wtorek, 30 września 2008

Siedząc na zadnich łapkach

Wprawdzie program tresury społeczeństwa polskiego trudno uznać za w pełni zakończony sukcesem, ale wystarczy się rozejrzeć, aby dostrzec wymierne skutki jego wieloletniego prowadzenia. Oto dla przykładu można postawić znak równości pomiędzy urodzinami najnobliwszego stoczniowca (i nie tylko) wśród noblistów Lecha Wałęsy i przyznania mu pokojowej Nagrody Nobla a Świętem Niepodległości Polski przypadającym 11 listopada i 90. rocznicą wydarzenia, którego data owym dniem niepodległości się stała. W pełnych patosu relacjach oglądamy, jak to 29 września urodziny Lecha Wałęsy stają się początkiem obchodów rocznicy przyznania mu „nobla”, które to obchody zakończą się 5 grudnia, choć normalnie taki bizantynizm powinien śmieszyć.

A tu jakby tego było mało, gawiedź tresowana nie tylko bierze za dobrą monetę szopkę, ale jeszcze cieszy się, że establishment światowy woli grilla u byłego prezydenta, miast obchodów narodowego święta niepodległości u obecnego. Gdyby gawiedź trochę pomyślała, pewnie zauważyłaby, że takie postępowanie nie jest despektem personalnie dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale dla urzędu i uosabianej w nim (urzędzie) godności państwa polskiego, a więc i jego społeczeństwa. Mało tego – jest to niepokojący sygnał w momencie, gdy coraz więcej państw przystępuje do programu politycznego rewizjonizmu historii, opartego na obarczeniu Polski odpowiedzialnością za zbrodnie i grabieże niemieckie i sowieckie podczas drugiej wojny światowej. Widać jednak gawiedź uwielbia grzecznie siedzieć na zadnich łapkach i udawać, że to deszcz gdy jej w pysk plują.

A tak na marginesie fetowania Lecha W. częściowo za państwowe pieniądze. Przy tej okazji swym talentem lirycznym popisał się marszałek Bronisław Komorowski. Słuchając natchnionych grafomańsko częstochowskich rymów „eposu” p. Komorowskiego można było dojść do wniosku, że były marszałek Ludwik Dorn znacznie lepiej wywiązał by się z zadań poetyckich. Tyle, że wtedy nie tylko solenizant mógłby mieć kłopoty ze zrozumieniem treści, a to by był niedopuszczalny casus paskudeus kwaszący „śmietankę” towarzyską.

piątek, 26 września 2008

Śmiechoterapia

Żywe emocje, towarzyszące publikacji doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, debacie nad ubeckimi przywilejami emerytalnymi czy wreszcie procesom karnym wytoczonym autorom pacyfikacji Wybrzeża w 1970 r. i wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r., dyskredytują powtarzaną jak mantra tezę pogrobowców PZPR i komunistycznej bezpieki, że Polaków przeszłość nic nie obchodzi, nie chcą rozliczeń komuny, tylko „grubą kreską” z żywymi naprzód iść.

W tym całym zgiełku i jazgocie uwagę zwracają satyryczne w swej istocie argumenty „społecznych obrońców” autora stanu wojennego, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Że Sybirak, żołnierz, wyzwoliciel i patriota, który uratował kraj przed radziecką inwazją. Pomijając fakt, że wprowadzenie stanu wojennego w 13 grudnia 1981 r. było niezgodne nawet z konstytucją PRL wesołość budzi owo ratowanie przed radziecką interwencją. Jak wiadomo ZSRR nigdy nie „interweniował” ani nie „najeżdżał”, tylko „udzielał bratniej pomocy”. Pomijając wyłaniające się z tego faktu zależności historyczno – językowe warto zwrócić uwagę, że „bratniej pomocy” ZSRR raczył udzielić Polsce 17 września 1939 r., a po zakończeniu sporów w wielkiej, socjalistycznej rodzinie [pomiędzy NSDAP a WKP(b)], od 1945 r. udzielał „bratniej pomocy” nieprzerwanie. Dysponując agenturą we władzach oraz bazami wojskowymi na terytorium PRL, włącznie z wyrzutniami rakiet balistycznych, wcale nie musiał „wkraczać”, wystarczyło wyjść za bramę by dokonać „inwazji”.

Inna sprawa, czy wyręczanie najeźdźców w prześladowaniach politycznych (i nie tylko) rzeczywiście jest aktem patriotyzmu. Jeżeli tak, to pytanie dlaczego ściganie autorów wojny polsko – jaruzelskiej jest „skandalicznym aktem szczeniackiej zemsty”, a ściganie usiłujących przesłuchać Barbarę Blidę – nie? Czyżby standardy wbrew swej nazwie nie zawsze były jednakowe?

Przywołujący w obronie generała Jaruzelskiego i jego popleczników opowieści kremlowskich sołdatów, jak to szykowali się do „udzielenia bratniej pomocy społeczeństwu PRL”, powinni pamiętać, że mniej więcej od czasów Iwana IV Groźnego władcy Kremla mówią to, co akurat powiedzieć potrzebują i niekoniecznie jest to zgodne z prawdą historyczną bądź prawdziwymi intencjami. Na przykład w sprawie dokonanych przez NKWD mordów polskich obywateli w Katyniu, Starobielsku, lwowskim więzieniu itd.

Na marginesie tych rozważań warto zastanowić się nad zależnością rewizjonizmu emerytalno – ubeckiego, któremu PO w poprzedniej kadencji parlamentu tak ostro się sprzeciwiała, a przepowiadanym mniej więcej od roku bankructwem polskiego systemu ubezpieczeń emerytalnych. Jeżeli taka zależność jest, to najwyższy czas się zacząć bać...

niedziela, 21 września 2008

Gorzka prawda nie tylko o Warszawie

Za każdym razem gdy internetowe serwisy informacyjne podadzą wiadomość o jakimś wydarzeniu, które miało miejsce w Warszawie – fora płoną. Stek obelg, pomówień, kalumnii, istny seans nienawiści. Dla każdego warszawskiego autochtona oczywistym jest, że autorzy większości ataków w życiu nie byli w Warszawie, nie mają bladego pojęcia, jak wygląda życie w stolicy, za to mają mocno ograniczone horyzonty myślowe. Gdyby było inaczej, to wiedzieliby, że w Warszawie mieszka mniej niż 10 procent Warszawian, reszta jest „flancowana” z całej Polski. Wniosek z tego taki, że krytykując i wyszydzając chamstwo i głupotę „Warszawiaków” tak naprawdę krytykują najczęściej swoich „ziomków” zamieszkałych w stolicy. Osobiście nie czuję się odpowiedzialny za kulturowe braki przyjezdnych (widoczne gołym okiem) zatem i to, co jeden ciemniak z prowincji bluzga drugiemu prowincjonalnemu ciemniakowi zamieszkałemu w Warszawie jest mi najzupełniej obojętne. Co więcej – mam z tego tytułu duży ubaw – nienawiść i kompleksy prowincjuszy połączone z ignorancją dają komiczne efekty.

To, że urodziłem się i mieszkam w Warszawie jest dla mnie zupełnie naturalne, podobnie jak to, że ktoś urodził się i mieszka gdzie indziej. Zapewne dlatego, że nie sądzę ludzi po pozorach. Cham i burak pozostanie chamem i burakiem niezależnie od miejsca urodzenia, zamieszkania, stanu konta bankowego, pozycji społecznej, dyplomów itd.

Powstaje jednak pytanie, dlaczego tak wielu ludzi zionie nienawiścią wobec wszystkiego, co wiąże się z Warszawą? Adolf Hitler w odwecie za Powstanie Warszawskie (jedyne tego typu wydarzenie w okupowanej przez Niemców Europie) rozkazał zrównać miasto z ziemią. Ci, którzy to przeżyli, byli tępieni przez komunistów, którzy doskonale wiedzieli, że zamieszkana przez przedwojennych Warszawian stolica nigdy nie zaakceptuje władzy czerwonego chamstwa. Dziś WE wespół z lokalnymi administracjami robią wszystko, by przekształcić polskie miasta w pozbawione charakteru kosmopolityczne aglomeracje, gdzie wydawane przez durni i oszustów certyfikaty „inteligencji” zastąpią wszystkie przymioty umysłu i charakteru. Szerzej patrząc można dostrzec cały zespół działań, mających na celu wynarodowienie społeczeństwa, oderwanie od tradycji. Dzięki temu możliwy będzie każdy podbój, każdy rozbiór zostanie obojętnie usankcjonowany przez zidiociałych gastarbeiterów, którzy nawet swego niewolnictwa nie będą w stanie dostrzec. Kto nie wierzy, niech poczyta, dzięki czemu Żydzi przetrwali tysiąclecia w diasporze i w końcu odbudowali niepodległe państwo. Dobrze by było, aby niektórzy pomyśleli o tym wszystkim, gdy znów zaczną bluzgać na Warszawę i jej mieszkańców.

sobota, 20 września 2008

Sprawa kryształowo mętna

Afera wokół IPN - u, jaką ostatnio serwują społeczeństwu politycy wespół z dziennikarzami staje się coraz bardziej kuriozalna. Gdy dr Cenckiewicz odchodził z pracy prezes Janusz Kurtyka dementował stawiane przez dr Cenckiewicza zarzuty o naciski rządu na jego zwolnienie. Dementował, jakoby były jakieś naciski, groźby rewizji budżetu itd. Dzisiaj sam wysuwa oskarżenia o wywieranie nacisków i to pod konkretnym adresem – marszałka senatu Bogdana Borusewicza. Pojawia się w telewizji dr Gontarczyk, współautor znanego przyczynku do biografii najwybitniejszego polskiego noblisty wśród stoczniowców (i nie tylko), który mówi, że nie tylko były takie naciski, ale również że zostały uwiecznione w sporządzanych przez pracowników IPN notatkach służbowych. Sam Borusewicz zaprzecza, a wtóruje mu inteligent dla opornych – Stefan Niesiołowski.

Pomijając dyrdymały kablującej na potęgę Muchy Gówniarki Pyskatej, warto zastanowić się nad wątpliwościami dotyczącymi tej afery. Po pierwsze, jeżeli były takie naciski i zostały udokumentowane przez pracowników notatkami służbowymi, to dlaczego prezes Kurtyka nie złożył zawiadomienia do odpowiednich organów? Przecież taki mobbing jest ścigany i karany, a niezależnie od wszystkiego chyba wywieranie nacisków politycznych na instytucje naukowo – badawcze jest sprzeczne z zasadami etyki, również poselskiej. Po drugie, jeżeli jednak odpowiednie zawiadomienia zostały złożone, to u kogo i co się z nimi stało? Po trzecie, jeżeli jednak prezes Kurtyka kłamie wstrętliwie, to dlaczego autorytet moralny Borusewicz wzorem Wałęsy i innych autorytetów nie złożył zawiadomienia do prokuratury?

Sprawa jest kryształowo mętna.

piątek, 19 września 2008

BMW Geront

Dzisiejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego bez wątpienia otwiera nowy rozdział zarówno w polskiej nauce historycznej jak i polskim prawodawstwie. W myśl wyroku TK przepis o karalności [publicznego – dopisek MN] pomówienia Narodu Polskiego o udział w zbrodniach komunistycznych lub nazistowskich (czyt.: niemieckich) jest niekonstytucyjny (onet.pl Wyrok TK: można bezkarnie pomawiać naród polski) podobnie jak przypisywanie mu [tj. Narodowi Polskiemu] zbrodni komunistycznych bądź nazistowskich (czyt.: niemieckich). Wprowadzona zostaje tym samym zasada odpowiedzialności zbiorowej a pomówienie, w myśl orzeczenia TK, staje się szacowną metodą badań historycznych i ważnym elementem dyskusji publicznej. Warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, że choć w złożonym przez RPO wniosku do TK była mowa o pomówieniu na podstawie ujawnienia informacji o „teczkach” komunistycznej bezpieki i ujawnieniu ich zawartości, to w komunikatach prasowych ten aspekt został taktownie pominięty. Ponieważ jest to dość istotna kwestia, jej pominięcie raczej ciężko złożyć na kretynizm bądź niedoinformowanie dziennikarzy. Za to można podejrzewać z dużą dozą pewności, że takie postępowanie jest wskazówką co do tego w jaki sposób wyrok TK będzie wykorzystywany.

Z pewnością takie podejście do tematu jest po myśli wszystkich organizacji, pragnących obarczyć Polaków winą za mordy i rabunki niemieckie i sowieckie podczas drugiej wojny światowej i po niej, wysuwających w związku z taką interpretacją historii roszczenia odszkodowawcze wobec Polski. Lista takich organizacji jest dużo dłuższa, niż większość polityków i dziennikarz skłonna jest przyznać. Związek Wypędzonych Eriki Steinbach, Powiernictwo Pruskie Rudiego Pavelki, Światowy Kongres Żydów to tylko początek listy. Inna sprawa, że raczej ciężko uznać, aby ten korzystny dla całej antypolskiej rzeszy bydlaków wyrok TK był wynikiem głębokich analiz, skoro okazuje się, że o niekonstytucyjności przepisu przesądziły błędy podczas uchwalania, czyli naruszenie trybu legislacyjnego. W związku z powyższym Trybunał uznał za niekonstytucyjny już sam tryb uchwalenia tej noweli, co spowodowało, że nie musiał badać jej merytorycznej zawartości. Jest to o tyle intrygujące uzasadnienie wyroku, że TK ma orzekać o zgodności ustaw z Konstytucją RP, a nie trybie legislacyjnym. Od czego nawiasem mówiąc jest Biuro Legislacyjne Rządu. Gdzie pracownicy BLR byli w czasie uchwalania ustawy? Najwyraźniej podobnie jak sędziwi mędrcy z TK zadziałali w myśl zasady Bierny – Mierny – Wierny.

Zanim jednak wobec Polski i Polaków jako najgorszych bandytów nazizmu i komunizmu pojawi się fala roszczeń odszkodowawczych zapewne zostanie podjęty szereg badań nad najnowszą historią Polski. Retorycznym wydaje się w tym momencie pytanie, czy strumień pieniędzy na sfinansowanie badań potwierdzających z góry zaakceptowane, sprzeczne z obiektywizmem i prawdą historyczną, wnioski o czynnym udziale Polaków w bandytyzmie III Rzeszy Niemieckiej i komunistów będą przejawem „swobody badań naukowych”. Nawiasem mówiąc obowiązująca przez lat parę ustawa nakładała na państwo polskie obowiązek ścigania tego typu pomówień również poza granicami RP, o czym jednak głucho i cicho.

Być może jednak wyrok TK będzie miał również pozytywny wpływ na badania nad najnowszą historią Polski. Przecież dzięki temu Lech Wałęsa zasadniczo może dr. S. Cenckiewiczowi skoczyć, tam gdzie może pana majstra w dupę pocałować, jak mawiał legendarny hydraulik PRL – u. Podobnie Donald Tusk nie może domagać się przeprosin za wypomnianego dziadka z Wermachtu. Możliwe też, że wreszcie pojawią się publikacje dotyczące dyspozycyjności środowiska sędziowskiego w legalizowaniu przestępstw komunistycznych, które zdaje się nie ulegają przedawnieniu. Czy też np. o bezpieczniackich korzeniach oligarchów medialnych RP. Ze łzami w oczach przeczytamy wstrząsające relacje, jak to AK – owcy i inni im podobni „kolaboranci hitlerowscy” tuż przed powieszeniem lżyli prokuratora – patriotę Ozjasza Szechtera i sprawiedliwą sędzię Fajgę Danielak (Helena Wolińska). A tak a propos – co z komunistycznymi bandytami, którzy w 1956 i 1968 odnaleźli swe żydowskie korzenie i wybudowawszy nam socjalizm wyjechali do krajów zgniłego kapitalizmu? Wcześniej byli „Polakami”...

wtorek, 16 września 2008

„Bolek” fiskalny

Broniąc swoich inwestycji koszerna gazeta dla Polaków (GWybiórcza) zainicjowała akcję pisania listów, że Lech Wałęsa jest porządny człowiek. Należy rozumieć, że autorami owych listów są wyłącznie oficerowie komunistycznej bezpieki, gdyż tylko oni dysponują wiarygodnymi wiadomościami „w tym temacie”. Inna sprawa, czy gdyby pisano listy potępiające Lecha Wałęsę (wynalazek tej samej czerwonej ekipy), to cokolwiek by to zmieniło. Może warto spróbować? Wkrótce (29 września) ma urodziny, jest okazja wysłać życzenia.

Prawda jest taka, że w całym Instytucie Lecha Wałęsy nie znalazł się ani jeden historyk skłonny podjąć merytoryczną polemikę z doktorami S. Cenckiewiczem i P. Gontarczykiem, co jest dość znamienne. Zapewne dlatego, że pierwszą kwestią, z którą przyszłoby mu się zmierzyć, jest nielegalne uwłaszczenie esbeckiej dokumentacji dotyczącej Lecha Wałęsy, które miało miejsce akuratnie w czasie, gdy najwybitniejszy noblista wśród stoczniowców (i nie tylko) był prezydentem RP i dokumentację wypożyczył.

Sięgnięto po sprawdzone metody – szantaż finansowy (cięcia budżetowe należało by zacząć od siebie, jak się obiecywało tanie państwo) wobec instytucji zatrudniającej. Do przywracającej ZOMO – wskie tradycje nieomylnej policji, której wkrótce wolno będzie w majestacie prawa popełniać przestępstwa, zdecydowano się na jawne przywrócenie cenzury, bo jak inaczej nazwać postępowanie polityków wobec IPN – u?. Zapewne w odróżnieniu od umiejętności strzeleckich dziwnie obawiającej się policji posłanki Barbary Blidy ta sprawa akurat nie zaowocuje komisją śledczą ani nawet zwykłym śledztwem. IPN najprawdopodobniej zobaczy obiecane 30 milionów złotych równocześnie z podatkiem liniowym 3x15%. Za to jak w banku mamy, że tym razem Lech Wałęsa nie chronionemu już powagą i wsparciem prawnym IPN – u doktorowi Cenckiewiczowi wytoczy proces, w którym orzekał będzie sędzia nie mający bladego pojęcia o archiwistyce i metodologii badań historycznych. Wyrok można przewidzieć czytając na forach internetowych posty zamieszczane w ramach pańszczyzny 30 minut dla Grzegorza Schetyny. Ale to już będzie, jak pisał w Potopie Henryk Sienkiewicz Prywatnemu, nie posłowi!

P. S. Na Ukrainie premier Julia Tymoszenko, onegdaj wycinająca prysiudy na kijowskim Majdanie w gustownym pomarańczowym szaliku, właśnie dogadała się z komunistami, wykonała polityczną woltę o 180 stopni, puściła kantem wyborców i najwyraźniej dąży do przywrócenia na Ukrainie demokratycznej władzy Kremla. A przewodniczący Donald Tusk w czasie ostatniej kampanii wyborczej, to jakiego koloru miał krawatkę? Pomarańczową! Resztę zbieżności we własnym zakresie.

Manewr napoleoński

Myślenie jak wiadomo, kolosalną przyszłość ma. Zapewne dlatego część lewactwa, kontestując kapitalizm ukuło hasło no future, ale mniejsza z tym. W ostatnich dniach doniesienia serwisów informacyjnych z krajowego podwórka przypominały raczej relację z bitwy na łopatki i wiaderka z piaskownicy przy ulicy Pipidowskiej w Zadoopiszczach, gmina Wygwizdowo, powiat Pierdziszewo itd. W Polszcze, jak mawiali Sarmaci, takie podejście do sprawy to ewidentny „manewr napoleoński”, czyli odwrócenie uwagi od spraw istotnych. Przecież tak naprawdę co zmieni w życiu przeciętnego Polaka kwestia kastrować, czy nie, a jak już, to czy ze znieczuleniem, i czy refundować przez NFZ, czy też Ministerstwo Sprawiedliwości. Albo, czy kieszonkowa minister od walki z korupcją i dorszami ma rację, skarżąc posła PSL, o dramatycznie adekwatnym do hecy nazwisku Kłopotek, czy też w błędzie sromotnym jest?

Wszystko to pic na wodę, fotomontaż, odwracający uwagę od spraw istotnych. Ale uczciwie trzeba przyznać specom od piaru, czasem ciężko wyczuć właściwe sedno sprawy. A tu proszę – iluminacja, jaką Budda by nie pogardził. Przecież ostatnio, bodajże w piątek czy sobotę, o północy, upływał termin złożenia w Brukseli planu restrukturyzacji polskich stoczni. Plan złożono, ale w odróżnieniu od innych sukcesów, np. dominacji RP nad Ukrainą w przygotowaniach do Euro 2012, nikt nie raczył pochwalić się szczegółami przedłożonego planu. Żadnych doniesień, o pierwszych pozytywnych reakcjach komisji na pomysły wybitnych fachowców z PO. A przecież odrzucenie przedłożonych w Brukseli planów oznacza nie tylko kaput polskiego przemysłu stoczniowego, ale również konieczność zwrotu całkiem sporych sum, pobranych a konto rozwoju. I nikt jakoś nie mówi o geniuszu proponowanych w Brukseli rozwiązań, a wszyscy zajmują się pedofilami, którzy stanowią przecież znikomy procent dewiantów.

poniedziałek, 15 września 2008

Kłopotek w kieszonce minister Pitery

W chwili, gdy drogowcy postanowili zlikwidować możliwość dojazdu z drogi do stacji benzynowej wydali na nią wyrok. Bo chyba każdy, nawet minister do walki z korupcją, rozumie, że aby stacja benzynowa działała – musi mieć zmotoryzowanych klientów. Dlatego też nic dziwnego, że właściciel stacji się, delikatnie mówiąc, wkurzył na takie dictum drogowców. Postanowił walczyć o swoje i udał się do posła E. Kłopotka z PSL. Być może akurat głosował w okręgu z którego poseł Kłopotek kandydował do sejmu, więc nic dziwnego, że się do niego zwrócił po pomoc. W końcu po coś są te okręgi wyborcze i mieszkańcy okręgu mają prawo zwracać się do posła, który reprezentuje ich okręg.

Co dziwne, poseł Kłopotek rzeczywiście wziął sobie do serca krzywdę biznesmena i udał się na rozmowy najpierw do Ministra Infrastruktury, a następnie do wójta. Sprawę u wójta pomyślnie załatwiono (gdzież to biją źródła władzy w naszym kraju!) – jest możliwość dojazdu z drogi do stacji paliw. Oczywiście w polskiej rzeczywistości takie zaangażowanie urzędnika państwowego wydaje się podejrzane, ale umówmy się – winnym tego są ci, co przez tyle lat przyzwyczajali społeczeństwo do niekompetencji, prywaty, nepotyzmu, kumoterstwa i łapownictwa.

Aktywność i sukces posła Kłopotka z nerw wyprowadził kieszonkową minister do walki z korupcją Julię Piterę, która na razie sukcesy ma tylko w branży rybnej. Oczywiście podejrzeń kieszonkowej minister do walki z korupcją Pitery nie wzbudziła decyzja drogowców, choć co najmniej intrygująca, ile działalność posła Kłopotka. Oskarżając posła Kłopotka o korupcję (nader wszystko przypominającą lobbing, taka polska wersja – polityk lobbuje w sprawie biznesmena, patrz tandem poseł Pęczak – biznesmen Dochanl) stwierdziła, że jeżeli jakikolwiek polityk wpływa na urząd, aby odstąpił od swojej decyzji, to przekracza granicę korupcji. Tyle, że każde wpływanie polityka na urząd – zarówno w kwestii odstępowania od podjętej decyzji jak i na rzecz podjęcia decyzji bądź działań staje się korupcją, gdyż kompetencje urzędników oraz tryb podejmowania bądź odstępowania od decyzji dokładnie określił ustawodawca. O czym minister powinien był wiedzieć, zwłaszcza zaś minister do spraw walki z korupcją. Nawet kieszonkowy.

Pytanie gdzie była pani minister Piter Julia, gdy rząd premiera Donalda Tuska ogłosił potrzebę uchwalenia gramoty wzywającej urząd prezydenta RP, sprawowany aktualnie przez Lecha Kaczyńskiego, do natychmiastowej ratyfikacji bełkotu zwanego traktatem lizbońskim?

sobota, 13 września 2008

Ponadczasowe prawdy


Projekty legalizacji uczestnictwa policjantów w przestępstwach i czerpania z tego tytułu korzyści, o czym później z dumą będą mogli opowiadać w sądzie, oskarżając innych zbiegły w czasie się z heroiczną akcją policji, która w stu chłopa stawiła czoło 750 agresywnym kibicom Legii, co to gród stołeczny plądrowali ogniem i mieczem szlak swój znacząc. Zaznajamiający się z ZOMO – wskimi tradycjami „chuligani” oprócz złożenia wniosków do prokuratury głośno mówią o bliskiej przyjaźni ministra Grzegorza Schetyny z prezesem ITI Mariuszem Walterem, z którym jako właścicielem klubu Legia kibice są skonfliktowani. Teraz zaś, do grona pomysłów zwalczających patologie doszedł dogmat nieomylności drogówki, bo inaczej chyba nie można nazwać projektu, wedle którego kierowca nie ma prawa odmowy przyjęcia mandatu, a sprawiedliwości może dochodzić dopiero po zapłaceniu kary. Wprawdzie narusza to nieco zasadę domniemania niewinności, ale czegóż się nie robi dla ludu.

Aischines z Aten żyjący około 390 – 315 lat p. n. e., roztrząsając kwestie ustrojowe pisał do swoich współczesnych: Tyranie i oligarchie są rządzone wedle widzimisię rządzących, natomiast państwa demokratyczne są rządzone wedle przyjętych praw. Jak dobrze wiecie, Ateńczycy, w demokracji właśnie prawo chroni jednostkę i „politeia”, podczas gdy tyranię i oligarchię chronią niezadowolone i zbrojne gwardie przyboczne.

Korci też, aby w tym miejscu dorzucić cytat z pism innego ateńskiego polityka, Ksenofonta, który żył ok. 430 – 355 lat p. n. e. Pisał on, że o wszystkie urzędy płatne, dzięki którym można powiększyć rodzinne mienie – lud jest skłonny zabiegać. Jak widać od czasów Ksenofonta nic się nie zmieniło w kwestii nepotyzmu, więc może czas by poważnie rozważyć przestrogę pojawiającą się w słowach Aischinesa? Szczególnie, że ponoć demokracja ateńska jest kolebką cywilizacji europejskiej.

czwartek, 11 września 2008

Fritzl opiniotwórczy

Na dobrą sprawę rankingi poczytności gazet mogłyby być opracowywane przez GUS przy współpracy Ministerstwa Skarbu. W końcu każda gazeta podaje nakład tytułu i każda od każdego sprzedanego egzemplarza odprowadza podatek VAT. W przypadku mediów elektronicznych sprawa jest jeszcze prostsza – programy statystyczne pozwalają na bardzo wiele. Sądzę, że w analogiczny sposób można też badać popularność rozgłośni telewizyjnych bądź radiowych. A jednak co jakiś czas wydawnictwa za ciężkie pieniądze przeprowadzają badania rynku i następnie ogłaszają wyniki w formie rankingu mediów opiniotwórczych.

Wbrew pozorom owe badania i rankingi nie mają na celu ustalenia pozycji na rynku danego tytułu. Wyjaśnienie kryje się w niepozornym przymiotniku „opiniotwórczy”. Świadczy on bowiem o tym, że dany środek masowego przekazu miast rzetelnie przekazywać informacje o wydarzeniach i opinie na ich temat, stara się aktywnie kształtować opinię społeczną. Logiczne jest, że kreując ją nadaje jej pewien z góry założony kształt, zdeterminowany jakimiś pryncypiami, w związku z czym zachodzi duże prawdopodobieństwo manipulacji informacją. Zatem rankingi „opiniotwórczości” są tak naprawdę badaniami społecznej podatności na propagandę. Bo przecież mamy tu do czynienia z najewidentniejszą propagandą, wcielającą w życie leninowskie wytyczne organizatorskiej roli prasy z wykorzytywaniem geremkowskiego „faktu prasowego” czy goebbelsowskiego twierdzenia, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Publikacje zaś są wynikiem tego, że jak już „target” weźmie udział w jakimś badaniu, rad by poznał jego wyniki. Najlepiej w formie mądrych wykazów, tabelek, słupków itd., których i tak nie umie właściwie odczytać.

Zresztą manipulując informacjami i opinią publiczną wcale nie trzeba się uciekać do kłamstw. Ludzie mogą zacząć zadawać pytania o dowody i nagle się okaże, że nie wierzą, aby 100 „stróżów prawa i porządku” spacyfikowało 750 agresywnych chuliganów. Tak naprawdę jednak do tego typu manipulacji wykorzystywane są bardziej skomplikowane, ale skuteczniejsze od prymitywnego kłamstwa, techniki. Na sam odbiór informacji (a więc i kształtowanie opinii) wpływa np. moment jej przekazania (która strona gazety, początek czy końcówka serwisu informacyjnego etc.) czy w bloku z jakimi informacjami zostanie przekazana. Oprócz tego istnieje cała masa sztuczek językowych, które w ramach metodologii historii (ale i nie tylko) określane są mianem teorii informacji. Istotne jest dla odbiorcy, kto wyraża opinię na dany temat – profesor uniwersytetu, ubóstwiany przez rozhisteryzowany tłum amant z telenoweli, rechocząca seksbomba (bądź seksniewypał) czy lump spod śmietnika. Ważne jest również to, co w mediach zostaje przemilczane, pozbawione komentarza, jak chociażby w przypadku ostatnio ogłoszonego pomysłu premiera Tusk Donalda o likwidacji ubeckich przywilejów emerytalnych – przypomnijcie sobie Państwo histerię, jaką identyczny pomysł wywołał w mediach w czasie kadencji rządu Jarosława Kaczyńskiego.

Czasami zaś media uciekają się do „ujawnienia” informacji na temat dziwnie pokrewny np. kontrowersyjnemu pomysłowi „elit”. Przykład? Ciekawe, ile osób ukształtowało swe nastawienie do ogłoszonego przez premiera projektu farmakologicznej kastracji pedofilów pod wpływem afery „polskiego Fritzla”, która wybuchła tak nagle, a tak szczęśliwie we właściwym momencie. Aż nazbyt szczęśliwie...

wtorek, 9 września 2008

Polityka historyczna RP Ludowej

Myliłby się ten, kto uważa, że władze polskie absolutnie nie prowadzą tzw. polityki historycznej. Inna sprawa, że ze względu na swój kierunek, delikatnie rzecz ujmując odległy od obiektywizmu historycznego i tego, co się nazywa polską racją stanu, polityka historyczna jest uprawiana nader dyskretnie, niemalże w konspiracji. Trudno ją dostrzec, ale jednak można, a gdy się już dostrzeże – włos się jeży.

Wczoraj Trybunał Konstytucyjny RP rozpatrywał sprawę K 5/07, czyli wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich o zbadanie zgodności z Konstytucją przepisu o odpowiedzialności karnej tego, kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie (czytaj niemieckie). Przy czym następować by owo pomówienie miało poprzez ujawnienie informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944 – 1990 oraz treści tych dokumentów, co można wyczytać na stronach TK. RPO uzasadnia, że zasadniczym problemem jest prawnie zdefiniowana granica pomiędzy prawdą i kłamstwem, skoro sam ustawodawca stwierdził, że poszczególni przedstawiciele Narodu Polskiego czy też jego grupy dopuszczały się w przeszłości zdefiniowanych prawnie zbrodni komunistycznych i nazistowskich (czytaj niemieckich), to absurdem jest ściganie publicznych wypowiedzi w tym zakresie dotyczących Narodu Polskiego. W opinii RPO taki stan prawny grozi degeneracją badań i dyskusji publicznej nad faktami najnowszej historii Polski, które winny podlegać naukowej ocenie historyków, a nie ocenie prokuratorskiej.

Nie wnikając zbytnio w treść wniosku RPO należy jednak zaznaczyć, że po pierwsze dokumenty komunistycznej bezpieki dotyczyły przede wszystkim poszczególnych osób i ich antykomunistycznej (bądź wspierającej reżim) działalności. Po drugie to, że jednostki bądź określone grupy dopuszczały się zbrodni komunistycznych czy nazistowskich (völksdeutsche, reichdeutsche – czyli osoby negujące swoje polskie pochodzenie i dumne z niemieckich korzeni) nie uprawnia do tak daleko posuniętego uogólniania. W charakterze analogii przypomnę nazwiska Ozjasza Szechtera, Fajgi Danielak (Helena Wolińska), Jakuba Bermana i Hilarego Minca, którzy dopuścili się zbrodni komunistycznych wobec Narodu Polskiego, ale przecież nikt na podstawie ich działań nie oskarża publicznie Narodu Żydowskiego o odpowiedzialność za komunistyczne zbrodnie popełnione na Narodzie Polskim. Po trzecie – pomówienia nigdy nie były i nigdy być nie powinny sposobem prowadzenia dyskusji historycznych, za to zawsze winny być ścigane. Inna sprawa, że choć ocena faktów historycznych winna być w gestii historyków, o tyle w przypadku faktów mówiących o zbrodni winna wkraczać prokuratura. Do tego celu powołany został swego czasu IPN.

Najważniejszą kwestią jest jednak fakt, że kierowane pod adresem Narodu i państwa Polskiego oskarżenia o współudział i współodpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne i nazistowskie płyną zza granicy! Każdy Polak słyszał postulaty i wypowiedzi germańskiej parlamentarzystki Eriki Steinbach, większość słyszała o rezolucjach Kongresu USA wskazujących Polskę jako głównego sojusznika Niemiec w czasie drugiej wojny światowej i mówiące o konieczności poniesienia finansowych konsekwencji tego faktu. O wypowiedziach Jana T. Grosa, rabina Szlomo Avinera i rebego Tel Awiwu Yisraela Meir Lau i innych osobistości izraelskiego życia publicznego wspominać już nawet nie ma sensu. Podobnie jak roszczeniach Światowego Kongresu Żydów i innych organizacji „przemysłu holokaustu”.

Przerażające są rozmiary gilotyny, którą władze chcą dokonać dekapitacji polskiej racji stanu i polskiej myśli historycznej. Z jednej strony mamy medialną nagonkę w rodzaju filmów Westerplatte, obelgi Lecha Wałęsy o złodziejach historii i wtórującego mu Adama Michnika oskarżającego IPN o pełnienie funkcji „policji historycznej” (ma rację Marcin Wolski mówiąc, że tam gdzie są złodzieje musi być policja, chociaż nie wiadomo co bardziej obraźliwe – oskarżenie o nieuczciwość złodziei czy marazm i intelektualną ociężałość policji). Z drugiej natomiast obok międzynarodowej polityczno – historycznej nagonki premier Tusk Donald wszczyna dyskusję nad przywilejami emerytalnymi komunistycznej bezpieki, chociaż w czasach rządów PiS – u taki pomysł krytykował zawzięcie. Logicznym jest, że likwidacja ubeckich przywilejów emerytalnych pociąga za sobą rewizję emerytur przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości sankcjonujących działania MBP, KBW, SB czy UB. Sygnał dla środowiska jest jasny, a przy okazji spełnia rolę bata zawieszonego nad głowami grożących strajkami sędziów i prokuratorów.

Być może zwidują mi się spiski, ale coś za dużo tych przypadków.

sobota, 6 września 2008

Absurdalizm konstytucjonalny

Koalicja rządząca PO – PSL sprawuje władzę dzięki zasadzie większości sejmowej, czyli w sposób jak najbardziej demokratyczny. Ponieważ jednak rząd Donalda Tuska odrzuciwszy retorykę nienawiści i rozliczeń skupił się zgodnie z zapowiedziami wyborczymi (jeszcze z 2005 r.) wyłącznie na sprawach gospodarczych, więc do przegłosowywania kolejnego weta, pozbawienia immunitetu czy postawienia opozycyjnego byłego ministra przed Trybunał Stanu (albo chociaż przed zwykły sąd) potrzebuje wsparcia postkomuny. W ten sposób mamy praktyczne zastosowanie zasady państwa prawa, gdzie w imię idei zdanie większości jest odrzucane i decyzje zapadają po myśli mniejszości. Postkomuniści z SLD czy SdPl wywodzą się w prostej linii od SdRP, która to wywodzi się z PZPR, która swój rodowód wyprowadza z PPR, która z kolei swój rodowód internacjonalistycznie wywodzi z KPP, WKP(b) i NKWD. Polski poprzednik PPR, którym była KPP, wywodzi się z Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, która w 1918 r. wnioskowała o włączenie Polski jako republiki w skład ZSRR (coś jak ratyfikacja tarktatu lizbońskiego). Znaczy się postkomuna o sprawiedliwości społecznej wie wszystko.

W ten oto sposób kadencja premiera Tusk Donalda i jego rządu jest pełnym praktycznym odwzorowaniem art. 2 . Konstytucji RP, który głosi, że RP jest demokratycznym państwem prawa realizującym zasady sprawiedliwości społecznej i kropka. Niestety nie ma powodów do świętowania skrupulatności poszanowania Konstytucji przez rząd, gdyż cytowany art. 2 ze względu na sprzeczności logiczno – pojęciowe jest jedynie stekiem bzdur. A rząd? No cóż...

czwartek, 4 września 2008

Smycz a sprawa polska

Dzieci jak wiadomo uwielbiają pieski, więc zdarza się, że rodzice słyszą pojękiwania potomstwa „kup pieska!”. Jeśli ulegną to w większości bardzo szybko następuje podział obowiązków: dzieci czasem się z psem bawią, a rodzice mają wszystkie codzienne obowiązki. Pewien ojciec dzieciom jednakże znalazł sposób i na zaklęcia pociech, że to one będą wyprowadzać pieska i w ogóle – kupił im... smycz. Uroczyście wręczając ów rekwizyt potomstwu zapowiedział, że przez trzy miesiące smycz ma być trzykrotnie wyprowadzana na spacery, z czego jeden o świcie, drugi wieczorem a w godzinach południowych – długi (co najmniej godzinny) spacer. Jeżeli warunek zostanie dotrzymany – do smyczy dokupi wymarzonego pieska. Jak należało się spodziewać, wydatki przebiegłego rodzica skończyły się na zakupie smyczy.

Anegdota ta przypomniała mi się, gdy oglądałem relacje obrad sejmowych poświęconych sytuacji stoczni. Wprawdzie nikt nie interpelował obecnego na sali Najwybitniejszego Noblisty Wśród Stoczniowców (i nie tylko) o jego działania z planem Balcerowicza na czele, ale i tak spektakl był żenujący. Nie szukano ekonomicznych przyczyn katastrofalnej sytuacji polskich stoczni, nie dyskutowano nad sposobami rozwiązania kryzysu. Cała energia poszła w gwizdek, czyli na oskarżenia politycznych przeciwników o sprawstwo i pełną odpowiedzialność. Znowu troska o wizerunek polityczny zwyciężyła z dbałością o dobro kraju, a ja przypomniałem sobie przytoczoną we wstępie anegdotę i zacząłem marzyć, że kandydaci na ministrów będą musieli przed uzyskaniem nominacji przejść specjalny test kompetencyjny. Nie jakieś akademickie rozważania z zakresu danej dziedziny, ale wykazać się w symulacji komputerowej, w której dokładnie zostałaby odwzorowana aktualna sytuacja społeczno – gospodarcza kraju. Stworzenie takowej symulacji specom od gier nie przysporzy problemu – potrzebne będą rzetelne dane. Komputer dokonywał by oceny kandydata od której uzależniona byłaby jego nominacja na stanowisko. Mało tego – przecież później warianty rozwiązań problemów można by na bieżąco sprawdzać w symulacji komputerowej, która rzecz jasna winna być uaktualniana na bieżąco. Ale i tak wyjdzie to taniej niż eksperymenty na „żywym organizmie”.

Pomarzyć dobra rzecz, prawda? Niestety, ten pomysł nie przejdzie, gdyż narusza jeden z najważniejszych dla polskiego establishmentu mitów: ministra – wybitnego fachowca, który nic nie może wskórać, bo poprzednicy zostawili mu taki koszmarny pasztet, a jeszcze prezydent i opozycja tylko rzucają kłody pod nogi.

środa, 3 września 2008

Babole i szansa na cud

Sensacją dnia było zrzeczenie się immunitetu przez Zbigniewa Ziobrę. Pojawiła się przy tej okazji nader ciekawa informacja. Otóż jak donoszą media grzech byłego ministra sprawiedliwości polegał na tym, że będąc ministrem sprawiedliwości pokazał prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu akta dotyczące śledztwa w sprawie mafii paliwowej, który zawarte w aktach dane osobowe wykorzystał w walce politycznej. Wynika z tego, że albo społeczeństwo zostało okłamane w kwestii istnienia tzw. układu polityczno – biznesowo – przestępczego, albo też prokuratura pokpiła sprawę. Jeżeli układ nie istnieje, to jakim cudem zawarte w aktach śledztwa w sprawie mafii paliwowej dane osobowe mogły zostać wykorzystane w walce politycznej?! O tym, że wytoczenie procesu byłemu ministrowi nie ma podtekstu politycznego, osobiście gwarantował premier Donald Tusk. Dla przypomnienia inne „osobiste gwarancje” ob. przewodniczącego PO Tusk Donalda – 1500 km autostrad, 3000 km dróg ekspresowych, podatek liniowy, wzrost gospodarczy, uproszczenie procedur administracyjnych...

Tak w ogóle, to będąc w opozycji PO miała mieć pełne szuflady genialnych ustaw i programów, które wystarczy tylko przegłosować i puścić w ruch, a będzie prosperity, że hej! Ponoć też najlepsi specjaliści w pozyskiwaniu i wykorzystywaniu unijnych środków skupili się właśnie w PO. I cóż się dzieje? Ano wygląda na to, że polskie stocznie zostaną zamknięte i jeszcze będzie trzeba zwracać źle wykorzystane środki unijne. Winni są rzecz jasna poprzednicy, co w części pewnie jest prawdą. Ale ciekaw jestem, co w tej sprawie robił rząd Donalda Tuska przez ostatnie 9 miesięcy? Szukał klucza do szuflady?

Widmo likwidacji polskich stoczni zbiega się w czasie z obchodami rocznicowymi powstania Wolnych Związków Zawodowych i „Solidarności”. Przy czym obrażone miny stroją Lech Wałęsa i Bogdan Borusewicz, bo nie zostali zaproszeni na obchody organizowane przez PiS. Media grzmią z oburzenia, choć gdy 1. sierpnia nie zaproszono przedstawicieli największej opozycyjnej partii na obchody rocznicowe Powstania Warszawskiego przy pomniku Gloria Victis na Cmentarzu Powązkowskim, to jakoś wtedy było to całkowicie zrozumiałe i zgodne z kanonami demokracji. Jest pewne, że znowu członkowie „Solidarności” wygwizdali by L. Wałęsę i B. Borusewicza. Warto jednak powtórzyć za Rafałem A. Ziemkiewiczem, że ludzie gwiżdżą na Wałęsę, Borusewicza, Mazowieckiego i innych nie za ich działalność w „Solidarności” w latach osiemdziesiątych, ale za ich działalność polityczną po 1989 r., a to zasadnicza różnica.

W niektórych powyższych kwestiach wypowiedział się poseł Niesiołowski Stefan. Wypowiedzi były jak to w przypadku posła Niesiołowskiego Stefana zwyczajnie chamskie. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem, gdy poseł Niesiołowski otworzy usta do wypowiedzi, poseł Palikot z komisji Przyjazne Państwo przerwie agresywne wypowiedzi i w ramach polityki miłości (poprawnej politycznie) zatka otwór gębowy posła Niesiołowskiego wiadomym rekwizytem. To będzie prawdziwy cud, miłość i przejaw przyjaźni państwa dla obywateli.

poniedziałek, 1 września 2008

Tradycyjny pragmatyzm

Sukces i jednomyślność odbytego szczytu w Brukseli skłaniają ku refleksji, że o ile Farinelli dzięki swej stracie zachował piękny głos, o tyle politycy wraz z nią utracili charakter i zdrowy rozsądek, a głosy ich brzmią nadal fałszywie. Pewnie Farinellemu się udało dlatego, że jego zabiegu nie przeprowadzał doktor Mirosław G. w ramach koszyka świadczeń gwarantowanych przez NFZ i minister Ewę Kopacz.

Zlot brukselski strojąc groźne miny w efekcie ograniczył się w istocie do deklaracji, złożonych z oględnych bzdur, z których nic nie wynika. Europa wprowadzi w sposób pełny wszystkie rozwiązania, by rozwiązać gruziński kryzys – grzmiał Nicolas Sarkozy. Jakie rozwiązania – tego nie powiedział. Inna sprawa, że z dalszych słów francuskiego prezydenta wynika, że owe „wszystkie rozwiązania by rozwiązać kryzys” (tak na marginesie to z powodu takiego bełkotu Irlandczycy odrzucili traktat lizboński) to sześciopunktowy plan pokojowy, który swego czasu już raz zawiózł do Moskwy. Teraz domaga się, aby Moskwa ów plan wypełniła, co też już raz solennie obiecała a następnie równie solennie olała, o czym wszyscy wiedzą a co zaświadczają kierowane wobec Moskwy wezwania prezydenta Francji. Wobec czego rosyjscy politycy i komentatorzy całkiem słusznie kpią sobie w żywe oczy z deklaracji szczytu Brukselskiego.

Płynące z Brukseli bełkot i ogólniki, wśród których zabrakło nawet nazwania po imieniu rosyjskiej agresji na terytorium Gruzji, jasno pokazują degrengoladę europejskiej „klasy” politycznej. Rzecz jasna oprócz materiału do kpin, ogólnikowy bełkot dostarcza też danych do wyciągnięcia wniosków praktycznych. Są one przygnębiające, gdyż po analizie polskiej pozycji w UE staje się jasnym, że w razie „konieczności” Polska tradycyjnie zostanie złożona na ołtarzu „europejskiego pragmatyzmu w stosunkach z Rosją”. O tym, czy tak jak w 1939 r. inicjatorami „pragmatyzmu” też będą Niemcy, a Francja i Anglia wyrażą milczącą zgodę, czas pokaże.
Link do tekstu o Sarkozym