Stanisław Lem pisał kiedyś, że człowiek to istota, która najchętniej mówi o tym, na czym najmniej się zna. Te słowa najlepiej obrazują „politykę ekologiczną” władz różnego szczebla czy działania części tzw. ruchów ekologicznych. Dla jasności muszę dodać, że sam sprzeciwiam się bezmyślnemu dewastowaniu środowiska, z naciskiem na bezmyślne, a więc nie podporządkowane żadnym sensownym celom.
Tyle, że realne działania proekologiczne w zasadzie ograniczają się do absurdalnych protestów przeciwko budowie drogi (dlaczego nie przeciwko tranzytowi TIR – ów?), elektrowni atomowej (węglowe pewnie tańsze i przyjaźniejsze środowisku?) oraz konferowaniu za państwowe pieniądze w towarzystwie wzajemnej adoracji. Jak to się przekłada na codzienną praktykę?
Ta praktyka to tony soli z piachem, wysypywanych zimą na jezdnie i chodniki oraz ogólna paranoja w ramach tzw. oczyszczania dróg. Wiem, że są na to jakieś normy, ale co do ich przestrzegania mam spore zastrzeżenia. Rodzą się one za każdym razem, gdy na czarnych sznurowadłach i ciemnych elementach zelówki pojawia się twardy, biały osad z soli. Warto rozważyć jakie skutki przynosi taka „polityka”.
Po pierwsze należy zwrócić uwagę, że oczyszczane są w zasadzie główne arterie komunikacyjne miasta, a i tak dotyczy to wyłącznie jezdni, nie zaś chodników. Boczne ulice i wszystkie chodniki są wyłącznie posypywane piachem z solą a wytworzone w ten sposób błoto pośniegowe na bieżnikach opon i podeszwach butów trafia na oczyszczone główne ulice.
Negatywny sposób, w jaki sól działa na samochody jest znany każdemu kierowcy. Być może jest to częścią „polityki ekologicznej”, zwalczającej „toksyczną” motoryzację. Warto jednak zwrócić uwagę na inne aspekty motoryzacyjne omawianego sposobu „oczyszczania ulic”. Po pierwsze samochody z natury rzeczy zimą więcej „palą”. Ale jeżeli są kłopoty z przyczepnością, to „palą” jeszcze więcej. Każdy kierowca wie też doskonale, że wszelkie substancje sypkie, jak piasek z solą, na jezdni zdecydowanie ową przyczepność zmniejszają, co ma swoje przełożenie na ogólne bezpieczeństwo na drogach.
O zimowych cierpieniach miejskich czworonogów napisano już wiele. Ale należy zwrócić uwagę na fakt, że buty również ulegają przyspieszonemu zniszczeniu. A przecież zniszczone obuwie trzeba będzie poddać utylizacji, a i nowe wyprodukować też trzeba będzie, bo ludzie jakoś boso chodzić nie chcą, szczególnie zimą. Ale co tam, ważne że plany dobre i urzędy mają co robić. Za wszystko i tak zapłaci obywatel – podatkami za oczyszczanie i „politykę ekologiczną”, z własnej kieszeni za naprawy samochodu, nowe buty, opony i leczenie psa. Czyli w sumie wymiar prospołeczny, wpływający ożywczo na gospodarkę.
Ulice odśnieżane i oczyszczane być muszą, to jasne. Jednakże niepokoi bezmyślność, z jaką owe działania są wykonywane. Mnie interesuje jeszcze jedna kwestia. Co mianowicie stanie się z owym peklowanym solą błotem pośniegowym? Czy nie będzie tak, jak w filmie Brunet wieczorową porą, gdzie zasady ekonomii (i ekologii) socjalistycznej Jan Kobuszewski wyjaśniał Wiesławowi Gołasowi? Zrzucić na poboczu „na kupę” i czekać, aż z wiosną ściekami wszystko spłynie do Wisły. Wtedy będzie można walczyć z zasoleniem rzek. W sumie – ekologia ponad wszystko. I żeby się kręciło...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz