środa, 14 maja 2008

Quo vadis?

Wpadł mi w ręce felieton Jacka Żakowskiego Dr Donald i Mr Tusk w poniedziałkowej (12 V 2008) Gazecie Wyborczej. Szczerze mówiąc - zatkało mnie, gdyż autor felietonu ma dość jednoznaczne poglądy. A tu taka siurpryza...


Cały tekst jest kolejnym szczegółowym porówananiem rządów Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Co jednak zastanawiające, wskazuje nie pozytywne różnice (na korzyść obecnego premiera) ale podobieństwa. Z utrzymanego w kasandrycznym tonie felietonu wynika, że "Donald" spełnia czym "Kaczor" straszył, a rządy PO od rządów PiS - u różni jedynie styl sprawowania urzędów. Paranoiczne, obsesyjne i pełne obelg rządy Jarosława Kaczyńskiego zastąpione zostały nic nie znaczącymi uśmiechami Donalda Tuska, zaś obie ekipy dążyły i dążą ku ograniczeniu wolności i zaprowadzeniu rządów autorytarnych. Dziwią takie słowa w GW, która przez przeszło dwa lata rządów PiS zachwycała się Donaldem Tuskiem, jego projektami politycznymi i całą PO. Czyżby Stanisław Michalkiewicz miał rację głosząc swoją spiskową teorię demokracji polskiej a rządy PO wkraczały w fazę Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść?


W tekście pojawiają się również zaskakujące "kwiatki" w postaci nader ciekawych stwierdzeń. Oto J. Żakowski o działaniach obecnego rządu pisze (skróty własne):


Swobodny dostęp prokuratury do kont przedsiębiorców nie zatrząsł posadami polskiej polityki, chociaż wiadomo, że co wie prokuratura (lub czego się domyśla), to wiedzą odpowiednie media - czyli wszyscy - jeśli tylko władza sobie tego życzy [...] Oddanie ABW kontroli nad danymi ZUS nie zbulwersowało obrońców wolności z Platformy Obywatelskiej, chocciaż jest tam prawdziwy arsenał wrażliwych wiadomości [...] Pomysł zniesienia immunitetu też został przez opinię publiczną przyjęty zastanawiająco spokojnie. Gdyby to było za PiS, każdy by rozumiał, że ludzie Kaczyńskiego i Ziobry w policji, służbach i prokuraturze otrzmają furtkę do legalnego unieszkodliwiania, zastraszania i praktycznie nieograniczonego inwigilowania swoich konkurentów w Sejmie i Senacie [...] Zakaz kandydowania do Sejmu przez osoby karane byłby za poprzedniej władzy rozumiany jako sposób na wyeliminowanie chociaż części konkurentów. Za obecnego rządu ten sam pomysł wydaje się tylko przejawem beznadziejnej walki o podniesienie moralnych standardów polityki. Chociaż nie wiadomo, żeby osoby karane zasiadały w polskim parlamencie i stanowiły jakikolwiek problem.


Nie polemizując z tezami J. Żakowskigo trudno nie zauważyć, że mowa tu również o powiązaniach biznesu, polityki i wymiaru sprawiedliwości, czyli tak do niedawna wyśmiewanym układzie, który jakoby nie istniał. Tworzona przez Tuska ośmiornica swymi mackami obejmje również policję i służby specjalne a przerażony parlament zgadza się na wszystko, nawet posuwając się do dyskrymiancji osób z wyrokami. Tyle, że ponoć taki patologiczny układ, jak opisuje J. Żakowski miał być wytworem paranoicznie tropiącej spiski wyobraźni! Nie bardzo też rozumiem słowa o zakazie kandydowania na najwyższe urzędy państwowe osób karanych za przestępstwa. Nie wiem, kto chciałby aby rządzili nim przestępcy, niemniej jeżeli jak pisze autor problem nie istnieje, to skąd to oburzenie? A jeśli istnieje i takowy zapis stanowi formę walki politycznej z opozycją (a nie jakąś eteryczną konkurencją), to rad bym zapoznał się z nazwiskami owych posłów, korzystając z zapisów o jawności życia publicznego.

Daruję sobie opis pseudofilozoficznych wywodów co by było gdyby to rządy lewicowe próbowały wprowadzić realizowane przez PO pomysły. Zastanawia jednak w tym kontekście początek feletonu p. Żakowskiego.

Był kiedyś dowcip kończący się zdaniem: "Rok temu staliśmy nad przepaścią, a teraz zrobiliśmy wielki krok do przodu". Donald Tusk odebrał władzę PiS-owi, który nas zaprowadził nad głęboką przepaść elektoralnego autorytaryzmu.

Przytoczony we wstępie dowcip krążył rzeczywiście w latach 60 - tych po ziemi polskiej, warto jednak pamiętać, że miał on silne konotacje w rzeczywistych wypowiedziach ówczesnego genseka KC PZPR, Władysława Gomułki. Znacznie ciekawsze jest jednak stwierdzenie rodem z nowomowy o "elektoralnym autorytaryzmie". Jeśli rozumieć ten słowotwór dosłownie, to oznacza on, że głosujący elektorat autorytarnie narzuca swe poglady niegłosującej reszcie. Względnie eletorat partii wygrywającej wybory za pośrednictwem swych parlmentarnych przedstawicieli czyni dokładnie to samo elektoratowi pozostałych partii. Popularnie dotychczas nazywało się toto demokracją, jednak ciekawie wyglądają takie słowa w kontekście zachwytów nad Józefem Oleksym, Leszkiem Millerem i polską lewicą, wywodzącą się w linii prostej z partii o jedynie słusznych poglądach, wypełniającej dyktatorską wolę proletariatu nawet wtedy, gdy "bijące ramię partii" w oddziałach ZOMO katowało protestujący proletariat.

Jak wiadomo rzeczywistość najlepiej opisują specjaliści w wąskich dziedzinach, i chyba dlatego panu Żakowskiemu wyszło tak przekonywująco. Nie dziwi mnie, że taki tekst zamieściła GW, która spełniając rolę demiurga kreuje autorytety i tworzy rządy. Niszczyć może też...

Ponieważ jednak każde działanie ma jakiś cel, zastanawiam się, jaki jest w tym przypadku. Quo vadis, Gazeto Wyborcza? Quo vadis, Jacku Żakowski?

Brak komentarzy: