sobota, 31 stycznia 2009

Globalne ocieplenie w służbie ludzkości

Powszechnie znane powiedzenie, że „wiele trzeba zmienić, aby wszystko zostało po staremu”, najlepiej jest widoczne w przypadku polskiego parlamentaryzmu po 1989 r. O ile gdzie indziej zmieniają się parlamentarzyści, a partie pozostają, o tyle w Polsce partie zmieniają się jak w kalejdoskopie, a „mordy nasze kochane” wciąż te same. I żyje się lepiej a nasza kiełbasa przegania inne kiełbasy, choć aktorzy wciąż tacy więcej prowincjonalni.

Skoro wiele trzeba zmienić, aby wszystko zostało po staremu, to logicznie rzecz biorąc chcąc cokolwiek zmienić, niczego nie wolno ruszać. Ponownie w sukurs jako argument przychodzi polska scena polityczna i ostatnia zmiana ekipy rządzącej, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejsze wydaje się zagadnienie, jak skutecznie wykorzystać w praktyce ową teorię niezmienności warunkującej znaczące zmiany?

Trzy największe plagi dnia dzisiejszego to: kryzys bankowy, dziura budżetowa i globalne ocieplenie. Zasadniczym skutkiem kryzysu bankowego jest trudniejszy dostęp do kredytów i pożyczek, którymi można by próbować łatać dziurę budżetową. Ale, jako się rzekło – raz, że trudniej uzyskać, dwa, że warunki spłaty cięższe, a kredyty i pożyczki trzeba niestety spłacać. No a skoro państwu trudniej pożyczyć u lichwiarzy, to co dopiero obywatelowi, prowadzącemu działalność gospodarczą? Tedy nie dostanie on kredytu, nie zwiększy produkcji, aby nie pójść na dno zmniejszy zatrudnienie. Ludzie stracą pracę, więc mniej kupią. Przedsiębiorcy mniej zarobią, mniej podatków zapłacą – i tak w kółko. A jeszcze przecież wszystko to przełoży się na globalne ocieplenie, bo jak tu finansować nowoczesne i drogie eko – technologie, skoro na łapówki ledwo starcza? Tedy bieda z nędzą i kataklizm gotowy. Zauważalne oszczędności na krawatach, czynione przez premiera Tuska, wiele tu nie pomogą. Strajki i spadek w sondażach jak amen w pacierzu.

A gdyby tak zlikwidować, albo choć zawiesić na kilka lat obowiązek płacenia haraczu od wydawania opodatkowanych dochodów, czyli VAT – u? Ceny automatycznie spadają. Ludzie bez podwyżek płac będą mogli więcej kupić. Skoro producenci więcej sprzedają – mają forsę na zwiększanie zatrudnienia i inwestycje w nowoczesne, przyjazne środowisku, technologie. Dochody wzrastają, bezrobocie spada, więc siłą rzeczy więcej wpływa do budżetu z podatków bezpośrednich. A skoro więcej wpływa – nie trzeba pożyczać na łatanie dziur wszelakich w budżecie. I jeszcze inwestycje zagraniczne napędzają polską gospodarkę. A i obywatele więcej pieniędzy trzymają w bankach. A wiadomo – bank bez klientów jest jak stryczek bez wisielca – jest za co ciągnąć, nie ma na co patrzeć. No chyba, że bankierzy zaczną golić samych siebie.

Rząd ani parlament pomysłu nie poprą, to jasne. Ale jest jeszcze przewidziana w konstytucji społeczna inicjatywa ustawodawcza. Sądzę, że zebranie odpowiedniej liczby podpisów nie stanowiło by trudności. I nawet, gdyby ów obywatelski projekt ustawy miał być chowany pod sukno a w ostateczności – trafić do kosza, społeczeństwo odniosło by korzyści. Po pierwsze „elity” musiałby zanegować sens działań, pod pozorem których trwonią publiczne pieniądze, a to nawet zawodowym hucpiarzom na zdrowie nie wyjdzie. Po drugie, więcej ludzi zrozumiałoby złodziejską istotę VAT – u. Po trzecie – ostrzegłoby polityków, że zbliżają się do niebezpiecznej granicy, za którą społeczeństwo nie pozwoli się więcej kantować.

A gdyby się udało? O korzyściach nie ma sensu pisać. Ale chciałbym zobaczyć cwaniaka, który później ponownie wprowadzi VAT i wyjdzie z tego eksperymentu cało.

Zaś co do zasady – jak wcześniej walczymy z kryzysem, globalnym ociepleniem i dziurą budżetową, ale ile tą walką możemy zmienić? A że nie stać nas, jak np. Niemców czy Francuzów na wielomilionowe dotacje, to musimy sobie radzić inaczej. Chyba, ze UE woli globalne ocieplenie, kryzys i kolejną falę polskich emigrantów.

Brak komentarzy: