Stanisław Michalkiewicz od lat powtarza, że jeśli ktoś politykuje, to politykuje również i jego sumienie. Dzisiejsze wypowiedzi trzech byłych prezydentów – Władimira Putina, Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego – w znacznej mierze potwierdzają owe spostrzeżenie.
Zacznijmy od szeroko kolportowanej przez media wypowiedzi byłego prezydenta Rosji, obecnego premiera tejże. Władimir Putin oburzenie „Zachodu” skwitował przypomnieniem wykonanego wyroku skazanego na karę śmierci Saddama Husseina. Stwierdził, że skoro Saddama należało powiesić za „kilka szyickich wiosek zrównanych z ziemią”, to nie ma co się oburzać na Rosję, która ujęła się za podobnie prześladowanymi Osetyńcami. Oczywiście argument jest całkowicie słuszny – w cudzym oku źdźbło, ale w swoim... Tyle, że słuszność argumentu W. Putina nie zmienia faktu wybiórczości jego stosowania przez władze Rosji. Jakoś nie słyszałem o wsparciu ze strony władz rosyjskich działań, mających na celu odnalezienie i skazanie osób odpowiedzialnych za „pokojowe interwencje” na Węgrzech w 1956 r., w Czechosłowacji w 1968 r. czy Afganistanie w latach osiemdziesiątych, gdzie również czołgi rozjeżdżały cywili bez względu na wiek i płeć. Zaś w przypadku zbrodni Katyńskiej mowa już nie tylko o braku pomocy, ale również utrudnianiu śledztwa, mataczeniach i zakłamywaniu prawdy. O ile jednak interwencje na Węgrzech, w Czechosłowacji i Afganistanie Rosjanie mogą składać na karb ZSRR, o tyle utrudnianie śledztwa Katyńskiego – już nie. Podobnie jak nie złożą na karb antenatów ofiar wojny w Czeczenii, ofiar w Teatrze na Dubrowce czy w Biesłańskiej szkole. Nie bardzo też wiadomo, po czym jeżdżą w Gruzji rosyjskie czołgi, choć należy podejrzewać, że nie przebierają w wyborze nawierzchni.
Jako druga na uwagę zasługuje wypowiedź speca od savoir vivre'u podczas zwiewania po drabinie przez okno wprost do bagażnika, czyli Aleksandra Kwaśniewskiego. Sens jego wypowiedzi był taki, że jeśli Polska natychmiast nie ratyfikuje traktatu, czeka nas los Gruzji. Ciekawe... nie bardzo wiadomo jak ratyfikowanie (mniejsza z tym, że „splutonowanego” w Irlandii) bełkotu może wspomóc polskie bezpieczeństwo polityczne, militarne i energetyczne, skoro traktat ten ma jedynie usprawniać działalność WE? Mało tego – należy pamiętać, że został w całości wynegocjowany przez Annę Fotygę, ministra spraw zagranicznych w rządzie koalicji PiS – LPR – Samoobrona. A jak powszechnie wiadomo, wszystko czego tknęli się owi „polityczni dyletanci”... Zastanawia też, czy aby Aleksander Kwaśniewski nie zapowiedział, że następnym celem „pokojowej interwencji” Rosji będzie Polska która, jak by z tego wynikało, o kant d... może potłuc członkostwo w NATO czy WE.
ŹRÓDŁO: http://wiadomosci.onet.pl/1805276,11,item.html
Najciekawsza jednak dla mnie jest wypowiedź trzeciego byłego prezydenta, czyli najwybitniejszego noblisty wśród polskich stoczniowców (i nie tylko), Lecha Wałęsy. Błysnąwszy intelektem mistrz zagmatwanej riposty wypowiedział następujące oto słowa: Ja miałem podobny problem z Rosją w latach 90., ale na prośbę USA, zatrzymałem się przed kolejnymi krokami [...] Po przyjeździe Madeleine Albright opadły mi ręce. Więcej na ten temat powiedzieć nie mogę [...] To były argumenty, które nie dawały mi żadnych szans, a ja jestem politykiem odpowiedzialnym. Z tym ostatnim, to lekka mitomania – „pomroczność jasną” to dla czyjej progenitury wymyślił Falandysz? Ale mniejsza z tym... Ciekawi mnie, jakiż to problem miał z Rosją w latach 90. światły noblistycznie prezydent Wałęsa? I to do tego stopnia, że interweniowały USA poprzez lady Albright? Czyżby też chciał zaatakować Osetię, w całości bądź na raty? A może – o bogowie! - samą matuszkę Rasiję? Ciekaw jestem szczegółów, i chyba nie tylko ja. Bo argumenty, po których „ręce opadły” prezydentowi Wałęsie mogę sobie wyobrazić – panowie Cenckiewicz i Gontarczyk napisali na ten temat nawet poważną publikację naukową.
ŹRÓDŁO: http://wiadomosci.onet.pl/1804720,11,item.html
Najbardziej paradoksalnym w tym wszystkim jest, że z wymienionej trójki największym szacunkiem darzę Władimira Putina. To, że jestem całkowicie przeciwny jego „polityce polskiej” (za którą gros odpowiedzialności ponoszą L. Wałęsa i A. Kwaśniewski swym postępowaniem), jego poczynaniom w Czeczenii czy obecnie – Gruzji, to jedna strona medalu. Z drugiej jednak widzę w nim (być może błędnie) wyrazistego polityka, stawiającego na pierwszym miejscu sprawy swojej ojczyzny, broniącego jej interesów i wizerunku wszelkimi sposobami, nawet wbrew tzw. „opinii międzynarodowej”. Miło by było, aby i nasi „politycy” mieli charakter. Jakikolwiek.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz