Klasyk rzekł był kiedyś, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Przyłożywszy maksymę do życiorysu złotoustego autora wychodzi, że skończony w samoobronie mężczyzna, wyeksploatowawszy się jako pamflecista, kończy jako historyk. Tą właśnie dziedziną życia raczył ostatnio zająć się Leszek Miller. Nie bardzo wprawdzie wiadomo, co z tymi co od historii zaczynają, ale mniejsza z tym.
Oto były tow. Miller zajął się rozliczaniem Powstania Warszawskiego, czego powodem mogło być, iż wywodząca się z PPR – u lewica, nawet przy najszczerszych chęciach, czynów patriotycznych w swej przeszłości nie ma. Zdrady, fałszu, czystek etnicznych i politycznych, mordów – owszem, pod dostatkiem, ale tym w Polsce jeszcze nie ma się co chwalić.
Taktownie przemilczawszy co najmniej dwuznaczną postawę Armii Czerwonej wobec dokonywanej przez Niemców rzezi Warszawy, odmowę korzystania samolotom RAF – u z lotnisk Armii Czerwonej, wreszcie późniejszego postępowania przedstawicieli jedynie słusznej, postępowej ideologii komunistycznej wobec powstańców, L. Miller argumentuje w sposób urokliwie żałosny. Wprawdzie świętej pamięci S. Kisielewski słusznie twierdził, że dyskutując z głupotą nadaje się jej znaczenie, ale po pierwsze nie toleruję zakłamania pod żadną postacią, a po drugie dlaczego mam się nie śmiać z tego, co mnie śmieszy?
Zasadniczo historiozofia (filozofia dziejów) Powstania Warszawskiego w ujęciu L. Millera sprowadza się do dwóch tez: niejednomyślność decyzji o wybuchu powstania głównym zarzutem oraz postrzeganie Powstania jako największej polskiej tragedii po 1939 r. Zastanówmy się nad tym.
Decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego nie była podjęta jednomyślnie, mało tego – wbrew woli większości. Jest to o tyle zrozumiałe, że mowa jest o akcji militarnej, a jak wiadomo wojsko z demokracją mało ma wspólnego. Dla kontrastu warto przypomnieć, że decyzja o wysłaniu 12 – 13 X 1943 r. do walki pod Lenino równie niedozbrojonej i wygłodniałej jak powstańcy Warszawy dywizji kościuszkowców podjęta była jednomyślnie (z braku alternatywy), akcja kościuszkowców również nie osiągnęła założonych celów i również przyniosła ogromne straty. Oczywiście obiektywny L. Miller na pewno popisze się erudycją w październiku.
Warto też zastanowić się, czy rzeczywiście zasada jednomyślności zawsze będzie dla osób pokroju L. Millera elementarnym kryterium wartościującym. W czasach PZPR – owskiej młodości naszego kończącego historyka wszystkie decyzje podejmowane były jednomyślnie, czyli słusznie. Skoro niejednomyślność decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego urasta do rangi głównego zarzutu, to ja przypominam, że decyzja o wejściu Polski do WE również nie była jednomyślna (kto wtedy był premierem, robaczku?), a i traktat lizboński, jeżeli zostanie przyjęty, zasadzie jednomyślności urąga. Ale tu już niejednomyślność jest słuszna i ważna, prawda? Takie postępowanie nazywa się, ku pamięci innego klasyka, mentalnością Kalego.
Kwestia druga – Powstanie Warszawskie było największą polską tragedią po 1939 r. Przepraszam, że pytam, ale według jakich kryteriów wartościujących? Dla przypomnienia: Katyń, Starobielsk, Ostaszków, eksterminacja polskich środowisk akademickich, eksterminacja polskiej ludności Kresów Wschodnich 1939 – 1941, deportacje polskiej ludności zarówno na Kresach Wschodnich jak i terenach wcielonych do III Rzeszy Niemieckiej, rzeź wołyńska dokonana przez UPA... Chyba na razie wystarczy. Inna sprawa, że obserwując debatę publiczną o polskiej przeszłości dochodzę do wniosku, że największą polską tragedią była dokonana przez Niemców eksterminacja Żydów oraz kolejne ich emigracje po wojnie. Czyli z L. Millera wychodzi organiczny antysemityzm... Dobrze, że komunista nie może być Żydem, ani Polakiem. Premierem, niestety, tak.
Podsumowując posłużę się słowami cytowanego wcześniej klasyka, H. Sienkiewicza: Kończ waść, wstydu oszczędź. Sobie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz