mu wiceminister spraw zagranicznych Grażyna Bernatowicz, dla której od losu bestialsko pomordowanych ofiar OUN – UPA najwyraźniej ważniejsze jest nasze wsparcie i pełne poparcie dla aspiracji euroatlantyckich Ukrainy. Szkoda, że p. Siemoniak nie raczył wyjaśnić skąd się wzięły i na czym polegały owe „podejrzenia”, będące przyczyną odmowy, ani też jaki, w świetle „podejrzeń”, był rzeczywisty cel pobytu tej grupy. Z kolei łącząc wypowiedzi p. Bernatowicz i p. Siemoniaka dowiadujemy się, że są kwestie ważniejsze, niż ludobójstwo Polaków i jeśli grupa poda „rzeczywisty cel pobytu”, to zgodę dostanie, bo przecież nikt nie będzie oceniał poglądów obywateli innych państw, którzy chcą wjechać na terytorium RP. Komentarz Andrzeja Talagi (z – cy redaktora naczelnego „Dziennika”) jednoznacznie potwierdza ową hipotezę ukazując rajd jako prywatną inicjatywę grupy osób, a Polska nie powiedziała, że nie wpuszcza ich dlatego, że są neobanderowcami. Zapewne co innego, gdyby byli na przykład neonazistami, niechby nawet byłymi.

Poseł Karpiniuk Sebastian z kolei zaleca, aby we wspólnej historii szukać tego, co nas łączy, nie wywołując błędnych, historycznych resentymentów ani innych złych, historycznych emocji. Radzi też, aby młodzież obu narodów szukała wspólnego dziedzictwa historycznego. Najwyraźniej do łba mu nie przyszło, że krew ofiar OUN – UPA również jest częścią łączącego oba narody „wspólnego dziedzictwa historycznego” a domaganie się sprawiedliwości dla ofiar nie zawsze jest „błędnymi historycznymi resentymentami” tudzież „złymi emocjami”. Zresztą może myśleć, co mu się tam uroi, ale skoro jako polski poseł tak postrzega zakatowanie ok. 150 tys. obywateli polskich, to cóż jako człowiek konsekwentny zrobi spotkawszy Jana Tomasza Grossa na zgliszczach pewnej stodoły w Jedwabnem?

Tyle urzędnicy państwowi, którzy jak wiadomo muszą się odznaczać innymi zaletami, niż kompetencje. Kiedy jednak zaczęło dyskutować dwu „dziennikarzy”, z których jeden był cytowanym wcześniej Andrzejem Talagą, zrobiło się ponuro. Obaj panowie wspólnie doszli do genialnego wniosku, że skoro Stepan Bandera w czasie mordów siedział w obozie koncentracyjnym, to jest za nie odpowiedzialny tylko „ideologicznie”. I znów bezmyślność w pełnej krasie, bo czyż stworzenie ideologii nawołującej do mordowania na tle narodowościowym umniejsza jego rolę, która można zdefiniować jako „sprawstwo kierownicze”? Mało tego, to nie było zwykłe morderstwo, ale ludobójstwo dokonywane ze szczególnym okrucieństwem. I proszę mi nie wmawiać, że Bandera walczył z państwem polskim. W okresie, w którym jego bandyci swobodnie hulali miast dotrzymywać mu towarzystwa, państwo polskie na terenach działalności OUN – UPA faktycznie nie istniało! Brednia totalna, równa twierdzeniu, że „Hitler mordując Żydów walczył z Izraelem”.

„Uroczo” wyglądają w kontekście losu ofiar ludobójstwa ukraińskiego twierdzenia, że renesans jego ideologi nie stanowi problemu, gdyż Bandera nie jest kultywowany na całej Ukrainie a większość społeczeństwa ukraińskiego odrzuca ten nurt historii. Faktycznie „odrzuca”, ale nie jakiś „nurt historii”, tylko prawdę o historii. Czym zatem jest nadawanie przez oficjalne władze imion szczególnie bestialskich dowódców UPA szkołom, placom i ulicom, skoro nie jest „kultywowaniem”? Trzeba też być kompletnym analfabetą historycznym, żeby beztrosko powtarzać brednie zrównujące polskie ofiary ukraińskiego ludobójstwa z „Akcją Wisła”, której głównym celem było rozbicie bandyckiego OUN – UPA, a w dalszej części repatriacja (ale nie eksterminacja) ludności ukraińskiej. A tak przy okazji – czy takie zestawianie nie jest ze strony ukraińskiej próbą rehabilitacji OUN – UPA? Podobnie zresztą, jak Jeremiego Wiśniowieckiego, który krwawo bo krwawo, ale bronił ojczyzny przed siłami, które nawiasem mówiąc ludności ukraińskiej wcale nie traktowały lepiej niż Żydów czy Lachów.

Gdyby przypadkiem wymienieni powyżej zainteresowali się ciągle jeszcze obowiązującą Konstytucją RP, to w Artykule 13 delegalizuje ona występowanie w Polsce partii politycznych i innych organizacji, które odwołują się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową. Czyżby z jakiś przyczyn ukraińskie ludobójstwo dokonane na polskiej, ormiańskiej i żydowskiej ludności cywilnej oraz organizacja rajdów, upamiętniających ich ojca „ideologicznego”, nie stały w sprzeczności z owym artykułem?

A swoją drogą – czy to nie zastanawiające, że w owej „konstruktywnej dyskusji merytorycznej” nie wypowiedział się żaden zajmujący się tematyką banderowską historyk?

czwartek, 6 sierpnia 2009

Symulanci zdrowia

Mania wielkości jest chorobą, która atakuje społeczeństwo coraz skuteczniej. O ile jednak pijany menel owładnięty manią jest postacią tragikomiczną, o tyle, gdy dotyka ona osób mających realny wpływ na politykę i gospodarkę, przestaje być wesoło. Tym bardziej, że nader często w ich przypadku występuje uodpornienie na wszelką racjonalną krytykę i argumentację. Całość skutkuje oderwaniem od rzeczywistości, błędną oceną faktów i fałszywymi wnioskami.

Weźmy dla przykładu takich „działaczy ekologicznych”, którzy onegdaj wsławili się blokowaniem inwestycji drogowych. Nie wiedzieć czemu uznali oni, że przyroda bez nich sobie nie poradzi z kolejną drogą i nastąpi kolejne zlodowacenie, a całe życie organiczne na Ziemi szlag trafi. Do głów im nie przyszło, że w dziejach naszej planety okresy zlodowaceń są czymś naturalnym, podobnie jak i to, że natura od tysięcy lat radzi sobie z różnymi formami nie zawsze mądrej działalności człowieka. Nie raczyli przy tym zauważyć, że prawdziwym problemem, stanowiącym zagrożenie dla wszystkich ekosystemów, stanowią TIR – y. Jakoś żaden ekolog nie zaprotestował przeciwko rozjeżdżającym i tak już kiepskie polskie drogi tabunom olbrzymich ciężarówek. Hałas i smród to tylko jedna strona medalu. Drugą stanowi część kierowców TIR – ów i ich wyczyny, z rozsądkiem, przepisami, wyobraźnią czy kulturą nie mające nic wspólnego. No, ale przecież skądś trzeba czerpać fundusze na walkę z globalnym ociepleniem, więc i TIR – y i „czerwona fala” na sygnalizatorach głównych ulic miast najwyraźniej mają swoje uzasadnienie ekonomiczne.

To jednak i tak drobne zmartwienie wobec polityków wszystkich opcji, którzy licytują się, kto więcej wyciśnie od podatników „walkę z biedą”. Gdyby miarą oceny bogactw naturalnych Polski były przepojone duchem socjalizmu programy polityczne, to na pierwszym miejscu znalazłaby się bieda. Jest ona tak cenna dla socjalistycznej gospodarki, że kolejne ekipy rządzące raczej złupią ze skóry podatników, niż zatroszczą się o to, aby była uczciwa praca i jak najmniej biedy. No, ale w końcu jeśli wierzyć mediom, to populizm jest domeną środowisk prawicowych, w szczególności zaś tych, które na bogactwo każą zapracować.

Ostatnio ofiarą manii wielkości stała się minister zdrowia Kopacz Ewa, której sodówka uderzyła do głowy po wprowadzeniu dla ubezpieczonych odpłatności za „procedury medyczne”. Ostatnio pani minister postanowiła wyposażyć ZUS w nowe uprawnienia. Specjalni funkcjonariusze ZUS będą sprawdzać, czy chory jest chory, czy leży zgodnie z zaleceniami i czy wykupił przepisane leki. Ponieważ jednak na receptach brak wskazań, gdzie należy odbywać kurację, jak również nigdzie nie ma zapisanego obowiązku wykupywania przepisanych leków i wpuszczania kontrolerów ZUS - u, więc najwyraźniej mamy do czynienia z tresowaniem społeczeństwa do permanentnej inwigilacji ze strony urzędów.

W porównaniu z wszechogarniającą manią wielkości wszelkie świńskie czy ptasie grypy to jedynie dziecięce igraszki. To zwalczaniem manii wielkości, jako prowadzącej do kompletnego skretynienia powinna się zająć służba zdrowia. No ale cóż, skoro minister najwyraźniej też symuluje zdrowie a na stosowną kontrolę nie ma co liczyć.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Buraki gniją, ryby się psują

W PRL – u krążył taki dowcip: Co się zbiera, gdy buraki zgniją na polu? Plenum. Ten dowcip nieodmiennie nasuwa mi się, gdy słucham kolejnych rewelacji, jak to ZUS pogoni symulantów. Rzecz jasna nikt nie lubi oszustów i trudno mieć zastrzeżenia do samej akcji. Jednocześnie jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że ZUS, czego by nie powiedzieć – instytucja nie słynąca z gospodarności, przeraził się w tym momencie konkurencji. O kontroli wydatków ZUS i Ministerstwa Zdrowia jakoś nie słychać. No, ale kto normalny strzela sobie w kolano.

Warte podkreślenia w całej sprawie jest to, że akcja „kontroli” ubezpieczonych zbiegła się w czasie z „komercjalizacją” służby zdrowia, w której nikt na razie nie wie dokładnie, ile i za jakie „procedury medyczne” zapłaci ubezpieczony. Za to można przypuszczać, że „zaoszczędzone” w ten sposób pieniądze w pierwszej kolejności zasilą konta bankowe kontrolerów ZUS – u.

Żeby było weselej UOKiK nałożył na, jakże by inaczej – NFZ karę w wysokości 1,1 miliona złotych za łamanie zasad konkurencji przy zawieraniu kontraktów na świadczenia medyczne. Kto w rzeczywistości zapłaci ową karę i pokryje inne wydatki urzędasów związanych ze „służbą zdrowia” (a o chorych ani słowa), pozostawiam domyślności czytelników.

No cóż, nie od dziś wiadomo, że resort zdrowia czasy świetności ma dawno za sobą. Widać rację miała szlachta, która twierdziła, że jaki pan, taki kram. Inne powiedzenie dawnej szlachty głosiło, że ryba psuje się od głowy, co zwolennikom kolejnych kontroli polecam jako wytyczną.

Linki:

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/23298

http://wiadomosci.onet.pl/2019814,11,item.html

sobota, 1 sierpnia 2009

Triki polskiej polityki

O tym, że w Polsce do zostania politykiem nie trzeba wielkich kwalifikacji każdy może się przekonać osobiście. Wystarczy włączyć jakiś serwis informacyjny, program publicystyczny czy – wersja dla miłośników ekstremy – transmisję obrad sejmu. Żeby jednak nie było, że bycie politykiem jest tak banalnie proste, przyznać trzeba, że konieczne jest opanowanie pewnych umiejętności, wymagających nielichych predyspozycji moralnych.

Pierwszą z nich jest nęcenie. Chodzi w nim o znęcenie możliwie najszerszego elektoratu różnymi obietnicami, czyli obiecywaniu wszystkim wszystkiego. W nęceniu niezwykle ważne jest, aby umieć wykpić obietnice konkurencji, a jeżeli obiecuje ona dokładnie to samo, to udowodnić, że nasza obietnica jest korzystniejsza. Oprócz tego w nęceniu ogromną rolę odgrywa umiejętność zaprzeczania złożonym w kampanii obietnicom tudzież udowadnianie, że na ich realizacji elektorat więcej straci, niż zyska.

Drugą umiejętnością, jeśli już elektorat został skutecznie zanęcony i wybrał nas na z góry upatrzone stanowisko, jest mądre bredzenie. Chodzi mniej więcej o to, aby z mądrą miną bredzić na każdy temat, jak nie przymierzając Najwybitniejszy Noblista Wśród Stoczniowców (i nie tylko). Dobrze jest, jeżeli brednie będą podchwytywane przez media. Wtedy można wyrobić sobie opinię błyskotliwego, kontrowersyjnego lub znaczącego na polskiej scenie polityka, co w przyszłości znacznie ułatwi nęcenie na następna kadencję.

Wszelako najważniejszą sprawnością polityka jest opanowanie tzw. manewrów napoleońskich. No bo wiadomo, każdy chciałby pożyć, a przy takiej okazji łatwo zrobić coś, czego elektorat może nie zaakceptować i nie wybaczyć. I tu w sukurs przychodzą manewry napoleońskie, których zadaniem jest odwrócenie uwagi elektoratu od spraw istotnych ku sprawom mniej istotnym. Dzięki skutecznie przeprowadzonym manewrom napoleońskim można przeprowadzać różne „dochodowe” pomysły, typu kryzysowe 71 milionów zł na nagrody dla urzędników miejskich, komercjalizację państwowej służby zdrowia bądź też sprzedać bez zapłaty stocznie nie wiadomo komu.

Manewry napoleońskie występują w trzech odmianach, które oferują szeroki wachlarz możliwości. Pierwszą odmianą, z racji wieloletnich tradycji, są zadymy. Pałowanie zawsze wzbudzało ogromne emocje społeczne. Warto przy tym tradycyjnie pałowanych post factum obrzucić błotem i wyzwiskami. Zadymy nadto stwarzają władzy możliwości wprowadzenia przepisów godzących w wolność jednostki, często sprzecznych z konstytucją, i to przy pełnej akceptacji społecznej. Ot, chociażby nowe prawo o bezpieczeństwie na stadionach, przekazujące władzom klubów sportowych prawa dotychczas zastrzeżone dla dla instytucji państwowych. Co ciekawe, nikt z admiratorów tegoż prawa nie wspomina ani słowem o tym, jak i za co krytykował sądy dwudziestoczterogodzinne.

Drugą odmianą manewrów napoleońskich jest kierowanie debaty na tematykę drażliwą społecznie. W Polsce jest spory wybór takowej tematyki: aborcja, in vitro, małżeństwa homoseksualne, adopcje dzieci przez te małżeństwa itd., a ostatnio doszło prawo do posiadania broni. Ten ostatni temat jest o tyle ciekawy, że akurat na dniach opracowywana jest nowelizacja ustawy o policji i teraz będzie mogła strzelać bez ostrzeżenia, jeśli poczuje się „zagrożona”. Ponieważ nie wiadomo właściwie, na czym owo zagrożenia ma polegać, w takim kontekście dyskusja nad pomysłem uzbrajania społeczeństwa wygląda doprawdy kuriozalnie.

Trzecia odmiana jest stosowana, kiedy żadną miarą nonsensu danej inicjatywy ukryć się nie da. Wtedy w sukurs przychodzą eksperci i sporządzane przez nich ekspertyzy. Najlepiej, żeby byli to eksperci „niezależni”, co trzeba mocno akcentować tym bardziej, że nikt nie wie od czego są właściwie „niezależni” ani też, w czym i dlaczego są lepsi od ekspertów „zależnych”.

Przykładem trzeciej wersji manewru napoleońskiego jest reforma programowa szkolnictwa, sygnowana przez minister edukacji Katarzynę Hall. Oto w publikacjach dotyczących tejże reformy najpierw wraz z grupą ekspertów opisują, jak rozciągnięcie obowiązku szkolnego oraz obniżenie wymagań na maturze obniżyło ogólny poziom wykształcenia młodego pokolenia. Teraz maturę zdają osoby, które dawniej nie miały szans na wyjście poza szkolnictwo zawodowe, potem idą na studia... To nie kryzys, to rezultat, można podsumować za Stefanem Kisielewskim.

Publikacja jest dostępna w internecie, więc nie ma sensu jej streszczać. Warto jednak zwrócić uwagę na kluczowy argument w sprawie reformy. Oto, jak konstatują eksperci, nowa organizacja kształcenia pozwoli uczniom osiągnąć poziom, którego oczekiwaliśmy od absolwentów liceów w latach ich świetności (t. 4, s. 9). Szkoda, że eksperci pod wodzą minister Hall nie zaczęli od wskazania źródeł owej minionej świetności, która przejawiała się niebotycznym poziomem oraz osób odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy. Mieliby znacznie mniej pracy przy wyważaniu drzwi otwartych na oścież. Ale – kto to zauważy, skoro wypowiedzieli się eksperci?

Linki:

www.reformaprogramowa.men.gov.pl