piątek, 27 czerwca 2008

Sezon skutecznie zgniłych ogórków

Media radośnie obwieściły początek sezonu wakacyjnego polityków. Pomijając złośliwe skojarzenia w kwestii poziomu intelektualnego adekwatnego przy wakacjach (studenci mają przerwy semestralne), informacja ta ma bardzo ważny podtekst. Oznacza bowiem, że gospodarka ma wreszcie szansę odpocząć od machinacji, tj. pardon – regulacji czynionych „normalnie” przez wakacjonowanych polityków. Oczywiście, jeżeli przyjąć za prawdziwe twierdzenie Stanisława Michalkiewicza, że po 1 mają 2004 polscy politycy mają permanentne wakacje a ich jedynym zadaniem jest realizowanie wytycznych razwiedczikow wsieh stran zmierzających do likwidacji państwa polskiego, to informacja o wakacjach polityków nabiera cech ponurego żartu.
Ponurych żartów, a i żartownisiów rzecz jasna, u nas dostatek i to pomimo sezonu ogórkowego. Oto dziś o poranku z odbiorników radiowych rozległ się głos Najwybitniejszego Prezydenta Wśród Stoczniowców (a i nie tylko jak fama niesie) Lecha Wałęsy. Obwieścił on był urbis et orbi, że przeczytał już sto (cyframi = 100) stron z 700. – stronicowej książki doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, poświęconej swemu mitowi. To bardzo ciekawe, skoro od przeszło miesiąca groził autorom sądem, a już tydzień temu krytycznie i merytorycznie ocieniał treść książki i przytoczone w niej dokumenty jako falsyfikaty. Czyżby tak bez czytania? Byłoby to dowodem ogromnego i stałego wpływu Lecha Wałęsy na polską scenę polityczną po 1989 r. Traktat lizboński posłowie i rząd też podpisali bez czytania.
Stosując spiskową teorię bezpieczniackiej genezy demokracji polskiej można się naocznie przekonać, ileż to bezpieka jest gotowa poświęcić w obronie wykreowanego samodzielnie „autorytetu moralnego”. Oto tuż po publikacji książki niepomnych gróźb doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, po którą ustawiły się kolejki a na realizację zamówienia trzeba czekać przeszło trzy tygodnie („profesor” Bartoszewski pewnie zzieleniał z zazdrości), obiektywny TVN, na zmianę atakujący rząd i opozycję, opublikował materiał o TW „Ketmanie”, którym prywatnie był Lesław Maleszka, „prorok pomniejszy” Gazety Wyborczej. W reportażu tym „Ketman” ujawnia się w całej swej cynicznej ohydzie i wyrachowaniu. Wszyscy zaczynają tropić związki donosów „Ketmana” ze śmiercią śp. Stanisława Pyjasa. Nawet Monika Olejnik od kropki nad „i” (kiedyś piękny i młody, a teraz tylko „i” zostało, w dodatku bez kropki). A o „Bolku”, Cenckiewiczu i Gontarczyku jakoś ucichło. Ten teges...
Wkurzeni stoczniowcy pojechali wreszcie protestować do Brukseli, słusznie wyczuwając, skąd wiatr wieje. Oznacza to, że nawet w stoczniach opadły maszkary iluzji wokół kompetencji decyzyjnych rządu Donalda Tuska. Oglądając telewizyjne relacje zastanowiło mnie jednak, że w Warszawie protestujący stoczniowcy zachowywali się cale inaczej. Była zadyma, demolka i rozpierducha co się zowie. A w Brukseli tylko parę opon poszło z dymem i trochę pohałasowali. Nie widzieli relacji z paryskich przedmieść czy to może inna ekipa? Oczywiście warto by ich zapytać, jak właściwie głosowali w referendum akcesyjnym w czerwcu 2003 r. (w końcu jednak jesteśmy w tej WE) i czy aby ich obecna sytuacja nie jest konsekwencją ich ówczesnych decyzji. Tylko kto by pamiętał takie odległe dzieje, o składanych wtedy przez polityków obietnicach nie wspominając... Może by jednak warto o tym pamiętać, gdy z uporem godnym lepszej sprawy politycy różnych opcji stręczą nam odrzucony traktat lizboński.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Eksperci ignorancji

Pracujący w oparciu o źródła pisane – czyli dokumenty – historyk, w pierwszej fazie prac badawczych dokonuje krytyki źródła w oparciu o warsztat pracy historyka. Tenże warsztat jest najprościej rzecz ujmując zespołem umiejętności i metod wykorzystywanych przy odtwarzaniu rzeczywistości. Niezwykle istotną rolę w warsztacie odgrywa wiedza badacza i dodajmy, że jest to wiedza nader specjalistyczna (np. sposób uwierzytelniania dokumentów w danym okresie czy przez daną instytucję). Wracając zaś do krytyki źródła – jej celem jest określenie jego autentyczności i przydatności pod kątem badawczym. Na marginesie warto też zauważyć, że również falsyfikaty dokumentów są wykorzystywane w badaniach historycznych, ale wyłącznie jako falsyfikaty, nigdy jako oryginały.
Jednym z elementarnych etapów krytyki źródła jest ocena stanu zachowania źródła. W tym przypadku brany jest również pod uwagę dotychczasowy sposób przechowywania źródła (dokumentu), mający znaczny wpływ na stan jego zachowania (proponuję porównać stan dokumentów przechowywanych w domowej szafce i tych w piwnicy w celach światopoglądowych). No dobrze, ale jeżeli dokumenty były przechowywane w warunkach idealnych, czyli w archiwum, a mimo wszystko są niekompletne? Podstawowym obowiązkiem historyka jest określenie kiedy, przez kogo i dlaczego zostały zdekompletowane. To właśnie zrobili panowie Cenckiewicz i Gontarczyk. Nie naruszyli tym samym ustawy o IPN, w której cezurą badawczą jest 31 grudnia 1989 r., gdyż wypełniali swój obowiązek badawczy! Gdyby nie ustalili, kiedy i dlaczego badana dokumentacja została „sprywatyzowana”, wartość poznawcza ich pracy, a więc i publikacji, była by zerowa. Ale to oni są oskarżani o naruszenie ustawy o IPN! Chciałbym przypomnieć, że istnieje jeszcze zapis w konstytucji RP o swobodzie badań naukowych, w którym nie ma ani słowa o jakiejkolwiek cezurze czy cenzurze. A przy okazji – czy niszczenie dokumentacji przez urzędników państwowych z pominięciem odpowiednich procedur nie jest przestępstwem ściganym z urzędu? Bo że za niszczenie zabytków kultury i źródeł historycznych też jest odpowiednia sankcja prawna, nikt nie pamięta. Ani też nikt nie powie, że kraść i oszukiwać trzeba umieć, a jak kto nie umie – skutki jakie widzimy.
Warto w tym miejscu pokusić się o refleksję na tematy ogólne. Pierwszą jest podejście do oskarżanych o konfidencję. Walka z „polowaniem na czarownice” którą właśnie obserwujemy jakoś nie zawsze tak wygląda. Ciekawe, jakie komentarze pojawiły by się w Gazecie Wyborczej, TVN – ie i na forach internetowych (ech, ten „spontan”!), gdyby np. znalazła się teczka o. Rydzyka. Podejrzewam, że teczka takowa nie istnieje, bo inaczej swoboda badań naukowych i swoboda publikacji dawno zwyciężyłyby zaściankowy ciemnogród religijnej kołtunerii moherowych bab.
Drugą refleksję chciałbym poświęcić pewnej dość ciekawej zależności. Wygrywa Małysz – wszyscy Polacy okazują się być ekspertami od skoków narciarskich; „Złotka” - sami eksperci od siatkówki; Otylia Jędrzejczak – eksperci w dziedzinie pływania; Saleta, Kuśnierewicz, Korzeniowski, Kubica, Legień... wyliczać można bez końca. Teraz wszyscy doskonale znają się na historii od strony warsztatu badawczego. Dyskusja na temat książki panów Gontarczyka i Cenckiewicza toczy się nie wokół jej treści i wartości poznawczych, ale wokół badaczy i sposobu w jaki prowadzili badania. Ponieważ to strata czasu (garbatego dopiero mogiła wyprostuje), nie napiszę co sądzę o poziomie pojawiających się wypowiedzi, a tym samym – ich autorach.
Pan Bóg sowicie konsolacjami naród polski obdarzył – gdzie nie splunąć tam ekspert, znawca, autorytet. I to we wszystkich dziedzinach – sport, nauka, ekonomia, gospodarka, polityka... Tylko czemu w Polsce ciągle jest tak wspaniale inaczej?!

piątek, 20 czerwca 2008

Dezinformacja specjalna

Służby specjalne zajmują się działalnością specjalną, dzięki czemu służby zwyczajne zajmują się działalnością zwyczajną, która jako taka jest mniej pasjonująca niż działalność specjalna a i niespecjalnie dobrze płatna. Jednym z najistotniejszych kryteriów, pozwalających rozpoznać działalność specjalną jest otaczająca ją tajemnica i dezinformacja. W przeciwnym przypadku taka działalność staje się zwyczajna, a to przynosi omówione wcześniej konsekwencje.
Podstawą pracy służb specjalnych jest informacja. Dzięki niej można prowadzić „gry” operacyjne, do których należy również i dezinformacja. Nikt jednak sam wszystkiego robić nie może, więc potrzebni są różni donosiciele oraz agenci wpływu. Jednych i drugich umieszcza się, gdzie tylko można, aby z jednej strony zbierać informacje o danym środowisku, z drugiej zaś – dementować informacje o zbieraniu informacji.
Najlepszymi agentami, obok zwerbowanych akurat przez nasze służby specjalne są agenci konkurencyjnych służb specjalnych, względnie przejęci po służbach specjalnych okupacyjnych reżimów. Ci ostatni zwłaszcza są bezcenni – w obawie przed ujawnieniem prawdy gotowi są na każde draństwo, aż dziw bierze, że poczucie przyzwoitości może być w takim niedorozwoju względem instynktu samozachowawczego.
Oczywiście do najcenniejszych informacji zdobywanych przez służby specjalne należą te o konkurencyjnych służbach specjalnych. Rzecz jasna nasze służby specjalne też są konkurencyjne dla innych służb specjalnych, więc trzeba strzec informacji o nich za wszelką cenę. Niestety w demokracji czynnik ludzki w parlamencie domaga się kontroli nad służbami specjalnymi. I co wtedy? Ano trzeba wprowadzić zasadę, że kontrolę nad specsłużbami mogą mieć wyłącznie osoby, które uzyskają certyfikat bezpieczeństwa, zezwalający na dostęp do tajnych informacji o służbach specjalnych. Certyfikat ten wydają właśnie służby specjalne, więc wszystko zostaje w rodzinie.
Bo podstawą działalności przez cały czas jest tajemnica. Zdemaskowany agent jest bezużyteczny, podobnie jak zdemaskowany konfident czy zdemaskowany agent wpływu. Nikt nie wypaple nic ważnego przy donosicielu, nikt się nie nabierze na agitacje agenta wpływu. Dlatego agenci wpływu bronią tajemnic specsłużb broniąc tym samym własnego tyłka, a specsłużby bronią tyłka agentów broniąc tym samym własnych interesów. Ręka rękę myje, proste jak konstrukcja cepa. Tym bardziej, że brak parasola służb specjalnych może mieć przykre następstwa – oto wyda się plagiat pracy magisterskiej, kompan od kieliszka da w mordę za kablowanie itd. Same niezasłużone przykrości.
A teraz zgadnijcie – co w świetle powyższego sądzi autor o przeciwnikach lustracji?

środa, 18 czerwca 2008

Sąd hisotrii w sądzie TVN

Dzisiaj pojawiły się tzw. szczotki drukarskie książki o współpracy Lecha Wałęsy z komunistyczną bezpieką. Zawiera ona bite 700 stron. TVN „Fakty” pokazały je najwybitniejszemu prezydentowi wśród stoczniowców, który je przejrzał i stwierdził, że po pierwsze nie ma żadnego dokumentu, który nie był wykorzystany w jego procesie lustracyjnym, po drugie – to same falsyfikaty nie udowadniające agenturalnej przeszłości Wałęsy i nie mające z nim żadnego w ogóle związku.
Bardzo ciekawe. Jak szybko Lech Wałęsa jest w stanie przejrzeć 700 stron tekstu dokonując jego dogłębnej analizy pod kątem autentyczności i wcześniejszego wykorzystania przytoczonych dokumentów? Jakie ma kompetencje ku temu? Dlaczego nie udowadniające jego agenturalnej przeszłości falsyfikaty (z którymi w ogóle nie miał nic wspólnego) były badane podczas jego procesu lustracyjnego?
Umiejętność czytania jest nader przydatna w pracy historyka, a umiejętność analizy dokumentów – bezcenna. Nader ciekawe wnioski można wyciągnąć również z tego, jakich ewentualnie dokumentów brakuje. Teczka „Bolka” pierwotnie liczyła przeszło 2500 stron, a zostało parę setek. Ciekawe, prawda? A najciekawsze te mikrofilmy, z których też niewiele zostało. Ale według raportu Macierewicza istnieją jeszcze dwie kopie mikrofilmów ubeckich akt. Jeden pewnie jest w Moskwie, a gdzież może być drugi, skoro wiadomo tylko, że poza granicami RP?
Katarzyna Kolenda – Zaleska od razu wygłosiła stwierdzenie, że publikacja historyków IPN jest bardziej publicystyczna niż historyczna. Błysnęła przy tym refleksem, porównując ją do „dzieł” Jana Tomasza Grosa i zauważając, że tamte nie były przedstawiane jako publikacje historyczne. A kto, jak nie TVN i Gazeta Wyborcza mówił o kolejnych publikacjach „światowej sławy historyka” Grosa „odsłaniających wstydliwe oblicze stosunków polsko – żydowskich podczas i po zakończeniu drugiej wojny światowej”?!
Przy okazji – jakie podstawy do przeprowadzenia iście ekspresowej merytorycznej oceny 700 – stronicowej publikacji historycznej ma p. Kolenda – Zaleska? Jako historyk nie wygłaszam sądów na temat pracy filologów, bo czuję się niekompetentny. W TVN widać nawet nieczynny zawodowo filolog (K. Kolenda – Zaleska), o paskudnej dykcji i leksyce, jest bardziej kompetentny w kwestiach historycznych niż badacze dziejów z IPN.
Wałęsa może straszyć sądem – najpierw potrzebne będzie przeprowadzenie analizy istniejących dokumentów, by stwierdzić, czy doszło do zniesławienia, a więc czy jednak aby nie był „Bolkiem”, dopiero potem możliwe stanie się wydanie wyroku. Nie sądzę, żeby historycy IPN pisali bzdury bez pokrycia faktograficznego i dokumentarnego. To między innymi ich różni od Grosa.
Sędziowie sądów nie są historykami, więc niech pracę historyków zostawią historykom, albo najwyższy czas pożegnać korporacyjne przywileje sędziowania i dopuścić do orzekania historyków, którzy też potrafią czytać, więcej w odróżnieniu od sędziów rozumieją, a zarabiają nieco mniej.
Czekam na proces, jaki Wałęsa im wytoczy – będzie ubaw po pachy, zwłaszcza jeśli TVN przeprowadzi relację na żywo. Może jakiś „Big Bolek Brother”?

niedziela, 15 czerwca 2008

Łysa ratyfikacja

Miała być aklamacja, jest weto, będzie ratyfikacja. Łysina zawsze zaczyna się od wypadnięcia jednego włosa.
Ten tekst też miał wyglądać inaczej.

sobota, 14 czerwca 2008

€ - komiwojażerka

Irlandczycy w referendum jako jedyni w całej Europie mieli odwagę powiedzieć, że nie podpiszą bełkotu (czyt. traktatu) lizbońskiego, bo nic z niego nie można zrozumieć. A przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie podpisuje zobowiązań, których treści nie rozumie czy też nie zna, co na jedno w sumie wychodzi. Cześć wam i chwała, Irlandczycy i Irlandki! Nasi politycznie poprawni parlamentarzyści podpisali bez czytania!!! Ciekawe czemu, skoro winni bronić interesów Polski, jako kraju, który ich opłaca. Irlandczycy dostrzegli, że niejasne zapisy traktatu mogą być niekorzystne dla ich kraju, a nasi „geniusze” nie. No, ale to w zasadzie byłby temat na dochodzenie a nie artykuł. W sumie, skoro piłkarzy i trenera naszej narodowej reprezentacji musimy importować z Holandii i Brazylii, to może czas również zaimportować elity polityczne? Byle przyjęli chrzest, a i chrzest im się przyjął.
Najlepsze okazały się jednak reakcje € - entuzjastycznie nastawionych polityków. Oto frau Aniela Merkelowa, kanclerzyca Reihu, wielce nerwowo zapowiedziała, że na najbliższym szczytowaniu w Brukseli badaniom na okoliczność irlandzkiego veta zostanie poddany premier Irlandii. No jasne, tyle, że on akurat osobiście jest zwolennikiem tego traktatu. Równie dobrze można przepytać Lecha Wałęsę na okoliczność praktycznego zastosowania teorii względności albo rozwiązania paradoksu kłamcy. Strata czasu. Ale nic to, jak mawiał sienkiewiczowski patriota. Grunt, że są pozory legalizmu, bo przecież traktat musi być wprowadzony w życie – i już! Jest ordnung, więc trzeba zęby zacisnąć i robić tę unię.
Premier suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej, Donald Tusk, zapowiedział, że przed wyjazdem do Brukseli na szczytowanie a Anielą i € - kompanami będzie rozmawiał z prezydentem Lechem Kaczyńskim o dalszej ratyfikacji traktatu lizbońskiego! Kuriozum jakoweś! Przecież traktat miał wejść w życie tylko po jednomyślnym przyjęciu przez wszystkie kraje członkowskie Wspólnoty € - pejskiej, a właśnie jeden z krajów członkowskich olał ten cały traktat i nawet się nie raczył zarumienić! Chyba premier Tusk to zauważył? Nawiasem mówiąc – w RP suwerenem jest Naród, o czym wspomina artykuł 4 jeszcze obowiązującej konstytucji, nadto Naród ów może sprawować władzę bezpośrednio, tj. poprzez referendum. Zrzeczenie niepodległości na rzecz obcego państwa (flaga i waluta są, hymn nieoficjalnie, konstytucja w drodze) może nastąpić wyłącznie w formie referendalnej. A, znaczy Naród musiałby się dowiedzieć, co tak właściwie jest w tym traktacie? W miękkie trafione – sami nie wiedzą co, ale wiedzą, że Naród jest za głupi, by o sobie samodzielnie decydować. Tylko kto ich wybrał do parlamentowania?
Dobra, mniejsza z tym. Jest popłoch w kwestii „co czynić dalej”. Ale oznaki tego popłochu są wielce symptomatyczne. Przywódcy państw € - kołchozu już raz poronili € - konstytucję, która im przepadła. Popracowali trochę i z dumą zaprezentowali traktat lizboński, będący dawną € - konstytucją, tyle, że mętniej napisaną. I znowu klapa. Więc kombinują, jak tu jednak wtrynić nam to dobrodziejstwo, ponownie nie mówiąc przy tym, co właściwie jest w środku. W ten sposób nie zachowuje się polityk, tylko podrzędny komiwojażer wciskający tandetę! A tego mamy pod dostatkiem i nikomu chyba nie zależy, żeby było więcej. No, chyba, że będzie miał z tego zapewniony stały profit.
Jeżeli komukolwiek naprawdę zależałoby na usprawnieniu WE, winien porzucić imperialistyczne ciągoty, rozpędzić na cztery wiatry towarzystwo darmozjadów Parlamentu € - pejskiego (nadmierna biurokracja tworzy problemy, ale nigdy nie rozwiązuje!) i zaprzestać komunistycznego systemu dotowania różnych gałęzi gospodarki (tzw. dopłaty unijne). Tylko w ten sposób zaczną w gospodarce działać sensowne prawa rynku. Resztę problemów można rozwiązać bez kosztownych pośredników w gronie samych zainteresowanych. Także bez tandety i prowizji komiwojażera.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Bandera z Dodą

Z okazji rozgrywek piłkarskich Mistrzostw Europy, w ramach indoktrynacji zwanych Euro 2008, Polacy gremialnie się oflagowali. Wielu stwierdziło, że co tam – kupiło banderę zaprojektowaną przez oficjalnego sponsora reprezentacji Polski, na której jest wyobrażona futbolówka (tzw. biedronka), napisy Euro 2008 oraz Polska, wszystko czerwone na białym tle, czyli barwy narodowe. No i dobrze. Ale inni zaczęli cwaniaczyć i oszczędzać. Miast wyłożyć parę złotych na piłkarską banderę czy proporczyk, powywieszali flagi narodowe. Postępując według zasady „lepiej odchorować, niżby się miało zmarnować” pokazali, że wieloletnie zohydzanie symboli narodowych dokonywane przez komunistów powiodło się znakomicie. Pokazali, jak nikła jest ich wiedza obywatelska, wiedza o Polsce i jej symbolach, choć w rozlicznych okolicznościach podpierają się argumentami „obywatelskości” i „patriotyzmu”.
Flagę państwową wywiesza się w kilku przypadkach: świąt państwowych, ważnych wydarzeń w dziejach kraju, rocznic takich wydarzeń (w Warszawie np. jest to 1 sierpnia), względnie w trakcie strajków, protestów i powstań.
Awans piłkarskiej reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy świętem nie jest, choć dla niektórych ważnym wydarzeniem. Należy jednak pamiętać, że gra w piłkę nożną, uczestnictwo w turniejach itd. są zasadniczym elementem pracy piłkarzy, i za to otrzymują oni wynagrodzenie. Wydarzeniem nie są również osiągane wyniki. Może gdy wrócą z pucharem... A tu proszę - wszędzie wiszą, samochody obwieszone...
Można by to uznać za objaw sprzeciwu wobec osiąganych wyników, ale równie dobrze można protestować przeciwko wynikom czy poziomowi reprezentacji piłkarskich Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii itd. Miało by to więcej sensu, gdyż tutaj lepsze drużyny dyskryminują gorsze drużyny blokując im drogę do osiągnięć. Robert Biedroń lepiej to wytłumaczy, w końcu z tego żyje.
Istnieje oczywiście możliwość, że to Niemcy świętują swoje zwycięstwo, ale flagi coś nie te. A tak w ogóle – gole dla reprezentacji Niemiec strzelił pochodzący z Polski Lukas Podolski z asystą również pochodzącego z Polski Miroslava Klosego. Gdzie ta Europa by była bez Polaków...
Możliwe też, że do Polski zjechał z Brukseli € - poseł Geremek, ale i tu nie te flagi...
Poważnym wydarzeniem, które winno wzbudzić społeczny protest z towarzyszącym mu oflagowaniem, była decyzja Sądu Najwyższego z dnia 4 czerwca 2008. Sędzia uznała, że wnoszenie składek do OFE jest obowiązkowe, ale składki te nie są prywatną własnością obywatela. To czyją, do cholery, skoro są pobierane z dochodów obywatela?! Tyle, że o tym mało kto chyba słyszał, bo media usłużnie nie rozdmuchały tego wydarzenia ani możliwych jego konsekwencji.
Talmud nakazuje mienie niewiernych, jako bezpańskie, pozyskiwać wszelkimi sposobami. Ale o tym również niewiele osób wie, a i protestować przeciw niebezpiecznie. Poza tym to jakaś ksenofobia i antysemityzm - fuj!
Flaga państwowa to nie plakat z Dodą, ale widać nie wszyscy dostrzegają różnicę.

sobota, 7 czerwca 2008

Euroszopa

Od tygodnia społeczeństwo żyje wyłącznie nadchodzącymi Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej 2008. W zasadzie to żyją tym bardziej media, więc ludzie nie mają wyboru i żyją tym, co im media podsuną.
Trochę może dziwić ten szał na punkcie polskiej reprezentacji piłkarskiej, bo obiektywnie rzecz nazwawszy – ostatnie sukcesy na imprezach międzynarodowych odnosiła ona dość dawno, choć ciągle jeździ, a nawet odgraża się – że po medale. Nawet na „krajowym podwórku” najbardziej liczą się drużyny w składzie których są gracze „z importu”, więc co to za reprezentacja „narodowa”?
Warto też zwrócić uwagę na fakt „zawłaszczania” ME w piłce nożnej przez Wspólnotę Europejską – chociażby sama nazwa, już nie jakieś tam „mistrzostwa europy” ale Euro, bezsprzecznie kojarzące się z walutą WE (waluta jest, ale nie ma „państwa europejskiego”). Jak to jest, że zwalczająca na wszelkie sposoby „nacjonalizmy” WE stara się zawłaszczyć ideologicznie predestynującą wręcz do podsycania nacjonalizmów imprezę? Przy tej okazji trzeba też wspomnieć, że ostatnia afera z okładką Super Expressu (własność tytułu – niemiecka!) jest mocno przesadzona, a każdy kto miał okazję osobiście widzieć jak Niemcy odbierają triumfy niemieckich sportowców, uzna ją raczej za delikatny lapsus towarzyski.
No dobrze, ale jak wytłumaczyć pociąg internacjonalistycznej WE do wybitnie nacjonalistycznych rozgrywek sportowych reprezentacji narodowych? Wallenrodyzm odpada, gdyż chociaż jego istotą są sabotaż, dywersja, to wynikają one z patriotyzmu. Patriotyzm internacjonalisty? Oksymoron.
Bez wątpienia na rzeczy jest kwestia „parcia na szkło”. Próżność ta pozwala zadowolić zarówno kibiców reprezentacji („kibicuję naszym”) jak i wypełnić kwestie ideologiczne („sport to przede wszystkim przyjacielska rywalizacja”), w czym wydatnie pomagają „trybuny honorowe” (a gdzie ta równość?).
Wreszcie kwestia pieniędzy. Taka impreza to przede wszystkim ogromna forsa, którą grzech zostawić profanom.
Mamy więc triumwirat paskudnych grzechów polityki – chciwość, próżność, hipokryzja. A poza tym – wolność, równość, jajecznica.
Niezależnie od wszystkich powyższych cierpkich słów, trzymam kciuki za występy polskiej reprezentacji piłkarskiej. Powodzenia!

środa, 4 czerwca 2008

Perpetuum biurokratum

Miłościwie nam panujący rząd miłości powszechnej ogłosił bombę, gdyż jak mawiali niemieccy apostołowie miłości z Wehrmachtu nic miłości tak nie wznieci, jak gdy na łeb bomba zleci. Przygotowana przez minister Piterę bomba okazała się niewypałem, i nie jest to pierwszy niewypał, z którym rząd premiera Tuska ma problemy. Jak wiadomo sukces ma wielu ojców, ale porażka jest sierotą, więc koledzy klubowi dość wstrzemięźliwie odnieśli się do raportu pani minister, która teraz będzie musiała sama zjeść tę żabę.
Również opozycja, której dotyczył raport, miast się cieszyć jego treścią, krzywi się i poprzez megafon peronowego Gosiewskiego obwieszcza światu, że szkoda pieniędzy na pensję pani minister Pitery. Pokazuje tym samym, że być politykiem nie jest równoznaczne z byciem mężem stanu. Mąż stanu zaproponowałby podwojenie pensji babie, byle dalej zajmowała się tylko rachunkami. Dlaczego? Bo jej pensja nigdy nie pokryje strat w gospodarce czy polityce jakich mogłaby przysporzyć.
Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę – jak już pani minister skontroluje rachunki wszystkich rządów, to może zacząć kontrolować sumienność przeprowadzonych kontroli rachunków wszystkich rządów i tak dalej ad mortem usrandum, czyli takie piterum mobile. Amen.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Tak samo inaczej

W ramach komentarzy do wyroku sądu, przyznającego opiekę nad dzieckiem babci, oskarżającej matkę o narkotyki, alkoholizm i ogólny brak odpowiedzialności, pojawiły się również twierdzenia, że wyrok jest taki a nie inny, bo matka dziewczynki jest lesbijką.
Od razu pojawiła się dyżurna wypowiedź (nie zauważyłem czyja - telewizor jest w drugim pokoju): rodzice homoseksualni kochają swoje dzieci tak samo jak rodzice heteroseksualni. Nie negując tejże wypowiedzi, a to dla braku jakiejkolwiek eksperiencji tegoż tematu, mam jednak pewne wątpliwości.
Z definicji pary homoseksualne nie płodzą dzieci - więc skąd wiadomo? Czy para matka + macocha (względnie ojciec + ojczym) na pewno będzie zapewniać dziecku tyle samo miłości co rodzice heteroseksualni? Wszak konflikty z ojczymami czy macochami częściej kończą się na sali sądowej. Nadto ciekaw jestem, skąd autor wypowiedzi tak dokładnie wie, że uczucia rodziców homoseksualnych i heteroseksualnych są identyczne? Doświadczył tego osobiście?
Jakiś czas temu homoseksualistów określano mianem "kochających inaczej". Oni sami zresztą nie negowali tego określenia. Mało tego - przecież to właśnie orientacja seksualna jest w ich przypadku jedynym kryterium wyróżniającym. To co to za odmienność, skoro w zasadzie jest tak samo?
Homoseksualiści są mi obojętni i tacy pozostaną, do czasu gdy nie zaczną zmuszać mnie do zmiany mojej heteroseksualnej orientacji. Tak zwanych "działaczy gejowskich" postrzegam raczej jako drobnych cwaniaczków, którzy starają się realizować swoje wielkie ambicje nie znajdujące pokrycia w przymiotach charakteru. To, że homoseksualiści dają się podpuszczać i prowadzić - ich sprawa, choć wychodzi na to, że nie są wcale tak wyjątkowi jak im "działacze" wmawiają. Ale w polityce chyba obowiązują jeszcze jakieś standardy i nie wolno wygadywać takich bzdur, jeśli się nie chce narazić na śmieszność i kpiny.

niedziela, 1 czerwca 2008

Jazda polska polskimi drogami

Polskie drogi jakie są – każdy widzi. Dobrze nie jest, a na rychłą zmianę tego stanu rzeczy też nie ma co liczyć. Jako współfinansujący przedsięwzięcie pt. rozbudowa infrastruktury drogowej dochodzę do wniosku, że w danej materii jak władza mówi, że czegoś nie zrobi, to nie zrobi. A jak mówi, że zrobi – to tylko mówi.
O tym jednak wiedzą doskonale wszyscy użytkownicy dróg, którzy mimo dość jednoznacznych ocen tego stanu rzeczy i odpowiedzialnych za to, nauczyli się korzystać z tego co jest. Mimo tej wiedzy co rusz jesteśmy bombardowani statystykami wypadków drogowych, liczbami rannych i zabitych itd. Tylko wnioski jakieś takie, teges, do chrzanu.
Przede wszystkim należy nazywać rzeczy po imieniu. Jako przyczyny wypadków podawane są: alkohol (a gdzie narkotyki?), nadmierna prędkość, brawura, brak wyobraźni. Guzik prawda! Wypadki powodują nieodpowiedzialni, aroganccy debile, używający drogi jakby byli jej jedynymi użytkownikami, zachowujący się tak, jakby przepisy kodeksu ruchu drogowego były dla nich osobistą obelgą. Normą nie jest przestrzeganie kodeksu drogowego i zasad kulturalnego zachowania na drodze, ale krańcowo odmienne postępowanie, chamstwo i egoizm. Ci, co jadą zgodnie z przepisami stają się zawalidrogami, na nich należy trąbić itd. Łamanie wszelkich przepisów i dybanie na życie innych użytkowników dróg jest jak najbardziej trendy. Nie jest to również, wbrew obiegowym opiniom, domena młodych wiekiem kierowców, starsi też mają swoje za uszami.
Każda ekipa polityczna w swoim programie wyborczym ma zapis o poprawie bezpieczeństwa, tego na drogach również. I na zapisie się kończy, a skuteczność akcji policyjnych w stylu „długi łykent” jest co najmniej problematyczna, skoro zjawisko nie zanika. Tymczasem sposób na zwalczenie tego piractwa drogowego jest prosty jak konstrukcja cepa.
Logiczne jest, że oprócz walki z piractwem drogowym jako zjawiskiem należy też zwalczać przyczyny tegoż zjawiska. Te zaś, jako się rzekło, tkwią w mentalności niektórych „kierowców”. W przypadku osób całkowicie pozbawionych odpowiedzialności, wyobraźni i pomyślunku, jedyną drogą perswazji jest portfel. Tylko ponosząc w pełni konsekwencje swych czynów, zwłaszcza w wymiarze finansowym, mogą wreszcie zrozumieć niestosowność swojego postępowania.
Konieczna jest zatem zmiana sposobu naliczania mandatów. Punkty karne zostają bez zmian. Minimalna kwota mandatu (nawet za nieprzepisowe parkowanie) zostaje ustalona na poziomie 500 zł. Do tego po 100 zł za każdy punkt karny. A kto w ciągu roku przekroczy limit punktów karnych – dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów (w przypadku złamania – konfiskata pojazdu, nie ważne na kogo zarejestrowanego). I tyle. Ręczę, że wszyscy „wyścigowcy” błyskawicznie przypomną sobie przepisy. Tych, którzy nie zdążą, nie ma co żałować – mój instynkt samozachowawczy jest tu silniejszy od współczucia. Jeden warunek – policja łapie wszystkich, a nie tylko tych, których nie boi się dogonić.
Sposób jest drastyczny, ale obawiam się, że w obecnej sytuacji jedyny. Są różne automobilkluby, gdzie można trenować sportową jazdę. Są organizowane rajdy samochodowe – niech tam „wyścigowcy” wykazują się swoimi umiejętnościami. Ale nie na drogach publicznych w czasie normalnego ruchu!
Władza, jako taka poprzez konstytucję i różne akty prawne (np. konwencję praw człowieka) zobowiązuje się do ochrony życia i zdrowia obywateli. Może czas zacząć wypełniać te zobowiązania, chroniąc uczciwych kierowców przed wyczynami debili. Owych debili zresztą też – przed nimi samymi...