wtorek, 31 marca 2009

Bezinteresowna obrona interesu

Media właśnie ogłosiły wojnę z kolejnym zamachem na suwerenność i demokrację. Sprawa tyczy się kolejnej publikacji poświęconej Najnobliwszemu Prezydentowi Wśród Stoczniowców. W boju tym ramię w ramię z dziennikarzami zgodnie walczą politycy, dzięki czemu wyjaśniło się nareszcie, czym jest ów „interes narodowy”, którego w kampaniach wyborczych politycy zobowiązują się bronić, choć pewnie nie dla każdego miano „interesu” byłoby powodem do dumy. Parafrazując pewnego marszałka można by też filozoficznie stwierdzić, że jaki kraj, taki „interes”.

Rozwiązaniem problemu plugawych ataków na nasz „interes narodowy” personifikowany osobą Lecha Wałęsy, obok sugerowanej likwidacji znienawidzonego IPN – u (z którym nota bene publikacja nie ma nic wspólnego), byłby całkowity zakaz wypowiedzi na temat Lecha Wałęsy oraz surowe kary dla łamiących z sankcją działania wstecz. Miałoby to i ten pozytywny skutek, że przecież nikt więcej nie mówi o Lechu Wałęsie niż sam Lech Wałęsa, a i nikt częściej jego wypowiedzi nie publikuje, niż TVN czy Gazeta Wyborcza, ergo...

I liberalno – demokratyczny premier Tusk, który nie po to walczył z zamordystycznym kaczyzmem, żeby ludzie teraz myśleli co im się żywnie podoba, mógłby pograć trochę w piłkę, miast ciągle zwalczać teczkowe jądro ciemności, czyli IPN. Podobnie taki zapis wytrąciłby broń z ręki tych wszystkich nienawistników, którzy na groźby Lecha Wałęsy, że „jak nie”, to odda „wszystkie odznaczenia i zaszczyty” zawołali gromko Trzymamy za słowo! i wzięli się za dalsze „godzenie w podstawy wiekopomnej przyjaźni polsko – radzieckiej”. W końcu kto „siedzi”, ten nie wyjedzie, a Lech Wałęsa to wzór cnót wszelakich, więc prawa nie złamie za nic w świecie. Szczególnie, że przysięgał.

A może ta cała awantura to tylko prima aprilis i wzorem hipermarketów elity polityczne zaczęły wcześniej? Pytanie tylko, kiedy?

czwartek, 26 marca 2009

Język, historia i polityka

Wiele już powiedziano na temat języka debaty politycznej. Uczciwie trzeba dodać, że najwięcej na ten temat mówią sami politycy, więc myśl Stanisława Lema, że człowiek to istota, która najwięcej mówi o tym, o czym najmniej się zna, co i rusz znajduje potwierdzenia. Inna sprawa, że najwyraźniej między bajki trzeba włożyć twierdzenie, jakoby głupota nie była zaraźliwa. Myśl taka nasuwa się chociażby słuchając dziennikarskich rewelacji na temat „nieugiętości” premiera Tuska, który wywalił na zbity uśmiech senatora Misiaka, albo „honorowej dymisji” prezydenta Karnowskiego, związanej z aferą korupcyjną. O „sukcesie” rządu, dzięki któremu przez kilka mazurskich wsi zostanie poprowadzony międzynarodowy ruch TIR – ów („żeby żyło się lepiej”), czy rewelacjach dotyczących rządowego nepotyzmu, nie wspominając.

Wychodzi na to, że język polski dzięki polityce i politykom, traci funkcje komunikatywne i merytoryczne na rzecz manipulacyjno – propagandowych. Wciskanie przysłowiowego „kitu” społeczeństwu zostało niemalże podniesione do rangi dyscypliny naukowej. Rzecz jasna, aby do tego doprowadzić, trzeba było pracy wielu pokoleń na wielu polach. Nie bez znaczenia jest np. film. Koronnym przykładem manipulacji stają się filmy typu Czterej pancerni i pies tudzież Stawka większa niż życie. Ale nie tylko – obok starających się wyrwać spod presji cenzury Zakazanych piosenek, stanowiących swoisty hołd dla satyry politycznej i twórczości ludowej czasu okupacji (inaczej się tego, niestety, nie da określić), pojawiają się produkcje typu serialu Janosik. Tu zaczyna się dylemat – aktorskie mistrzostwo świata, ale przekaz... ot, chociażby „przysięga” harnasia – biednych bronić, bogatych sprawiedliwości uczyć. No pięknie. Wszyscy widzowie sympatyzują z przystojnym i sympatycznym harnasiem, bądź genialnym duetem Kwiczoł – Pyzdra (B. Bilewski – W. Pyrkosz). I nikt nie spyta, czy hrabia i murgrabia łamali prawo, ani dlaczegóż to akurat „bogatych” trzeba „sprawiedliwości uczyć” – wszyscy staną po stronie zaprowadzającego metodami ubecko - minclowskimi socjalizm Janosika i jego kompanów. I Lenin wiecznie żywy jest „ad mortem usrandum”.

Coraz mniej ludzi stara się „czytać między wierszami”, a jeszcze mniej gotowych jest o tym otwarcie mówić. Oportunizm i hedonizm różnych środowisk, w tym naukowych, stają się fundamentem moralnym konformizmu i postępującej degeneracji intelektualnej społeczeństwa. Skądinąd wiadomo, że łatwiej rządzić stadem bezmyślnych baranów, więc dywagacje na temat genezy zjawiska można sobie darować.

Zapewne też z powyższych powodów całkowicie bez echa przeszła śmierć wybitnego historyka, profesora Pawła Wieczorkiewicza, zmarłego 23 III 2009 r.. A to właśnie on wspaniale – i prosto – tłumaczył meandry pokrętnej kazuistyki i manipulacji peerelowskiej propagandy. Stawiał odważnie kontrowersyjne – a tym samym trudne do zaakceptowania przez bezrefleksyjną tłuszczę – tezy. Myślał, miał własne zdanie i nie bał się go wypowiadać, wbrew wszelkiej politpoprawności. Im mniej jest takich ludzi, tym bliższy jest sukces suflowanej społeczeństwu jedynie słusznej ideologii.

http://fakty.interia.pl/news/zmarl-profesor-pawel-wieczorkiewicz,1279227

poniedziałek, 16 marca 2009

X Muza w służbie socjalizmu

Swego czasu cała Polska rwała boki ze śmiechu nad ciemniactwem Bronisława Wildsteina, który jako szef TVP zakazał emisji seriali „Stawka większa niż życie” oraz „Czterej pancerni i pies”. Na nic zdały się, całkiem zresztą słuszne, argumenty, że oba seriale zakłamują historię Polski. I tak świadczyło to wyłącznie o ograniczeniu umysłowym Bronisława Wildsteina, który stał po niewłaściwej stronie barykady. Gdyby stał po właściwej, to nic by mu się nie stało. Ot, dla przykładu, gdy ministerstwo edukacji wykreślało z listy lektur liceum sienkiewiczowską Trylogię, argumentowało, że przedstawia ona „anachroniczny model patriotyzmu”. No cóż, nie da się ukryć, że zarówno „Stawka...” jak i „Czterej pancerni...” przedstawiali nie tylko anachroniczny ale i fałszywy obraz patriotyzmu, o historii już nie wspominając.

Rzecz jasna objęcie indeksem produktu dotąd legalnego jest jego najlepszą reklamą. Wtedy to jedna ze stacji telewizyjnych rozpoczęła emisję obu zakazanych filmów, każdy odcinek poprzedzając prelekcją profesora Pawła Wieczorkiewicza. Szczerze mówiąc Jego wykłady dla mnie były ciekawsze, niż kolejne odcinki. Profesor Wieczorkiewicz tłumaczył bowiem w sposób niezwykle komunikatywny i logiczny, co i w jaki sposób (a niekiedy również – dlaczego?) zostało w danym odcinku zakłamane.

Sytuacja owa przypomniała mi się, gdy po raz kolejny zobaczyłem w telewizji serial „Janosik”. Lecz cóż może łączyć „Janosika” z „Pancernymi...” czy „Klosem...”? Ano bardzo dużo. Przede wszystkim owe peerelowskie produkcje charakteryzuje kapitalna wręcz gra aktorska. Kreacje tworzone przez Witolda Pyrkosza, Emila Karewicza, Bogusza Bilewskiego czy Jerzego Cnotę są prawdziwymi perełkami aktorstwa. Do moich ulubionych należy duet Kwiczoł – Pyzdra (Bilewski – Pyrkosz) z „Janosika”, ale to szczegół.

Wymienione powyżej seriale łączy jeszcze jedna, tym razem negatywna cecha, o którą do aktorów pretensji mieć nie można. Wszystkie owe seriale w sposób niezwykle nachalny promują socjalizm. W przypadku „Klosa...” czy „Pancernych...” wyjaśnienia są raczej zbędne.

Uderzyło mnie to jednak również w przypadku „Janosika”, gdzie tytułowy bohater, jako herszt bandy zbójów, składa przysięgę „biednych bronić, bogatych sprawiedliwości uczyć”. I właściwie nie wiadomo, dlaczego akurat bogatych, bo z biedy też się wiele grzechów rodzi. Oglądając serial widz odruchowo darzy tytułowego bohatera i jego kompanów sympatią, nie zastanawiając się, czy aby prawo i racja nie stoją po stronie hrabiego i murgrabiego. Nie pyta, dlaczego realizujący swe prawa hrabia jest wcieleniem zła, podczas gdy co i rusz łamiący je zbójnicy – wręcz przeciwnie.

Warto o tym pamiętać i mówić głośno, gdy kolejne pokolenia sięgają po ową bezapelacyjnie kapitalną aktorsko klasykę polskiego kina. Podobnie jak i przy produkcjach o Robin Hoodzie. Inaczej Lenin faktycznie będzie wiecznie żywy.

niedziela, 15 marca 2009

Trudne wybory

Wprawdzie na wybory do Parlamentu Europejskiego trzeba będzie jeszcze poczekać, ale co szkodzi zacząć wcześniej kampanię? Ano, nic nie szkodzi, tym bardziej, że można jeszcze nasładzać swe ego widokiem własnej facjaty w telewizorze, w dodatku w słusznej sprawie. Tedy posypały się nowiny, sukcesy i oskarżenia. Oto Bartoszewski Władysław zjednoczył Niemcy, tym razem wokół Eriki Steinbach i jej idei, której ona zgodziła się chwilowo odstąpić. Z kolei dziennik „Dziennik” odkrył Amerykę wespół z teorią heliocentryczną i oskarżył PSL o nepotyzm. Gdzież to się owe nieboraczki piszące do „Dziennika” uchowały, bo bym się przeprowadził. Wszak miejsce, gdzie nie znają innych opcji politycznych niż PSL musi być oazą szczęśliwości na tym łez padole.

Obroną polskiej polityki zajęła się stacja TVN24 publikując demaskatorski materiał, jak to publiczna TVP wbrew wszelkim zasadom etyki promuje ugrupowanie Libertas irlandzkiego milionera Declana Galeny'ego. Być może, gdyby TVP promowała ponad wszelkie wyobrażenie PO tudzież SLD, nie byłoby to takie karygodne. Gdyby nie chodziło tu o TVN24, tylko jakieś Radio Maryja albo inną Telewizję TRWAM, człowiek chociaż by wiedział, że to zwykła ksenofobia i ciemnogród tak gromić polityczną międzynarodówkę. A tak tylko w głowę zachodzi, czy się aby nowy etap nie zaczął i nowe mądrości nie obowiązują.

Nieoficjalne rozpoczęcie kampanii wyborczej w najbliższych miesiącach zapewni społeczeństwu masę ciekawych doznań oraz przyniesie wieści niezwykłej (na co dzień) treści. Rzecz jasna główną kwestią, wokół której będą się ogniskować „programy” wyborcze, będzie walka z kryzysem, czyli kto i na ile zamierza skubnąć podatników i z kim się chce tym podzielić. Obok tego pojawi się cała masa tradycyjnego socjal – bełkotu o doli najuboższych, programach pomocowych oraz gwarantowanych przez WE wolnościach, oferowanych w zamian za wolność prawdziwą.

Swego czasu Wojciech Cejrowski podsumował kampanię wyborczą spostrzeżeniem, że program partii rządzących zawiera się w słowie „koryto”, zaś partii spoza rządu w dwóch słowach – „zabrać koryto”. Tym niemniej nie należy odpuszczać i głosować trzeba. Tyle, że ja w obiecanki wyborcze za grosz nie wierzę. Więc jak wybierać? Ano, kryteriów jest wiele. Można np. rozważać, czy głosować na tego, co już się nakradł (bo nie będzie kradł zanadto), czy przeciwnie – na tego, co jeszcze się nie nakradł (bo może akurat uczciwy)? Czy na durnia bądź inszego dyplomatołka (w nadziei, że dzięki głupcom szlag trafi ten poroniony kołchoz), czy na mądrego (z tego samego powodu)? Czy na tego, co może słowa dotrzyma, czy też tego, co pewnikiem złamie? Czy na tego, co mnie wkurza, czy na tego, co mnie nie wkurzał?

Rzecz jasna wszystkie powyższe kryteria mają jedynie charakter poglądowy i najlepszy pogląd dają o moim zdaniu na temat polskiej sceny politycznej. Ale ileż to trudnych decyzji w życiu człowiek podjąć musi...

wtorek, 10 marca 2009

Lekcja pokory obywatelskiej

W grupie studentów studiów podyplomowych część osób poczuła się urażona sposobem przeprowadzenia jednych z zajęć. Szczere oburzenie gromko zostało wyrażone. Chociaż niektórzy stwierdzili, że zajęcia im się podobały (mimo pewnych mankamentów), grupa „aktywistów” licznie pobiegła z pretensjami do opiekuna roku.

Jedną ze specyfik studiów podyplomowych jest to, że jak sama nazwa wskazuje studenci mają już dyplomy ukończenia uczelni wyższych. W pewien sposób zmienia to pozycję wykładowcy, dlatego też postawiony pod pręgierzem wykładowca kolejne zajęcia rozpoczął od pytania „co się Państwu nie podobało w moim sposobie prowadzenia zajęć?”. Wydawać by się mogło, że skoro była interwencja u opiekuna roku, to padną w tym miejscu konkretne argumenty. Tymczasem zapadła cisza. Po dłuższej chwili jedna osoba spośród z „aktywistów” zaczęła. Reszta, szczególnie ci, co pod salą energicznie domagali się głowy wykładowcy, milczeli. Odważną „aktywistkę” wsparło jeszcze dwie osoby – jedna z niezadowolonych i druga, której przeszkadzały pewne kwestie organizacyjne, drastycznie wpływające również na ocenę zajęć. Reszta milczała.

Opisaną powyżej sytuację, w pełni autentyczną, można rzecz jasna rozpatrywać w kategoriach ciężkiego frajerstwa i zaniku instynktu samozachowawczego. Można snuć przypuszczenia, jak zachowają się owi ludzie, szczególnie ci, którzy wystąpili, przy następnej sytuacji konfliktowej. Ale nie to jest tutaj najbardziej niepokojące.

Niepokojący jest całkowity brak ducha obywatelskiego. Skoro grupa ludzi przeciwko czemuś protestuje, to powinna poprzeć swego przedstawiciela, inaczej ich protest zamienia się w farsę. W opisanej sytuacji owego poparcia zabrakło. A przecież mowa jest o absolwentach studiów wyższych, aspirujących do roli elit intelektualnych społeczeństwa! Konformizm, hedonizm, oportunizm... nic pięknego.

Brak poczucia odpowiedzialności za losy jakiegoś przedsięwzięcia prowadzić może wyłącznie do jego katastrofy. Dzięki takim postawom, jak opisana powyżej, władzę nad społeczeństwem sprawują nie ci, którzy mają ku temu predyspozycje, lecz ci, którzy potrafią zakrzyczeć przeciwników. Skutki tego widać na każdym kroku i nie ma się co oszukiwać – źle to wróży na przyszłość.