wtorek, 30 czerwca 2009

Jak kiedyś

Jak kiedyś premier z ministrami przemierzają kraj z gospodarską troską opatrując pola, wały i zagrody. Jak kiedyś z obiecują pomoc z kasy państwowej. Jak kiedyś część społeczeństwa zastanawia się, kiedy wreszcie Polska będzie normalnym krajem. Patrząc na dzieje powojenne Polski – nie prędko, albowiem fundamenty jej solidne choć wiekowe. Ku takiej refleksji skłania rocznica sfałszowania przez sowieckich agentów referendum 30 czerwca 1946 r., które wprowadziło między innymi ustrój gospodarczy zaprowadzony przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej. Formułka ta okazała się być wstępem do przeprowadzonej na szeroką skalę grabieży własności prywatnej i likwidacji prywatnej przedsiębiorczości. W ich wyniku Polacy stali się wyrobnikami we własnym kraju. Zastanawiające jest, że mimo 20. lat od tzw. upadku komuny, skutki fałszerstwa sprzed 63 lat są równie trwałe, co postanowienia konferencji jałtańskiej.

Pojawiające się np. w kwestiach gospodarczych różnice względem dania wczorajszego wynikają z likwidacji całych gałęzi gospodarki. „Unarodowienie”, będące w swej istocie upaństwowieniem ma się dobrze, zaś „inicjatywa prywatna” poddawana coraz skrupulatniejszej kontroli państwa staje się zakładnikiem zapisanej w konstytucji „sprawiedliwości społecznej”. No, ale ktoś przecież musi finansować zarówno ekonomiczne przeżytki PRL – u, jak i „filantropię” rządzących. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że szeregowi pracownicy budżetówki są podmiotem równie bezczelnych kradzieży, co „inicjatywa prywatna”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że fałszerstwo wprowadzające w Polsce socjalizm stało się stylem sprawowania władzy. I nie chodzi tu o okres PRL – u, ale czasy współczesne, w których jakże się rozwijają popeerelowskie pojęcia „koryta”, „żłobu”, „stołków” czy „kiełbasy wyborczej”. W tych określeniach tkwi kwintesencja społecznego braku zaufania i szacunku do władzy. Jakby tego było mało, jak w PRL – u, na potęgę mnożone są idiotyczne przepisy prawa, wprowadzane w życie z podziwu godną bezmyślnością.

Najdobitniej jednak duch referendum z 1946 r. wyraża się w mentalności społecznej. To z jednej strony zastępy leserów, którzy uważają, że „sie należy”. Z drugiej strony wyuczona nienawiść do burżuazyjno – kapitalistycznych wyzyskiwaczy. Obok słusznego sprzeciwu społeczeństwa wobec planowanych podwyżek podatków celem pokrycia manka w kasie pojawia się bowiem postulat zwiększenia obciążeń dla... firm. Tylko dzięki socjalistycznej tresurze można zgłaszać postulaty, żeby wszystko zdrożało a płace spadły, bo przecież w konsekwencji firmy podniosą ceny i będą cięły koszty, aby wyjść na swoje. Ale to już szczegół.

Ciekawym nawiązaniem do czasów PRL – u jest pomysł, aby prezydentem kraju mógł być przewodniczący partii. Tej samej partii, która w 2005 r. podniosła larum, że prezydentem nie może być osoba wywodząca się z dysponującej większością parlamentarną partii. Ale inne czasy, inni ludzie, to i wszystko już być może. Może nawet do urzędu prezydenta i funkcji przewodniczącego partii dołączy się jeszcze urząd ministra obrony narodowej, patent oficerski i ciemne okulary? A na straży zaprowadzonego porządku stanie ze swą całą powagą jaki sojuz. Jak kiedyś...

Link: http://www.dziennik.pl/polityka/article407411/Polacy_nie_zgadzaja_sie_na_plan_Tuska.html

środa, 24 czerwca 2009

Na początku klapy

Światowy kryzys finansowy, który miał Polskę ominąć, jednak jej nie ominął. Jeszcze w maju rząd zarzekał się, że nie ma potrzeby zwiększania deficytu budżetowego, ale już w czerwcu zmienił zdanie, albo kalkulator, i zamierza zwiększyć o prawie 50%. To, że w maju mówił jedno, a w czerwcu drugie jest po części skutkiem wyborów do PE, bo jakże tu przed konkursem straszyć elektorat? Ale też swoją drogą czas pokazuje, że jak rząd się przed czymś zarzeka, to zrobi dokładnie odwrotnie niż mówi. Podobnie zresztą postępuje w kwestii obietnic.

Tymczasem Komisja Europejska zażądała od niepodległej Polski zmniejszenia deficytu budżetowego. W ramach rozwiązywania klasycznego dylematu godzenia d... z batem rząd jak zwykle planuje sięgnąć do kieszeni podatników. I tak sonduje opinię informacjami o wzroście akcyzy i VAT – u, zaś we wrześniu dowiemy się, czy nasi panujący podniosą w przyszłym roku podatki. Ostatnio też pojawiły się spekulacje na temat powrotu trzech progów podatkowych. Mało tego, władza „tnie wydatki ministerialne”, czyli należy się spodziewać, że ludzie będą musieli dopłacać do usług finansowanych z podatków, aby nagrody urzędnicze pozostały na odpowiednio wysokim poziomie.

Rzecz jasna finansowe żądania KE to dla władzy miód na rany, bo dzięki temu będzie mogła rozłożyć ręce i jak za dawnych lat racjonalnie zwalić winę na czynniki wyższe. Paradoksalnie argumentem orędowników UE jest to, że jak władza nie zmniejszy deficytu budżetowego, to Polska później wejdzie do strefy euro. Tylko po co się tam pchać, skoro tam ponoć kryzys jeszcze gorszy niż tutaj? Ano, tego władza nie mówi, a niezależne media obiektywnie nie nie pytają.

To zresztą ani nie pierwszy kryzys w dziejach Polski, ani nie pierwszy plan „wychodzenia z dołka”. Warto przy tym zwrócić uwagę, że tak jak wszystkie plany walki z kryzysem poronione po 1945 r. tak i obecny miast wprowadzać stymulujące rozwój gospodarczy reformy wolnorynkowe, sięga do kieszeni podatnika. Konsekwencje takiego postępowania są łatwe do przewidzenia. Wyjdzie tak, jak walka z przestępczością – coraz więcej specjalnych służb i policji różnej maści, a przestępczość ma się dobrze i nawet przyrasta. No, ale jak ma nie przyrastać, skoro najaktywniejszą ze służb jest straż miejska, co się dwoi i troi i ze skóry wychodzi? Swoją drogą jest to również najbardziej ekologiczna ze służb, która wzorem ekoterrorystów służy społeczeństwu zatruwając obywatelom życie. Nie za darmo, rzecz jasna.

niedziela, 21 czerwca 2009

Komisariat swobody gospodarczej

Widać, że doświadczenia z nieakcyzowanymi używkami mocno wpłynęły na stosunek do życia władz naszych, ewidentnie drogich. I tak staropolskie przysłowie, co to jest mądrością narodu, głosiło dotąd, iż „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Aż tu przy tzw. „korycie” powstała aktualizacja dawnej mądrości i teraz widać, że „apetyt rośnie w miarę wąchania” jeszcze bardziej. Skojarzenia z przyswajaniem nieakcyzowanych substancji odurzających są jak najbardziej na miejscu, gdyż miraże wielkości władz wyglądają jak delirium narkomana. Oto bowiem jeszcze Jerzy Buzek nie został szefem Parlamentu Europejskiego, a już nasze ewidentnie drogie władze mamią masy splendorami stanowiska komisarza UE do spraw przemysłu albo nawet rynku wewnętrznego. A to dlatego, że komisarz od rynku dba przede wszystkim o to, żeby w Unii było jak najwięcej swobody gospodarczej.

Namaszczenie do roli kandydata na wzmiankowane stanowisko Janusza Lewandowskiego wydaje się być wyjątkowo konsekwentną politycznie decyzją władz naszych, ewidentnie drogich. Trzeba bowiem pamiętać, że w latach 1990 – 1993 Janusz Lewandowski pełnił funkcję ministra do spraw przekształceń własnościowych, czyli mówiąc po polsku – prywatyzacji. Efekty jego ministrowania można podziwiać do dziś kupując produkty z obcojęzycznymi metkami, nawet w przypadku tych wyprodukowanych na ziemiach polskich. A i nie od dziś wiadomo, że w sojuzie jaki komisarz, takie swobody. Gospodarcze też.

Zanim jednak staniemy się polityczno – gospodarczą potęgą w strukturach decyzyjnych UE musimy wygrać, a jak półgębkiem napominają media, „stare” kraje UE są przeciwne przekazywaniu takich stanowisk działaczom z „nowych krajów”. To wszystko zapewne dlatego, że UE to przecież organizacja pełna tolerancji, wolności i równości wszystkich we wszystkim. Z tych też powodów pojawiły się głosy o konieczności dostosowania jeszcze obowiązującej polskiej Konstytucji do wymogów Unii, choć odwrotnie byłoby szybciej, łatwiej i uczciwiej wobec obywateli wszystkich państw członkowskich, nie tylko Rzeczypospolitej Polskiej.

Ekscytowane tym wszystkim społeczeństwo polskie musi się jeszcze uporać z kryzysem wewnętrznym w Iranie. Nic więc dziwnego, że w tym całym rozgardiaszu nie ma czasu na stawianie ewidentnie drogiej władzy pytań istotnych. Ot, chociażby o to, jakim „cudem gospodarczym” władze w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2009 r. narobiły manka na przeszło 16 miliardów złotych? A dalej – jak zapowiadane podwyżki akcyzy i VAT – u mają się do obiecywanego przez dwa lata podatku liniowego „3 razy 15%”? Podobno teraz sezon ogórkowy, więc korzystając z wolnego czasu niech wytłumaczą się z cudu, gdzie „tanie państwo” przepoczwarzyło się „tanie draństwo”.

sobota, 13 czerwca 2009

Schizofrenia czy kiepska propaganda?

Zawrzało wśród emigracji, która dowiedziała się, że rząd kombinuje, jak pozamykać polskie szkoły przy ambasadach. Ponieważ informacja została zdementowana, przeto więcej niż pewnym jest likwidacja polskich szkół. W charakterze analogii, gdy obecny rząd robi co innego niż obiecuje, przypominam usłużnie chociażby podatek liniowy. Poza tym jak zwykle pytam – kto ich wybrał, bo to nie żaden kryzys, tylko rezultat. Ponoć emigracja europejska tłumnie zagłosowała na „europejczyków” z PO...

Dość ciekawie wyglądało wspomniane dementi wyemitowane przez Wiadomości TVP 1. Oto pojawił się niedogolony przedstawiciel władzy, którego nazwiska nie chciało mi się odczytywać i zapowiedział, że nie są planowane likwidacje polskich szkół przy ambasadach, ale skoro euro spadło o 30% to znaczy, że trzeba będzie zapłacić 30% więcej. Niby poza kiepską polszczyzną w jego wypowiedzi nie było nic intrygującego, ale jednak. Przecież o znacznym spadku wartości euro mówił reprezentant rządu w te pędy planującego rezygnację na rzecz wzmiankowanego euro z atrybutu niepodległości, jakim jest własna waluta. Schizofrenia czy kiepska propaganda?

Podobne pytanie nieodparcie nasuwa się przy okazji kolejnych „parad równości”. Otóż uczestnicy tych imprez walcząc o tolerancję (czyli dosłownie „znoszenie”) bezlitośnie tępią osoby, ośmielające się mieć inne poglądy w afirmowanych przez aktywistów kwestiach. Domagają się przy tym specjalnych praw i przywilejów (np. specjalnych nowelizacji prawa). Najwyraźniej aktywiści nie wiedzą, że prawa i przywileje wiążą się z obowiązkami, gdyż czym innym wytłumaczyć ich milczenie w kwestii zobowiązań? 

środa, 10 czerwca 2009

Wolność, równość, jajecznica

No i po wyborach... Na czas wyborów wymyśliło „ciszę wyborczą”, czyli taką dyskretną tresurę do pełnej cenzury. Piszę „dyskretną", albowiem w swej istocie cisza wyborcza polega na zakładaniu knebla cenzury obywatelom, podczas gdy partie nie zdejmują swoich plakatów i „mordy wiszą”. A przecież złamaniem ciszy wyborczej jest każde działanie, mające na celu nakłanianie do głosowania za, a nawet przeciw. 

To zresztą nic dziwnego, gdyż aby „żyło się lepiej” konstytucyjna równość obywateli wobec prawa została sprowadzona do poziomu orwellowskiego Folwarku zwierzęcego, gdzie „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze”. Przykład? Pismo z sądu, w którym wymiar sprawiedliwości domaga się od adresata opłaty z tytułu apelacji wniesionej przez osoby trzecie. Rzecz jasna zaskarżenie tego kretynizmu w Polsce jest nader skomplikowaną formą samobójstwa w sytuacji, gdy adresat sam założył apelację i domaga się sprawiedliwości. Ale składając wniosek do sądu spróbujcie zamienić jedną literkę czy cyferkę... 

środa, 3 czerwca 2009

W walce z kryzysem

Nasz drogi, niestety nie w sensie metafizycznym, rząd przyjął "pakiet antykryzysowy", w myśl którego osoby jeszcze pracujące mają utrzymywać oprócz osób niepracujących persony pracujące mniej, bo zakład plajtuje. Pojawiły się też propozycje podniesienia wysokości podaktu VAT, czyli że sfinansować imprezę mają najbiedniejsi, bo ci, którzy zarabiają dużo i tak sobie VAT odliczą, a więc im przybędzie.

Rozwiązaniem byłby powrót do praktyk stalinowskich, czyli delegalizacja bezrobocia, a tym samym społecznych kosztów jego utrzymania. Mało tego - "przestępcy bezrobocia" mogli by w w ramach pokuty zapieprzać przy budowie autostrad w ramach zapowiadanego onegdaj "cudu gospodarczego".

wtorek, 2 czerwca 2009

Między wierszami

Trudno się nie zgodzić z powiedzeniem przyrównującym polityków do pieluch – ciągłe zmiany, a skutek zawsze ten sam. Tym niemniej w okresach mniej lub bardziej cyklicznych człowiek ma okazję dzięki „swym reprezentantom” poczuć się ważny, a nawet ceniony. Innymi słowy mowa o wyborach i hucpie przy tej okazji organizowanej. A że w stresie nietrudno o wypadek, tedy tu i ówdzie słówko ciekawe się pojawia. Ot, chociażby w spotach wyborczych.

PO przekonuje Polaków, że o wartości naszych racji w polityce międzynarodowej, np. z Rosją, nie decyduje przynależność do Unii, ale do koterii w PE. Jakoś gryzie się to z zapowiedziami z 2003 r., z których wynikało coś przeciwnego, co znajduje potwierdzenie w lansowanym przez PO haśle „stawiania na Polskę”, która najwyraźniej stała się obiektem jakiegoś zakładu. PSL z kolei wpadło na pomysł, że Polskę powinni reprezentować ludzie znający polskie realia. Wychodzi na, że najlepsi będą „ruscy szachiści”, jak mawia S. Michalkiewicz, bo obecni i poprzedni reprezentanci wymogu znajomości realiów raczej nie spełniają, bezmyślnie wykonując dyrektywy Komisji Europejskiej. 

Krytyczny wobec obecnego rządu PiS jest wprawdzie „za Europą” (czyli w Azji lub Afryce), ale zachęca do głosowania na siebie perspektywą „żółtej kartki dla rządu”, który w wyborach nie startuje. Równie krytyczne wobec obecnego rządu SLD zapowiada walkę o wizję Europy i świata, w której będzie kontynuować organizowanie „udanych referendów”, w czym ma doświadczenie od 1946 r. po 2003. Rzecz jasna w sprawie przyjęcia traktatu lizbońskiego referendum nie będzie. Zapewne za to w takowym „udanym referendum” zechce rozwiązać kwestię złożonego w sejmie projektu lewicy, dotyczącego zapłodnień in vitro, który czeka już 8 miesięcy. A normalna ciąża trwa dziewięć.

Jak wiadomo Libertas tworzą polscy patrioci, którzy będą popierać polską gospodarkę narodową. Tyle, że Libertas działa nie tylko w Polsce i należy przypuszczać, że niepolscy patrioci będą popierać interesy gospodarcze własnych państw, nawet kosztem Polski. Z kolei krytykująca UE w ostrych słowach Samoobrona domaga się sprawiedliwości społecznej oraz Unii równych szans, czyli przekształcenia eurokołchozu w euro – PGR dla debili. Tylko kto to będzie utrzymywał?

Prawica RP wybiera się do PE uczyć europejskiej historii oraz zabawiać rozmówkami, tłumaczącymi polskie prawo. UPR chce bronić polskich praw, Centrolewica – przeciwnie, zaś Polska Partia Pracy sprzeciwia się prywatyzacji walcząc o własne miejsca pracy. 

Rząd przyjął program walki z kryzysem, przeciw czemu winna zaprotestować PPP w myśl swego hasła Nie będziemy płacić za wasz kryzys. Po raz 6 lub 7 minister infrastruktury Grabarczyk jest na wylocie. Należy mu życzyć objęcia stanowiska ministra ds walki z kryzysem, która zapewne wyjdzie mu tak jak budowa autostrad.