sobota, 1 sierpnia 2009

Triki polskiej polityki

O tym, że w Polsce do zostania politykiem nie trzeba wielkich kwalifikacji każdy może się przekonać osobiście. Wystarczy włączyć jakiś serwis informacyjny, program publicystyczny czy – wersja dla miłośników ekstremy – transmisję obrad sejmu. Żeby jednak nie było, że bycie politykiem jest tak banalnie proste, przyznać trzeba, że konieczne jest opanowanie pewnych umiejętności, wymagających nielichych predyspozycji moralnych.

Pierwszą z nich jest nęcenie. Chodzi w nim o znęcenie możliwie najszerszego elektoratu różnymi obietnicami, czyli obiecywaniu wszystkim wszystkiego. W nęceniu niezwykle ważne jest, aby umieć wykpić obietnice konkurencji, a jeżeli obiecuje ona dokładnie to samo, to udowodnić, że nasza obietnica jest korzystniejsza. Oprócz tego w nęceniu ogromną rolę odgrywa umiejętność zaprzeczania złożonym w kampanii obietnicom tudzież udowadnianie, że na ich realizacji elektorat więcej straci, niż zyska.

Drugą umiejętnością, jeśli już elektorat został skutecznie zanęcony i wybrał nas na z góry upatrzone stanowisko, jest mądre bredzenie. Chodzi mniej więcej o to, aby z mądrą miną bredzić na każdy temat, jak nie przymierzając Najwybitniejszy Noblista Wśród Stoczniowców (i nie tylko). Dobrze jest, jeżeli brednie będą podchwytywane przez media. Wtedy można wyrobić sobie opinię błyskotliwego, kontrowersyjnego lub znaczącego na polskiej scenie polityka, co w przyszłości znacznie ułatwi nęcenie na następna kadencję.

Wszelako najważniejszą sprawnością polityka jest opanowanie tzw. manewrów napoleońskich. No bo wiadomo, każdy chciałby pożyć, a przy takiej okazji łatwo zrobić coś, czego elektorat może nie zaakceptować i nie wybaczyć. I tu w sukurs przychodzą manewry napoleońskie, których zadaniem jest odwrócenie uwagi elektoratu od spraw istotnych ku sprawom mniej istotnym. Dzięki skutecznie przeprowadzonym manewrom napoleońskim można przeprowadzać różne „dochodowe” pomysły, typu kryzysowe 71 milionów zł na nagrody dla urzędników miejskich, komercjalizację państwowej służby zdrowia bądź też sprzedać bez zapłaty stocznie nie wiadomo komu.

Manewry napoleońskie występują w trzech odmianach, które oferują szeroki wachlarz możliwości. Pierwszą odmianą, z racji wieloletnich tradycji, są zadymy. Pałowanie zawsze wzbudzało ogromne emocje społeczne. Warto przy tym tradycyjnie pałowanych post factum obrzucić błotem i wyzwiskami. Zadymy nadto stwarzają władzy możliwości wprowadzenia przepisów godzących w wolność jednostki, często sprzecznych z konstytucją, i to przy pełnej akceptacji społecznej. Ot, chociażby nowe prawo o bezpieczeństwie na stadionach, przekazujące władzom klubów sportowych prawa dotychczas zastrzeżone dla dla instytucji państwowych. Co ciekawe, nikt z admiratorów tegoż prawa nie wspomina ani słowem o tym, jak i za co krytykował sądy dwudziestoczterogodzinne.

Drugą odmianą manewrów napoleońskich jest kierowanie debaty na tematykę drażliwą społecznie. W Polsce jest spory wybór takowej tematyki: aborcja, in vitro, małżeństwa homoseksualne, adopcje dzieci przez te małżeństwa itd., a ostatnio doszło prawo do posiadania broni. Ten ostatni temat jest o tyle ciekawy, że akurat na dniach opracowywana jest nowelizacja ustawy o policji i teraz będzie mogła strzelać bez ostrzeżenia, jeśli poczuje się „zagrożona”. Ponieważ nie wiadomo właściwie, na czym owo zagrożenia ma polegać, w takim kontekście dyskusja nad pomysłem uzbrajania społeczeństwa wygląda doprawdy kuriozalnie.

Trzecia odmiana jest stosowana, kiedy żadną miarą nonsensu danej inicjatywy ukryć się nie da. Wtedy w sukurs przychodzą eksperci i sporządzane przez nich ekspertyzy. Najlepiej, żeby byli to eksperci „niezależni”, co trzeba mocno akcentować tym bardziej, że nikt nie wie od czego są właściwie „niezależni” ani też, w czym i dlaczego są lepsi od ekspertów „zależnych”.

Przykładem trzeciej wersji manewru napoleońskiego jest reforma programowa szkolnictwa, sygnowana przez minister edukacji Katarzynę Hall. Oto w publikacjach dotyczących tejże reformy najpierw wraz z grupą ekspertów opisują, jak rozciągnięcie obowiązku szkolnego oraz obniżenie wymagań na maturze obniżyło ogólny poziom wykształcenia młodego pokolenia. Teraz maturę zdają osoby, które dawniej nie miały szans na wyjście poza szkolnictwo zawodowe, potem idą na studia... To nie kryzys, to rezultat, można podsumować za Stefanem Kisielewskim.

Publikacja jest dostępna w internecie, więc nie ma sensu jej streszczać. Warto jednak zwrócić uwagę na kluczowy argument w sprawie reformy. Oto, jak konstatują eksperci, nowa organizacja kształcenia pozwoli uczniom osiągnąć poziom, którego oczekiwaliśmy od absolwentów liceów w latach ich świetności (t. 4, s. 9). Szkoda, że eksperci pod wodzą minister Hall nie zaczęli od wskazania źródeł owej minionej świetności, która przejawiała się niebotycznym poziomem oraz osób odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy. Mieliby znacznie mniej pracy przy wyważaniu drzwi otwartych na oścież. Ale – kto to zauważy, skoro wypowiedzieli się eksperci?

Linki:

www.reformaprogramowa.men.gov.pl

Brak komentarzy: