sobota, 29 listopada 2008

Rycerz na miarę naszych możliwości

Jak triumfalnie doniosły media, Lech Wałęsa został uhonorowany tytułem „Rycerza wolności”, przyznawanym osobom szczególnie zasłużonym dla idei wolności i demokracji. To ważna chwila w dziejach Rzeczypospolitej Polskiej i należy przypomnieć przynajmniej część zasług Najwybitniejszego Noblisty Wśród Stoczniowców (i nie tylko).

To On jako pierwszy zaczął uczyć społeczeństwo polskie zasad demokracji składając w kampanii prezydenckiej tyle spełnionych następnie obietnic, np. 100 milionów dla każdego. To dzięki Niemu (no, nie tylko) pojawiło się w RP pojęcie „falandyzacji prawa”, tak istotne w procesach demokratyzacji państwa. To On legalnie obalił rząd Jana Olszewskiego, dzięki czemu uchronił rzesze wiernych towarzyszy przed dekonspiracją i związaną z tym kompromitacją towarzyską. To On, nie kto inny od ponad dwu lat zwalcza kaczystowskich puczystów, którzy władzę w kraju przejęli na skutek obietnic wyborczych. To On odważnie stanął w obronie generała Wojciecha Jaruzelskiego, który jako zwierzchnik sił zbrojnych nie wiedział, co się w wojsku dzieje, nie miał wpływu na wprowadzenie stanu wojennego i niewinny jest jako lilija. To On walczy o wolność badań naukowych i swobodę wypowiedzi z dwoma „nienawistnikami” w stopniach doktorów, którzy ośmielili się badać Jego przeszłość w oparciu o bezpieczniackie „fałszywki”, z których przecież i tak wynika Jego niewinność. To wreszcie On wprowadził nowe standardy w polityce promując powitanie nogami, co rzesze niepełnosprawnych odnotowały z radością. To On w walce o demokrację i wolność doradza sprawiedliwe rozwiązania wobec związkowców okupujących kancelarię premiera Donalda Tuska. I tak dalej w tym temacie, jak to On zwykł był mawiać...

Pięknie podniosłość chwili skomentował dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego Longin Pastusiak mówiąc, że Lech Wałęsa stał się symbolem współczesnej, zjednoczonej Europy. Święte słowa, drogi Panie.

P.S. Skoro rycerstwo nam się tak pięknie odradza, to może by tak jaki nowy Warneńczyk powiódł je na pole chwały. Wszak konflikt z terroryzmem u drzwi...

niedziela, 23 listopada 2008

Zgon niestosowny

5 listopada pojawiły się informacje o odwołaniu dyrektora Teatru Ochoty. Odtąd przybytkiem sztuki ma zarządzać, w myśl projektu warszawskich radnych, wskazana przez prezydent Warszawy organizacja pozarządowa. Zwracam uwagę, że „organizacja” będzie „obiektywnie” „wskazana” przez Hannę Gronkiewicz – Waltz. Po mieście krążą już słuchy, jakoby budynek Teatru Ochoty został już przehandlowany, aliści pewności brak. W końcu żyjemy w państwie, gdzie „liberalne” władze wprowadzając „nowe standardy” szczególnie mocno dbają o jawność działań, szczególnie na szczeblu samorządowym.

20 listopada zmarł Jan Machulski, między innymi twórca... Teatru Ochoty. W mediach, poza krótkimi notatkami – pełne milczenie. Nic. Zmarł i koniec. Być może owo milczenie da się wyjaśnić poprzez analogię. Oto gdy 6 marca 2008 r. zmarł Gustaw Holoubek, to organizatorzy obchodów rocznicowych Marca '68 musieli sobie przypomnieć, że wcale nie Adam Michnik, Jacek Kuroń i kto tam jeszcze spowodowali swą „niezłomną postawą” zamieszki. Mało tego – nadęte wykształciuchy musiały przyznać, że było to jedyne wystąpienie w okresie PRL – u nie związane z cenami kaszanki. Po prostu przykrość wielka, bo to i okrągła rocznica.

A cóż się wydarzyło ostatnio w Warszawie? A oto mieszkańcy 4 listopada mogli radośnie świętować 56. urodziny Hanny Gronkiewicz – Waltz, dwulecie jej prezydentury oraz rocznicę obalenia kaczyzmu na rzecz donaldyzmu. A tu zgon, który w odczuciach wielu dziwnie łączy się z „radosną twórczością” warszawskich urzędasów na niwie kultury, przeciwko której protestują aktorzy, między innymi Witold Pyrkosz.

Osobiście dostrzegam jeszcze jeden powód milczenia. Pamiętacie Państwo jak grany przez Jana Machulskiego Kwinto w filmie Vabank wypowiadał taką oto sentencję: Jeśli mam kraść jako polityk, fabrykant czy bankier, to wolę już par excellence jako złodziej. Aktualne.

A mi jest po prostu smutno, że odszedł wspaniały aktor.

Źródło:

http://www.zw.com.pl/artykul/2,303387_Nowy_pomysl_na_teatr.html

czwartek, 20 listopada 2008

Korytko – nakryj się!

Polska to kraj niezwykły a mentalność Polaków to istny cud. Najpełniej nasz bujny polski charakter przejawia się w pięknie języka, gdzie np. do „koryta” ewentualnie „żłobu” dostawiane są „stołki”. Warto też zwrócić uwagę, że to, czy akurat Polak mówi o „żłobie” czy też używa określenia „koryto” jest uzależnione tym, czy odwołuje się do poziomu inteligencji czy też przymiotów charakteru rezydentów „postawionych” na konkretnych „stołkach” (też kuriozum językowe).

Powyższe żarty językowe można ciągnąć jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejsze niż tworzenie spisu negatywnych odniesień językowo – kulturowych wobec władzy wydaje się wskazanie ich genezy. Bez wątpienia jedną z nich jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wobec mniej lub bardziej jawnego złodziejstwa, czynionego przez władzę w majestacie prawa. Oto kilka prostych przykładów, ukazujących sposoby bezstresowego napełniania kolejnych „koryt” i „żłobów”, dzięki którym w Polsce nie opłaca się oficjalnie pracować i zarabiać.

Każdy pracownik od każdej zarobionej złotówki musi odprowadzić daninę na tzw. Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, który „składki” („haracz” byłoby bardziej na miejscu) przekazuje do ZUS – u. O tym, co owa instytucja gwarantuje nic nie da się napisać, bo niczego – oprócz przekrętów – nie gwarantuje. Jednym z nich jest potrącanie składek na ubezpieczenie chorobowe od wszystkich składników wynagrodzenia, w tym również od nagród z zysku. Tyle, że w przypadku choroby i skorzystania ze świadczenia chorobowego owe pobrane od nagród z zysku składki nie są uwzględniane przy naliczaniu wysokości świadczenia chorobowego. Płać i płacz.

Innym wspaniałym przykładem jest rozliczanie bezpłatnych urlopów wychowawczych, jakie funkcjonowały w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Choć osoba, która z nich skorzystała faktycznie nie otrzymywała żadnych środków, to zakład pracy, który takowego urlopu udzielił, płacił za korzystającą z niego osobę pełną składkę ZUS. Podobnie rzecz się miała w przypadku pracowników oddelegowanych do pracy za granicami PRL – u. Warto dodać, że przynajmniej część z osób oddelegowanych miała możliwość zarabiania prawdziwych pieniędzy, a nie bonów emisyjnych NBP. Gdy dzisiaj osoby te korzystają ze świadczeń emerytalnych, to mimo że zakłady pracy płaciły w obu przypadkach pełne składki ZUS – owskie, osoby oddelegowane do pracy za granicą mają zaliczony ów okres jako stuprocentowy okres składkowy, zaś osoby korzystające z bezpłatnego urlopu macierzyńskiego – ów okres mają zaliczony tylko w 50%. A przecież płacili tyle samo – 100%.

A skoro już jesteśmy przy emeryturach. Niezbyt wysokie świadczenia (mimo pobieranych wysokich składek) zmuszają ludzi do kontynuowania aktywności zawodowej po przejściu na emeryturę. I tu zaczyna się robić wesoło. Oto pracujący emeryt ze swojego wynagrodzenia płaci składkę (50%, resztę zakład pracy) na ubezpieczenie rentowe, z którego przecież z definicji nie skorzysta. Mało tego – owa składka nie jest brana pod uwagę przy naliczaniu podstawy wysokości świadczenia emerytalnego. Czyli – płać, ale i tak nigdy z tego nie skorzystasz.

Albo weźmy obowiązkowe składki płacone przez pracodawcę na Fundusz Pracy i wspomniany wcześniej Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Składki te rzutują na koszt zatrudnienia, a tym samym wysokość wynagrodzenia pracownika. W przypadku emerytów nie są brane pod uwagę przy naliczaniu wysokości świadczenia emerytalnego, a pracodawca zatrudniający emeryta nie ma z tego tytułu żadnej ulgi. Tyle, że z tych „funduszy” wypłacane są między innymi zasiłki dla bezrobotnych, z których emeryt w życiu nie skorzysta! Czyli ponownie – płać, ale zapomnij o możliwości skorzystania.

O złodziejstwie „dobrowolnego” ubezpieczenia emerytalnego tzw. drugiego filara (OFE) nie mam już nawet siły pisać. Krótko, antonimami – dobrowolne ubezpieczenie, które mam obowiązek płacić, wpłacane przeze mnie pieniądze nie są moje, nie mam żadnego prawa do dysponowania nimi, a i o zyskach z inwestowania przez OFE wpłaconych przeze mnie pieniędzy też nie mam co marzyć. Dobre, prawda?

Po roku działalności tzw. liberałów i tzw. liberalnego premiera, który powołał liberalną speckomisję Przyjazne Państwo, absurdy fiskalne i czyste złodziejstwo nadal funkcjonują i mają się w najlepsze. Nikt nawet nie próbuje tego ruszyć. No i pewnie – czymś trzeba te „korytko” napełnić, a tu jeszcze zima idzie, i kryzys, który nas wprawdzie nie dotknie, ale zabezpieczyć się trzeba...

Mam nadzieję, że tym tekstem znane z czasów komuny (która wprawdzie upadła, ale tylko po to, by twórczo transformować) hasło nie kradnij – rząd nie lubi konkurencji uaktualniłem i wprowadziłem w XXI wiek. A raczej nie ja, tylko kolejne „demokratyczne” i „sprawiedliwe społecznie” rządy, których radosną działalność opisałem. Taka tradycja, jak widać.

środa, 19 listopada 2008

Kasowe święto

Jeszcze nie zgasły znicze na grobach, wiatr nie rozwiał ich dymów, a już w sklepach pojawiają się dekoracje bożonarodzeniowe, „świąteczne promocje”, a lada moment z głośników polecą „staropolskie” Jingle bell's czy Stile nacht, bo przecież Lulajże Jezuniu czy Przybieżeli do Betlejem to zaściankowy obciach. Najlepsze są jednak tłumaczenia takiego postępowania – „musimy teraz, bo później nie zdążymy”. To zmieńcie branżę, skoro najwyraźniej o planowaniu długoterminowym nie macie bladego pojęcia.

To samo w przypadku innych świąt. A jakby tego było mało – bo na zniczach i wieńcach widać za mały zarobek – do tradycyjnych Wszystkich Świętych i Zaduszek dokooptowany został importowany Halloween. Gdy nowy król panuje z nową królową, to zarobek też jest dobry pod szkołą podstawową – jak śpiewał swego czasu Kazik Staszewski.

Przy tej okazji nie mogę się powstrzymać od refleksji, jak to ignorancja sama się ośmiesza. Oto w dzień Wszystkich Świętych będący świętem tych, którzy oddali życie za wiarę chrześcijańską i umarli w Chrystusie, pojawiły się żałobne nekrologi w mediach, jak to bardzo brakuje „nam” (jak komu) „drogiego” (fakt – tani nie był) Bronisława Geremka. Pominięta została w nich komunistyczna przeszłość europosła, wybitnie sceptyczny stosunek wobec nauk Kościoła katolickiego oraz to, że ducha wyzionął zasadniczo w Mercedesie i w jednoznacznych okolicznościach. Ale z tych laurek można wnioskować, że były profesor Geremek jest świętym albo co najmniej męczennikiem Kościoła! Dobre sobie. Warto też dodać na marginesie, że dzień wspominania zmarłych – Zaduszki – przypada niezmiennie 2. listopada, o czym przodujący w wyszkoleniu ideologicznym dziennikarze i dziennikarki winni wiedzieć. Chyba, że jednak nie przodują.

I tak prawie że wszędzie, w polityce zwłaszcza. Ci sami „działacze”, którzy stręczą UE i traktat lizboński nie przepuszczą okazji do pokazania ryła w telewizji przy okazji obchodów Święta Niepodległości. Orędownicy przejęcia winy za zbrodnie niemieckie z czasów drugiej wojny światowej i komuniści za nic w świecie nie przepuszczą okazji by 1. sierpnia nie zamanifestować swego patriotyzmu i „szacunku” dla tradycji podczas obchodów rocznicowych wybuchu Powstania Warszawskiego. A wszyscy razem po radosnym „marszu równości” będą się dzielić opłatkiem, jajeczkiem, wygłaszać orędzia i składać „najserdeczniejsze” życzenia, choć na co dzień gotowi są zębami i pazurami zwalczać „ciemnogród” chrześcijański i za wszelką cenę bronić święta 1. mają przed detronizacją na rzecz święta Trzech Króli. Szczytem wszystkiego jest odwoływanie się do chrześcijańskiego sumienia i przebaczenia, jakie ma miejsce przy okazji prób rozliczeń bandytyzmu, złodziejstwa i łajdactw PRL – u.

Może jestem naiwnym idealistą ale uważam, że prawo jeśli ma być sprawiedliwe musi obowiązywać wszystkich członków społeczeństwa. Zasady obowiązują zawsze i wszystkich. Podobnie rzecz ma się z moralnym systemem wartości. Podejście fifthy – fifthy jest tu absurdem. Rano parada równości, w południe marsz entuzjazmu dla aborcji i eutanazji (do czasu ten entuzjazm dla eutanazji), a wieczorem prezenty i życzenia z okazji wigilii narodzenia Jezusa Chrystusa. Wolność słowa i polityczna poprawność z wolnością nie mająca nic wspólnego. I tak dalej. Hipokryzja, niekonsekwencja, brak charakteru. Jak kto odrzuca Chrystusa, to niech zapomni o prezentach pod choinką oraz dniach wolnych z okazji świąt chrześcijańskich. Przecież te dni nie są dla niego świętami, więc chyba może pracować. Ja np. będąc Polakiem nie mam wolnego z okazji Jom Kipur a i rocznic Rewolucji Październikowej też nie świętuję dniem wolnym.

piątek, 14 listopada 2008

Świnia na prezent

Francuzi są dumni z laickiego charakteru swojego państwa. Dlatego też zwyczaj obchodzenia imienin jest im obcy, jako mający swą genezę w tradycji religijnej. Europejski premier Tusk Donald wiedział o tym rzecz jasna i postanowił odwdzięczyć się prezydentowi Francji za rozczarowania kampanii napoleońskiej, postawę we wrześniu 1939 r. i ogólną wykładnię równości wewnątrzunijnej „Polska ma okazję siedzieć cicho i słuchać”. Ogłosił mianowicie, że przylatujący do Polski 6 grudnia prezydent Nicolas Sarkozy otrzyma prezent imieninowy.

Sarkozy zgodził się prezent przyjąć, żeby nie robić międzynarodowego obciachu. W Polsce uszło by mu to na sucho, ale nie wiem czy we Francji nie będzie się musiał gęsto tłumaczyć, że jako reprezentant państwa nie szanuje jego obyczajów.

Niezależnie od wszystkiego cała ta sytuacja ma również znaczenie symboliczne. W państwach narodowych św. Mikołaj przylatuje rozdawać prezenty. W kosmopolitycznej WE świecki Nicolas przylatuje zbierać prezenty.

Za wszystko zapłacą podatnicy. Czy ci panowie w garniturkach nie mogli by grać w salonowca za własne?

środa, 12 listopada 2008

Wyrazy uznania

Człowiek się przyzwyczaił, że w życiu jak za kierownicą – maksymalnie ograniczone zaufanie do wszystkich. Aż tu nagle – szok. Ale po kolei.

Mam psa. Kupno karmy niby nie jest trudne, ale jej transport już niekoniecznie. Dlatego też powstały różne sklepy internetowe, handlujące karmą dla zwierząt i innymi akcesoriami dla zwierzaków. Często jest w nich taniej niż w tradycyjnych sklepach zoologicznych, a i fakt, że doniosą pod drzwi też nie jest bez znaczenia. W jednym takim internetowym sklepie od blisko 2 lat kupuję karmę dla swojego „maleństwa”. Zawsze pełna kultura, aż tu ostatnio przydarzył się casus paskudeus. Dostarczono inną karmę niż zamówiłem. Jak się zorientowałem – mało mnie szlag nie trafił. Piątkowy wieczór, zaczyna się dugi „łykent”, wszędzie pełna dezercja. Co robić? Zadzwoniłem, nagrałem się, ale ciągle mało. Wysłałem e – mail z opisem sytuacji i pytaniem, co z tym fantem firma ma zamiar zrobić?

W poniedziałek wieczorem otrzymałem odpowiedź. Zostałem przeproszony, firma obiecała, że w środę po 18 -ej przyjadą i wymienią karmę na tą, którą zamówiłem. Pomyślałem sobie – pożyjemy, zobaczymy.

Środa, punkt 18. dzwonek, wymiana karmy, podpis na fakturze wymiany, faktura wadliwie zrealizowanego zamówienia. Dziękuję, do widzenia.

Wpadki i pomyłki mogą się zdarzyć każdemu. Miarą przyzwoitości i człowieczeństwa jest sposób, w jaki z nich wybrniemy. Firma Telekarma dowiodła najwyższej klasy. Pokazała, że szacunek dla danego słowa, renoma i zaufanie klienta są dla nich naprawdę ważne. „Politycy” polscy 11 listopada 2008 r. nie zdobyli się na podobny gest wobec społeczeństwa, choć jak widać można i nie jest to takie trudne.

Wielki szacunek i wyrazy uznania dla firmy Telekarma! I serdeczne podziękowania.

Miło napisać o czymś przyjemnym.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Kryzys im. Wałęsy?

Na „polskiej drodze do socjalizmu” tylko wystąpienia w marcu 1968 r. nie wiązały się z cenami kiełbasy. Wszystkie pozostałe – jak najbardziej. I co ciekawe – za każdym razem począwszy od 1970 r. gdy tylko objawiał się kryzys jak diabełek z pudełka wyskakiwał Lech Wałęsa. Z kolei po Okrągłym Stole, po którym wprawdzie komunizm „upadł” ale i tak nastąpiła „transformacja ustrojowa” nastały rządy prezydenta Lecha Wałęsy, w trakcie których kryzys zwany „reformami Balcerowicza” wykończył cały polski przemysł podpisujący umowy długoterminowe. Rzesze przedsiębiorców, którzy uwierzyli, że american dream jest możliwy także w kraju nad Wisłą wykończyła inflacja w ciągu roku sięgająca 1000%.

Rok 2008 – najpierw słynna książka doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, potem nominacja na „Mendrca Ełropy”, 25.- lecie Nobla, spory kto, kogo, gdzie zaprosił, a gdzie nie, wreszcie kto, gdzie i dlaczego nie przyszedł. I od razu „kryzys” bankowy! Rzecz jasna – jaki tam „kryzys” – to rezultat, jak proroczo powiedział Stefan Kisielewski. Okazało się bowiem, że pewnych praw się nie da złamać. Bank nie może bezkarnie sprzedać więcej niż ma osobom, których nie stać na kupno. A jeśli spróbuje – powinien zbankrutować. Ktoś użył swego czasu porównania z „warzywniakiem”. Cóż, „warzywniak” nie sprzeda więcej kartofli niż ma na składzie, a bank próbował. Skutki jakie są każdy widzi.

Czy najwybitniejszy noblista wśród stoczniowców (i nie tylko) ma jakieś związki z kryzysami gospodarczymi – nie wiadomo. Cała masa socjalistów radośnie wieszczy błędność założeń Smitha, Friedmana i Fukuyamy o „niewidzialnej ręce rynku”. Nie dostrzegają, że wprawdzie udało się im ją na chwilę przytrzymać, ale skutek tego będzie taki, że jak już łupnie – to na całego. Przecież zwiększając dług publiczny poprzez pożyczki na ratowanie banków zmniejszają wartość nabywczą waluty. Czyli w skrócie – im więcej będzie pomocy, tym szybciej i mocniej gospodarkę światową na dobre szlag trafi.

Pomysł przekształcenia polskich stoczni w banki jako żart jest świetny, ale z drugiej strony – ile można je dotować?! Tylko ludzi szkoda, ale w końcu kto głosował za wejściem do UE, kto wybierał premiera z Gdańska itd.? To nie kryzys – to rezultat. Dziwi, że jeszcze nie objawił się bank reklamujący swoje usługi hasłem „My nie potrzebujemy pomocy rządu!”. Przeniósł bym do nich swoje konto szybciej, niż PO wycofała się z podatku liniowego.

czwartek, 6 listopada 2008

Różnica zasadnicza

Przypadkowo przełączyłem telewizor na kanał TVN24. A tam – prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz – Waltz. Po chwilowym wsłuchiwaniu w jej wypowiedź przełączyłem na CNN by obejrzeć (czarnego) Barracka (w Białym Domu) Obamę.

Nawet pod rządami socjalistycznymi, na które w USA się właśnie zanosi, mit american dream będzie jeszcze długo pokutował w świadomości społecznej. Natomiast mieszkanie w mieście rządzonym przez Hannę Gronkiewicz – Waltz zaczyna coraz bardziej przypominać pokutę. I to jest różnica zasadnicza.

środa, 5 listopada 2008

Obyś żył w ciekawych czasach

Wedle starego porzekadła PRL była najweselszym barakiem w obozie państw socjalistycznych. O tym, czy w Białym Domu zamieszka najweselszy socjalistyczny Barrack, czy może jednak myślący polityk – czas pokaże. W sumie to jednak czarny dzień dla wolności i własności.

Jak pokazały obecne wybory prezydenckie – USA to jednak prawdziwa demokracja i żaden gówniarz, znaczy pardon – spontan of course, nie wysyłał SMS – ów nawołujących do chowania babciom dowodów osobistych. Nawet tym, którym się zmarło przed rozpoczęciem głosowania. Zaklęcia zaprzyjaźnionych szamanów z sąsiedztwa pomogły – wprawdzie „maszynki” trochę szwankowały, ale spirytystyczne wota dodały nowego ducha systemowi, choć zaleciało czarną magią. Nie tak jak w Polsce, gdzie prymitywnie zabrakło kart do głosowania.

Zresztą u nas też wesoło. Do 4 milionów za zabawę sylwestrową i miliona na dofinansowanie jubla z okazji 25. – lecia przyznania „nobla” Lechowi Wałęsie za 182 tysiące złotych mieszkańcy stolicy dowiedzieli się, jak to prezydent Hanna Gronkiewicz – Waltz wybudowała pierwszą linię metra. Ile trzeba zapłacić, by przyznała się do zablokowania i rezygnacji z budowy drugiej? Ech, ta walka z kryzysem i te cięcia wydatków publicznych. Ale co to ja chciałem powiedzieć? Acha – wszystkiego najlepszego z okazji 56. urodzin, Pani Prezydent.

W ramach walki z kryzysem stocznie polskie trafi szlag, bo muszą w ciągu pół roku oddać całą otrzymaną pomoc finansową, zapewne z procentami. Z czegoś przecież trzeba ratować te biedne banki, ponoć bankierzy już toczą z lumpami boje o miejsca przy co bardziej luksusowych śmietnikach. Niestety, perspektywa kryzysu finansowego tak przeraziła władze Wenezueli, że na wszelki wypadek Najwybitniejszego Noblistę Wśród Stoczniowców (i nie tylko) ogłosili „persona non grata”. Dzięki temu nie muszą wydać miliona złotych, jak Warszawiacy. Cóż za niewdzięczna dzicz!

Pod Sejmem na Wiejskiej cud prawdziwy – wszystkie związki zawodowe zgodnie demonstrowały przeciw polityce rządu. Ale przecież RP Ludowa państwem laickim jest, więc co kogo obchodzą cuda jakoweś?

poniedziałek, 3 listopada 2008

Czyżby zmierzch Socjalistycznych Sithów?

Polska będzie eksportować tortury alarmuje dzisiejsze internetowe wydanie dziennika „Dziennik”. Następnie donosi o polskim projekcie tzw. ustaw antyterrorystycznych, przygotowywanych przez MSWiA. W zamierzeniu projektodawców mają nastąpić znaczne rozszerzenia uprawnień bezpieki w sferze podsłuchów, inwigilacji, kontroli korespondencji (czego wprawdzie nie napisano, ale wydaje się to logiczne), zatrzymań na 72 godziny, wreszcie wysyłania podejrzanych o terroryzm do krajów, w których stosowanie tortur jest prawnie dopuszczalne. Jak zwykle, podobnie jak i w przypadku prób cenzurowania internetu, mamy do czynienia z walką o pokój, demokrację, wolność słowa itd.

Równie dobrze można by wprowadzić zapis o zwalczaniu demokracji jako formie obrony demokracji, względnie odwołując się do słów generała Jaruzelskiego – o terrorze jako środku propagowania zasad wolności. Bzdura oczywista, ale jaka słuszna idea!

Zapewne niektórych dziwić będzie milczenie w tej kwestii wszystkich tych lewackich „obrońców praw człowieka”, ale działa tu mechanizm, który określiłbym mianem „mechanizmu Rospudy”, gdyby hipokryzja nie miała już swego imienia. Protestować należy tylko w słusznej sprawie, np. przeciwko budowie obwodnicy. Jadące dniem i nocą ciężarówki są już całkiem w porządku. Podobnie tutaj.

Ponieważ w świetle informacji mamy do czynienia przede wszystkim z rozszerzeniem możliwości prewencji (czyli zapobiegania), zachodzi obawa, że miast do zwalczania terrorystów przepisy zostaną zastosowane do zwalczania i kneblowania opozycji. Szczególnie tej krytykującej euro – socjalizm i dyktat wątpliwych i samozwańczych „autorytetów”. Jest oczywiste, że wcześniej czy później krocząc tą drogą ponownie dojdziemy do świata łagrów, obozów koncentracyjnych i mordów politycznych, a wtedy tak dziś broniona demokracja stanie się jeszcze jednym synonimem na określenie bandyckiego totalitaryzmu. Jednakże zastanawia co innego – skoro idee euro – socjalistyczne mają tak szerokie poparcie społeczne, jak opisują „opiniotwórcze” media, to po co brutalnie zwalczać wymierających szaleńców wołających na puszczy? A może rzecz ma się całkiem odwrotnie – inteligentni i wykształceni ludzie odwracają się od systemu, który każe im harować na utrzymanie ukrywającego się za kretyńskimi „ksywkami” (grypsera celowa) „spontanu” forów internetowych, w swej istocie będącym bezideowym, bezmyślnym, chciwym i leniwym motłochem? Cóż, to ważki powód do zabójstwa.

sobota, 1 listopada 2008

Dalecy bliscy

Ciągle obecni

Chociaż ich nie ma
Światełka pamięci
Na grobach 
W sercach