Obywatel premier Donald Tusk ogłosił urbi et orbi, że poszkodowani w wyniku działalności „trąby powietrznej” dostaną od państwa odszkodowanie w wysokości 100% kosztów remontu bądź odbudowy domów (w branży ubezpieczeniowej kariery premier nie zrobi). No w życiu nie podejrzewał bym, że z premiera taki „kozak” ale i „charakternik” - poczuwa się chłop do odpowiedzialności i pokryć straty chce. Przykry wypadek, który przydarzył się obywatelowi premierowi Tusk Donaldowi wskazuje, jak można w praktyce zrobić obiecywane wraz z „cudem gospodarczym” „tanie państwo”, choć szczegóły zapewne pozostaną tajemnicą (osobiście podejrzewam kolaborację grochówki). Wyobraźcie sobie tylko Państwo tę potęgę - talerz grochówki i benzyna – przy zachowaniu stawek VAT i akcyzy, a nawet ich wzroście o 1000% (na dobry początek) – po 1,20 zł za litr. Gaz po 1 gr za milion m3. Gazoporty radziecko – niemieckie wspomnieniem bolesnym dla ubezpieczycieli inwestycji. „Widoczny znak” - fru! A na cholerę nam jakaś amerykańska „Tarcza”, sklonować premiera, i już jesteśmy mocarstwem.
No, dobra, koniec z kpinami. Po prostu szlag mnie trafia, gdy do zarejestrowania samochodu i korzystania z niego muszę mieć przy sobie świstek potwierdzający zawarcie obowiązkowego ubezpieczenia OC. Jakby tego było mało – umowy OC (i pieprzonego świstka) nie dostanę bez cholernego stempelka w dowodzie rejestracyjnym, potwierdzającego uwieńczone sukcesem okresowe badanie techniczne pojazdu. Brak stempelka czy OC ma przykre dla kierowcy konsekwencje, o ile rzecz jasna nieustraszona policja nie będzie się bała dokonać zatrzymania. I wszyscy to akceptują, choć brak jakichkolwiek dowodów, by spełnienie wszystkich tych kretyńskich wymogów formalnych chroniło przed głupotą, brawurą, alkoholizmem, narkomanią czy „zjechaniem z niewyjaśnionych przyczyn na przeciwny pas ruchu” Mercem oraz konsekwencjami powyższego, o czym świadczy ostatni pompatyczny pochówek w Alei Zasłużonych na Powązkach.
Gdyby „poszkodowani” mieli choć trochę rozumu, pognali by polityków z ich zakichaną „dobroczynnością”, w ramach której dostają wpłacone przez siebie (i innych, Bogu ducha winnych obywateli), jako złodziejskie podatki, pieniądze, tyle, że muszą się z nich wyliczyć. Pogonili by tych „dobroczyńców”, gdyż jak wiadomo najrozsądniej wydaje się własne, ciężko zapracowane pieniądze, a najgłupiej – cudze, z których nie trzeba się rozliczać. Powinni też wiedzieć, że władza odbierze sobie z nawiązką kwoty swej „dobroczynności”, dzisiaj rabując jednych, jutro drugich.
Dlatego za każdym razem, gdy słyszę podobne zapewnienia o przyznawaniu pomocy z funduszy publicznych, mam wielką ochotę naruszyć kilka przepisów: o ochronie języka ojczystego, naruszeniu dóbr osobistych, znieważeniu urzędników państwowych itp. A bodaj was gęste rozwolnienie, filantropi na cudzy koszt!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz