piątek, 10 lipca 2009

Na rocznicę „krwawej niedzieli”

11. lipca 1943 r. na dawnych Kresach Wschodnich przedwojennej Rzeczypospolitej doszło do wydarzeń, które przez ocalałych zostały nazwane „krwawą niedzielą”. Tego dnia ukraińscy bandyci z OUN – UPA napadli na około 167 zamieszkałych głównie przez Polaków miejscowości na Wołyniu. Prowadzoną przez OUN – UPA „walkę o niepodległą Ukrainę” charakteryzowało bezprzykładne okrucieństwo wobec ludności cywilnej połączone z tępym szowinizmem. Dokonane przez OUN – UPA ludobójstwo na Kresach, którego ofiarami stawali się bezbronni obcoplemieńcy bez względu na wiek czy płeć, z różnym nasileniem trwało od 1939 r. aż po 1946 r., zaś „krwawa niedziela” była jego „szczytowym osiągnięciem”. Różne źródła podają, że ofiarami siekier i noży bandytów z OUN – UPA stało się około 80 – 150 tysięcy (a może i więcej) Polaków, Ormian i Żydów. Wielkość podawanego przedziału daje do myślenia. Jest ona wynikiem dokładnego zacierania śladów zbrodni zarówno w okresie ich dokonywania, jak i czasach obecnych. Olbrzymim wysiłkiem wymazywane były i są z map ślady polskości na Ukrainie, a zwłaszcza polskie cmentarze. W tym i ten, na którym w czerwcu 1943 r. spoczął mój pradziadek zamordowany ukraińską siekierą.

Jest ponurym paradoksem historii, że w czasach PRL – u częściej pojawiały się publikacje dotyczące zbrodni OUN – UPA, niż po 1989 r. Nawiązuję tu do modnego w pewnym okresie nurtu beletrystyki historycznej podawanej w formie „pamiętników dowódców oddziałów partyzanckich”. Dziś kwestia zbrodni ukraińskich, podobnie jak np. zbrodni katyńskiej, w sferze publicznej istnieje niemal wyłącznie dzięki wysiłkowi rodzin ofiar i tworzonych przez nie organizacji. Kolejne ekipy sprawujące władzę w Polsce jak ognia unikają tematu, a przyparte do muru swoje, co najmniej dwuznaczne, stanowisko tłumaczą „interesem narodowym” czy inną „racją stanu” typu organizacja Euro 2012.

W historii świata można znaleźć przykłady, gdzie naród pozbawiony państwowości trwa na przekór wszystkiemu. Natomiast nie znam ani jednego przykładu, gdy przetrwało państwo pozbawione narodu. Nawet w utworzonych przez emigrantów z całego świata USA Konstytucja zaczyna się od słów We, the people... - „My, Naród...”. To czym u licha jest ten „polski interes”, dla którego konieczne jest poświęcanie krwi bestialsko pomordowanych obywateli?

Brak komentarzy: