sobota, 14 lutego 2009

Ciężki los mocarstwa

Jak na razie nie wiadomo, czy to aby nie polityka kredytowa ministra Czumy wywołała kryzys bankowy za oceanem, ale wszystko jeszcze przed nami. W końcu, skoro państwo polskie ma wypłacać międzynarodowym organizacjom odszkodowania z tytułu zagrabionego bądź zniszczonego przez Niemców podczas wojny mienia obywateli polskich, to i takie cuda są możliwe. A i obecny premier cuda przecież obiecywał.

Jak donoszą opiniotwórcze media, na wieść o nominacji ministerialnej dla Andrzeja Czumy zatrząsł się w posadach Biały Dom, a i nieco mniej biały Barak prezydent Obama też miał się wzdrygnąć, więc nie ma już cienia wątpliwości – jesteśmy światowym mocarstwem. Wszak jeśli wierzyć politykom, międzynarodowy kryzys nas ominie, a przynajmniej przejdzie bokiem, zaś wszystkiego kłopotu będzie na jakieś 20 miliardów złociszy dziury budżetowej, zresztą już załatanej.

Byt mocarstwowy ma rzecz jasna i swoje ujemne strony, o czym miał okazję przekonać się w Monachium osobiście Rokita Jan Maria, i to w obecności własnej, ślubnej żony. Oto przerażeni widokiem przedstawiciela mocarstwa polskiego Niemcy, których ogólnie zawsze w Niemczech było dużo, a już w wielkoniemieckich formacjach mundurowych – zwłaszcza, wywlekli skutego kajdankami Rokitę Jana Marię. Wszystko to działo się na oczach małżonki nieboraka, Rokity Nelly Arnold. Nie bardzo wprawdzie wiadomo, po co skuty wrzeszczał na całe lotnisko, że Niemcy go biją, co każdy mógł bez trudu zaobserwować. Być może była to próba repety prowokacji gliwickiej, z tą różnicą, że w roli Polaków mieli wystąpić autentyczni Polacy, przebywający na robotach w Niemczech. Na szczęście Rodacy, nauczeni doświadczeniem wyniesionym z kraju, że jak władza woła „pomożecie?!”, to należy wiać jak najdalej, puścili wrzaski mimo uszu. I dobrze, bo nie dość, że niemiecki rynek pracy ciągle dla nas zamknięty, to jeszcze rugi pruskie gotowe jak nic, w końcu z kryzysem za Odrą i Nysą też walczą.

Monachijski benefis niedoszłego „premiera z Krakowa” made by „gabinet cieni” (oj, cienko śpiewał), dał bodziec różnym „obrońcom interesu narodowego” do wystąpienia z całą mocą i domagania się od parlamentu zbadania sprawy, jaka w Niemczech jest smutną codziennością dla przebywających tam Polaków. Rząd całkiem słusznie się temu sprzeciwia. Po co angażować parlament i posłów, skoro w Kancelarii Premiera etacie jest akurat dyplomatołek specjalnej troski – stój, wróć! – sekretarz stanu i jednocześnie pełnomocnik ds. relacji międzynarodowych, zwłaszcza z Niemcami, niejaki Bartoszewski Władysław.

Jednak jego nikt o nic pytać nie chce. Być może posłowie stosują się do zasady pewnego pasażera tramwaju, który wracając po suto zakrapianej imprezie ulżył zmęczonemu żołądkowi, zaś nagabywania innego pasażera, na którego płaszczu większość owej „ulgi” wylądowała, zbył władczym – Z obrzyganym nie gadam!

Brak komentarzy: