niedziela, 10 sierpnia 2008

Tradycyjne patologie

Oszałamiającą karierę w polskiej debacie publicznej robi ostatnio zapomniane, zdawałoby się, pojęcie nepotyzmu. Karcony przez wszystkie autorytety nepotyzm, polegający na zatrudnianiu krewniaków, jako zjawisko nie jest pierwszej świeżości a i ma poważną konkurencję w postaci równie silnie zakorzenionej w polskim życiu publicznym tradycji protekcji. Oczywiście obok słów krytyki samego zjawiska pojawiają się również dywagacje poświęcone nie tyle genezie zjawiska, ile genezie dysputy na jego temat. Jednakże o tym, czy teoria Stanisława Michalkiewicza jakoby dysputa na temat nepotyzmu była reżyserowana przez razwiedkę i gestapo w celu wprowadzenia do koalicji rządzącej komunistycznej lewicy, czas pokaże.

Nader ciekawie wyglądają komentarze do istoty samego zjawiska nepotyzmu. Poczynając od słów Renaty Beger, że przecież dzieci polityków gdzieś muszą pracować, pojawiają się głosy, że takie nieetyczne postępowanie „elit” jest odbiciem powszechnego w społeczeństwie procederu. Oczywiście autorom tych debilnych wywodów umyka fakt, że czym innym jest prywatna firma, która może splajtować, a której szefostwo może trafić do pudła za długi, a czym innym państwowy urząd, gdzie koszty niekompetencji krewniaka czy znajomka „królika” ponosi całe społeczeństwo. Bo przecież o fachowców nikt pretensji mieć nie będzie. A tak przy okazji – ryba psuje się od głowy.

W świetle oszałamiającej kariery nepotyzmu warto przypomnieć inne, nieco zapomniane, pojęcie symonii, czyli sprzedaży urzędów. Pierwotnie wprawdzie symonia jako zjawisko odnosiła się do urzędów kościelnych, ale istnieją całkiem poważne przesłanki do rozszerzenia jej zakresu znaczeniowego. Oto następuje laicyzacja Kościoła, gdzie zwolennicy lustracji (również księży i książąt Kościoła) ustami arcybiskupa Życińskiego stają się bluźniercami przeciwko Chrystusowi, a tym samym – Bogu. Z drugiej strony mamy sakralizację państwa, gdzie „drogiego Bronisława” pochowano w Alei Zasłużonych na Powązkach w asyście aż dwóch arcybiskupów, jako „dobrego syna kościoła” i oczywiście „wybitnego Polaka”. O jarmułkach i wspólnych modłach, dominujących w polsko – izraelskich kontaktach wspominać nawet wstyd. Podobnie jak „cudzie” (wprawdzie tylko gospodarczym, ale nie od razu Kraków zbudowano) wpisanym do programu rządzącej PO. Dla porządku należy też odnotować laicką komisję kanonizacyjną Barbary Blidy, choć nie bardzo wiadomo, do której kategorii ją zakwalifikować – sakralizacji profanum czy profanacji sacrum. Może jakiś „Filozof” podpowie rozwiązanie?

Tylko czy postawienie tezy o sprzedaży urzędów państwowych nie będzie zdradą tajemnicy handlowej, tj. sorry – oczywiście państwowej? Nie, dopóki sprzedawca pozostanie anonimowy. Dla przypadkowego społeczeństwa.

Brak komentarzy: