poniedziałek, 29 grudnia 2008

Wybielanie białych plam

No, to się doczekaliśmy czasów. Okazało się, że w komunistyczna bezpieka „przesuwała źródła” wpisując informacje z podsłuchów czy kontroli korespondencji jako doniesienia tajnych współpracowników, którzy nie mieli o tym bladego pojęcia. Konspirę wewnątrz bezpieki tłumaczy zagrożeniem wallenrodyzmem ze strony sympatyków „Solidarności”. Mało tego, choć rozporządzenie zostało wydane w lutym 1982 r., to już w latach siedemdziesiątych było wykonywane. Innymi słowy – akta IPN – u to same fałszywki, a wszyscy TW to w istocie niewinni ludzie. Tylko nie bardzo wiadomo, dlaczego w przekazanych IPN – owi materiałach nie znalazło się owo rozporządzenie...

Powstaje też pytanie, co z nie fałszowanymi aktami, które za komuny świetnie funkcjonowały obok „fałszywek”. Gdzież one? A przy okazji – co z wyrokami wydanymi w oparciu o materiał dowodowy, którym były owe „fałszywki”? Kto i jaką poniesie z tego tytułu odpowiedzialność? Na odpowiedź, a wyrok zwłaszcza – rzecz jasna nie liczę. Ale kto pyta, nie błądzi.

Link: http://wyborcza.pl/1,75248,6103306,Kiszczak_ujawnia_metody_SB.html

piątek, 26 grudnia 2008

Refleksja około – świąteczna

Odkąd dotarło do mnie, że zdecydowaną większość mieszkańców Warszawy stanowi element napływowy, przestały mnie drażnić pokłady żółci i nienawiści wylewane na stolicę i jej mieszkańców. Któż bowiem lepiej, niźli my sami, nas obsmaruje? Jasne też, że sytuacja, gdzie większość stanowi element napływowy, ma i dobrą stronę. Wszelkie spostrzeżenia i wnioski siłą rzeczy stają się ogólnopolskimi uogólnieniami. Wszak człowiek uczciwy pozostaje uczciwy niezależnie od okoliczności, czasu czy szerokości geograficznej. Chyba, że jednak uczciwy nie jest.

Polacy lubią świętować, a i w kalendarzu jest dość okazji, by swej pasji mogli dać upust. I powiedzmy od razu – nie jest dobrze. Zwłaszcza gdy święta, niezależnie świeckie czy kościelne, wiążą się z tak zwanym długim weekendem. Już na tydzień przed świętami rozpoczyna się gorączka świąteczna, która później przeradza się w amok. Początkowe objawy są niegroźne – ot to czy tamto odkłada się na „po świętach”, planuje i dyskutuje, gdzie, z kim itd.

Potem jednak przychodzi obłęd. Wyścig z czasem i śmiercią na ulicach jest wstępem do szału zakupów. Za każdym razem widząc uginające się wózki z zakupami zastanawiam się, czy ci wszyscy ludzie naprawdę niczego w domach nie mają? A dalej – czy poziom niestrawności i wzdęcia są symptomami wymiernymi dla religijności bądź patriotyzmu? Nic mi do tego, na co ktoś wydaje swoje pieniądze, ale czy masowość zjawiska nie przeczy tak chętnie przypisywanym sobie przez Polaków cechom – patriotyzmowi i religijności? W świętach przecież nie chodzi o to by się obeżreć, na pierwszym miejscu są względy patriotyczne, moralne, mistyczne.

Nie ma sensu pisać o tym, co się dzieje na drogach w okresie „wyjazdów” i „powrotów”, bo to rzecz ogólnie znana. Podobnie jak przebieg „świętowania” z wódą w tle. Tym jednak, co się nieodmiennie wiąże ze świętami są sterty śmieci. I nie chodzi tu o jakieś „promowanie postaw ekologicznych”, tylko o najzwyklejszy w świecie chlew. Przepełnione śmietniki to jedna strona medalu. Po drugiej stoją te wszystkie odpadki wyrzucane przez okna bądź po prostu rzucane gdzie popadnie. Papiery, torebki i przede wszystkim butelki, nader często porozbijane. Warto też wspomnieć o „podrzucaniu” śmieci sąsiadom, czyli bezczelnym stawianiu worków pod cudzymi śmietnikami.

Główne arterie miasta, tzw. ulice reprezentacyjne, są sprzątane, ale boczne – już nie. Nie wiadomo właściwie dlaczego, skoro tych bocznych jest więcej, więc i więcej tam mieszka podatników. Ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że jeśli chcemy być szanowani przez inne nacje, to sami zacznijmy się pierwej szanować. Szanować swoje najbliższe otoczenie, chociażby nie śmiecąc na początek. Inaczej wizerunek brudnego i pijanego Polaka dalej będzie krążył po świece. I to sami Polacy będą tego stanu rzeczy przyczyną, a nie to kto i w jaki sposób sepleniący będzie akurat aktualną głową państwa.

środa, 17 grudnia 2008

Sacra profana?

PSL postanowiło zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej i złożyło projekt ustawy o uzawodowieniu aktorstwa. Pomysł posłów z PSL – u wzbudził powszechną wesołość i kpiny. Całkiem słusznie. To przecież jakaś paranoja, żeby tego typu sprawy regulować ustawami.

Jest całkiem oczywiste, że każdy chciałby, aby leczył go wykształcony lekarz, a nie jakiś znachor, co zostawia chusty w sercach pacjentów, co wprawdzie zdaniem ekspertów błędem w sztuce nie jest, ale też nie wiadomo czym właściwie jest. Każdy wolałby 6 grudnia odwiedziny świętego Mikołaja rozdającego prezenty, niż świeckiego Nicolasa stawiającego żądania. Albo weźmy takiego socjologa, co jako „światowej słowy historyk” przekonał potomków ludzi narażających życie dla ratowania innych, że „strach być sąsiadem” wiadomo jakiej nacji. A to co pewien profesor (dla opornych) entomologii o widocznie zszarpanych nerwach wespół z pewnym absolwentem LO im. Ludwika Waryńskiego oraz Uniwersytetu w Oksfordzie plotą na temat metodologii badań historycznych, archiwistyki i moralności w ogóle? Stanisław Lem antycypując nastanie takich polityków i ich wypowiedzi stwierdził, że człowiek to istota, która mówi najchętniej o tym, na czym się najmniej zna*.

Skoro jednak w ramach publicznej oświaty kształcimy całe rzesze specjalistów w różnych dziedzinach, to dlaczego mamy zadowalać się amatorszczyzną? Przecież to wyrzucanie pieniędzy w błoto i chyba trzeba wprowadzić odpłatną edukację, skoro system publicznej najwyraźniej kształci partaczy gorszych niźli dyletanci. A jeszcze trzeba wziąć pod uwagę poziom „umiejętności” amatorów – wystarczy spojrzeć, jakież to naturalnie sztuczne i bełkoczące „gwiazdy” przestały by uchodzić za „aktorów”, choć nadal mogłyby niestety występować na scenie. Dla mnie osobiście świat bez konieczności ciągłego oglądania pseudo – gwiazd byłby znacznie przyjemniejszy.

Ale to, jako się rzekło, winni regulować sami konsumenci, którzy przecież płacą za szmirę dyletantów, a nie posłowie i ustawy.

*S. Lem, Rozprawa [w.:] S. Lem, Opowieści o pilocie Pirxie, Kraków 1976, s. 303.

piątek, 12 grudnia 2008

Edukacja indoktrynacji

Jednym z celów edukacji jest obok przekazywania wiedzy kształtowanie postaw obywatelskich. Okres życia od narodzin po osiągnięcie dojrzałości jest po temu najodpowiedniejszy. Dla małego dziecka dorosły (rodzic, nauczyciel) są niekwestionowanymi autorytetami. Z kolei w okresie młodzieńczego buntu przeciw zastanemu porządkowi świata, równie łatwo jest wpływać na poglądy młodego człowieka i można mu zaszczepić dowolną ideologię. Byle robić to powoli i konsekwentnie.

W związku z kształtowaniem postaw obywatelskich jako programowym zadaniem edukacji niezwykle istotna jest świadomość, jak cienka i niejednoznaczna jest granica pomiędzy edukacją i pedagogiką a indoktrynacją. Wpajanie tego, co nazywane bywa cnotami obywatelskimi o wymiarze uniwersalnym (np. honor, uczciwość, odpowiedzialność) oraz świadomości, że ludzie się różnią między sobą i nie ma w tym nic dziwnego, jest chyba ze wszech miar chwalebne. Lecz gdy następuje jakiekolwiek ukierunkowanie, laudacja niektórych odmienności bądź ideologii – zaczyna się indoktrynacja. Przy czym o ile patriotyzm wynikający ze świadomości narodowej jest przejawem wolności, o tyle postawy wykształcone w procesie indoktrynacji są właściwe dla niewolników. Pytanie kto i po co dąży do zniewolenia umysłów na razie pozostaje bez szczegółowej odpowiedzi.

Czy obecnie w Polsce jest prowadzona indoktrynacja? W charakterze przykładów warto przytoczyć rządowe prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii, będące w istocie niczym innym, jak powrotem do jedynie słusznej interpretacji procesów dziejowych. Nadto widać jasno, że będzie to interpretacja „urzędowa”. Poza tym wielce wymowny jest też system oceniania pisemnych matur z języka polskiego – uczeń ma użyć odpowiedniej ilości wyrazów oraz odgórnie zaakceptowanych sformułowań, w przeciwnym razie – nie otrzyma świadectwa dojrzałości.

Efektem obecnie prowadzonej indoktrynacji jest cała rzesza ludzi nie potrafiących zrozumieć najprostszego tekstu, jeśli tylko wykracza poza wszczepiony im schemat myślenia i światopogląd. Jedynymi reakcjami, na jakie są w stanie się zdobyć będą inwektywy, wysyłanie na leczenie i temu podobne wycieczki osobiste. Na merytoryczną dysputę nie ma co liczyć, za to popis arogancji, ciasnoty intelektualnej i związanych z nimi ograniczeń kulturowych – gwarantowany. Dzieje się tak, gdyż w ramach indoktrynacji współcześni niewolnicy są uczeni niszczenia wszystkiego, co narusza wpojone stereotypy. Nie potrafiąc polemizować z argumentami – wyśmiewają cudze poglądy, obrzucają błotem autorów.

Zwolennicy prounijnej indoktrynacji szermują argumentem, że przecież RP wolą większości społeczeństwa weszła do Unii i takie są tego konsekwencje. Nie negując tezy o konsekwencjach należy postawić pytanie, czy dokonany w referendum w 2003 r. wybór był świadomy. Obawiam się, że nie. Zdecydowana większość zwolenników akcesji do UE nie miała bladego bodaj pojęcia, czym naprawdę są struktury Unii ani jak funkcjonują i po dzień dzisiejszy takowej wiedzy nie nabyła. Widać to chociażby w debacie o wprowadzeniu Polski do strefy Euro, gdzie większość orędowników i specjalistów zdaje się nie wiedzieć, czym jest ERM II oraz jakie są zasady przystąpienia do tego programu. Warto przy tym również pamiętać o coraz silniejszych tendencjach socjalistycznych w UE, a przecież socjalizm to nie tylko założenia ekonomiczne, ale przede wszystkim ideologia społeczna.

A propos UE oraz „świętej woli większości”. Wolą większości (czy to się komu podoba, czy nie) prezydentem RP został Lech Kaczyński. Wolą większości Irlandia odrzuciła bełkot lizboński. Wolą większości ostatnie wybory parlamentarne wygrała PO, której sztandarowym hasłem był podatek liniowy 3 razy 15 %. To jak z tą wolą i szacunkiem dla niej?

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Postaw sukna

Poseł Niesiołowski Stefan, profesor dla opornych, poczuł się obrażony słowami Jarosława Kaczyńskiego, który zarzucił mu to i owo przyrównując jego postępowanie do heroizmu trzynastolatek przesłuchiwanych przez Gestapo. Podobno trzynastolatki też się poczuły obrażone takim porównaniem, w imieniu Gestapowców i ich progenitury zaprotestowała Erika Steinbach przeciwko zrównywaniu wielkoniemieckich ofiar „nazizmu” z komunistyczną bezpieką, która zaprotestowała z tego samego powodu, choć w drugą stronę. Zapewne wkrótce słowami skierowanymi przez Jarosława Kaczyńskiego do Niesiołowskiego posła Stefana poczują się mniejszości seksualne czy etniczne, bo to zawsze słusznie poczuć się obrażonym przez „Kaczora” i można za frajer brylować przez chwilę w mediach.

W Gdańsku trwa festyn miłośników ludzkości, którym przewodzi Najnobliwszy Stoczniowiec Wśród Rycerzy Wolności (i nie tylko), aktualnie zajęty zwalczaniem swobody badań naukowych i wolności publikacji, o wolności przekonań nie wspominając. Tuż za progiem zastawionych stołami z żarłem sal polskie stocznie stają się historią. Te same stocznie, które są opiewane przez uczestników festynu, na którym Hanna Gronkiewicz Waltz po wyłożeniu z kasy miasta stołecznego Warszawy miliona (ech, ten kryzys) na fetę wstępną w Teatrze Narodowym dziś może wypić i zakąsić na rachunek podatnika w Gdańsku.

Stocznie bankrutują. Pojawiła się informacja, że stoczniowcy nie dowierzając związkowcom złożyli wniosek do CBA o sprawdzenie finansów przywódców związkowych, co jest ewenementem w polskiej rzeczywistości. Tym ciekawszym, że tuż obok fetuje się Lecha Wałęsę – legendarnego przywódcę związkowego. Stanowi to zarazem groźne pro memoria dla innych przywódców związkowych. Eksperci stwierdzili, że w grudniu zarejestrowane bezrobocie (co z niezarejestrowanym? czyżby nie istniało?) wzrośnie do 9 %. Ciekawe, czy wzięli pod uwagę fakt, że bankructwo polskich stoczni oznacza katastrofę dla całej rzeszy ich kontrahentów. Los polskich stoczni powinien stanowić przestrogę dla innych gałęzi przemysłu.

Obserwując działalność polskich polityków przychodzi na myśl scena z sienkiewiczowskiego Potopu, w której książę Bogusław Radziwiłł przyrównał Rzeczpospolitą do postawu* sukna, gdzie każdy ciągnie w swoją stronę by jak najwięcej dla siebie wyszarpnąć. Groźba utraty pracy, szczególnie przed świętami, jest straszliwą perspektywą i szczerze współczuję stoczniowcomi ich rodzinom. Niezależnie jednak od wszystkiego należy zadać niewygodne pytania, kto w 2003 r. głosował za przystąpieniem do Unii Europejskiej? Czy był to wybór świadomy? Kto głosował na kolejne partie popierane przez „inteligencję”? Na tych wszystkich „wybitnych fachowców”? Mam nadzieję, że ta gorzka lekcja uświadomi wreszcie Polakom, że każde działanie ma jakieś skutki i nie ma od tej zasady wyjątków, a zwłaszcza dotyczy to wyborów politycznych. Bankierzy również się o tym przekonają, tego jestem pewien.

*postaw – w XVI wieku miara płótna, sukna i tkanin licząca od 12 – 64 łokci, zazwyczaj 32 łokcie.

Tekst: CBA prześwietli stoczniowców

piątek, 5 grudnia 2008

O czynnościach czynników

Wśród masy całej czynników czyniących codzienność cynicznie cudaczną najważniejszym pozostaje czynnik ludzki, którego czyny nieprzewidywalne są. Rzecz jasna tak jak i w każdej innej rzeczy materii czynnik ludzki zróżnicowany jest, dzieląc się na „czynniki”, „CZYNNIKI” oraz „sub – Czynniki”, czyniące czyny specjalne.

Zasadniczo „czynniki” charakteryzuje wymuszony serwilizm wobec „CZYNNIKÓW” oraz „sub – Czynników”. Bardzo ciekawa, choć enigmatyczna, jest rola „sub – Czynników”, teoretycznie powołanych przez „CZYNNIKI” do sprawowania kontroli nad „czynnikami”, spośród których wszak wywodzą się zarówno „CZYNNIKI” jak i same „sub - Czynniki”. Relacje pomiędzy „CZYNNIKAMI” a „sub – Czynnikami” stanowią problem niezwykle ciekawy, gdzie zwroty akcji bywają nader dramatyczne. Czasem okazuje się, że „sub – Czynniki” zbierały informacje o czynach „CZYNNIKÓW”, przy czym najczęściej zbierały informacje fałszywe, zwłaszcza jeśli pochodziły one od samych „CZYNNIKÓW” będących jeszcze tylko „czynnikami” na usługach „sub - Czynników”. Potem następują tajemnicze zgony i jeszcze bardziej tajemnicze zmartwychwstania ateistycznych „sub – Czynników”, co dla „czynników” wielce zajmującym jest, gdyż odwraca uwagę od czynów istotnych „CZYNNIKÓW”.

„CZYNNIKI” z kolei charakteryzuje pełne poświęcenie dla dobra „czynników”. Poświęcenie owo jest całkowicie bezgraniczne i „CZYNNIKI” wyrzucone drzwiami potrafią wracać przez schody kuchenne a nawet okno w nieczynnej ubikacji. Dla dobra „czynników” „CZYNNNIKI” potrafią poświęcić nawet honor i godność osobistą. Zmuszone zabiegać o łaski „czynników” „CZYNNIKI” gotowe są obiecywać góry złota (a przynajmniej po 100 milionów na „czynnik”), podatek liniowy, drugą Japonię, drugą Irlandię itd. Potem pytane o realizację obietnic z kamienną twarzą odpowiadają, że nie góry złota, ale błota, nie podatek liniowy ale łanowy, nie druga Japonia ale Laponia, nie Irlandia ale Islandia, a nawet drugi Euro Disneyland w trzecim świecie.

Oczywiście, aby „CZYNNIKI” swobodnie być mogły „CZYNNIKAMI”, muszą mieć namaszczenie „sub – Czynników” oraz sprawować możliwie najszerszą kontrolę nad „czynnikami”. Do tego ostatniego doskonale przydaje się rotacyjny system „CZYNNIKÓW”, dzięki czemu „czynniki” nie są w stanie spamiętać z jakich to wyczynów chciały rozliczyć ustępujące „CZYNNIKI”. I tak na przykład pewien znany „CZYNNIK” jeszcze jako „czynnik” (a nawet podobno „czynnik” na usługach „sub – Czynników”) zwalczający ancien – regime i jego „CZYNNIKI” dziś staje w obronie jednego z ówczesnych „CZYNNIKÓW” twierdząc, że choć wcześniej zwalczał, to zwalczał bohatera, który nic nie wiedział co podległe mu „CZYNNIKI” i „sub – Czynniki” wyczyniały wprowadzając w czyn jego rozkazy. Rzecz jasna oba „CZYNNIKI” czyniły wszystko i czynią nadal dla dobra „czynników”. Dzięki takim zabiegom w gronie bohaterów walki o wolność „czynników” są „CZYNNIKI” rzekomo walczące o ową wolność oraz „CZYNNIKI” i „sub – Czynniki”, z którymi owa walka prowadzona była.

Jednakże wbrew wszelkim pozorom to „czynniki” są w tym całym bałaganie najważniejsze. To dzięki ich pracy „CZYNNIKI” oraz „sub – Czynniki” mogą wypełniać swoje powołanie wynajdując coraz to nowe teorie i ideologie służące czynnemu dojeniu „czynników”. To zarazem dobra wiadomość, bo wychodzi jasno, że „czynniki” poradzą sobie bez „CZYNNIKÓW” a nawet „sub – Czynników”, zaś w drugą stronę – nie. Wprawdzie był swego czasu pewien „CZYNNIK”, który odgrażał się, że „CZYNNIKI” same się wyżywią, ale bądźmy szczerzy – po co żreć na pokaz, skoro nikt nie słucha rozkazów, nie klaszcze i nie zazdrości?

środa, 3 grudnia 2008

Anty – Fakty

Ponownie na wokandę sądową wróciła sprawa żołnierzy z Nangar – Khel. Premier Tusk przytomnie zauważył, że powinniśmy chronić naszych żołnierzy, skoro wysyłamy ich na misje i każemy strzelać. I tu trzeba się zgodzić – w końcu żołnierz ma walczyć i zabijać wrogów, a nie rozwiązywać skomplikowane dylematy moralne. Ale tu przytomność się kończy, a zaczynają oskarżenia, że w wyniku akcji polskich żołnierzy zginęli cywile. No, ciekawie. Tylko niech ci spece od „biednych cywilów” łaskawie powiedzą, jak odróżnić afgańskiego „taliba” czy „terrorystę” od „cywila”? Tym bardziej, że „talibowie” czy „terroryści” nie są zarejestrowaną, prawnie działającą organizacją o charakterze militarnym. Chyba, że o czymś nie wiem.

Przy okazji powrotu sprawy żołnierzy na wokandę marszałek sejmu Komorowski Bronisław raczył poczynić uwagę, że w państwie polskim „nie powinno być świętych krów, czy to osób, czy też grup społecznych, wyjętych spod działania prawa”. A któż to się chował swego czasu za immunitetem, którego tak ponoć nienawidzi? Niesiołowski Stefan, POsłusznie melduję. Resztę grup i osób każdy może dopisać we własnym zakresie. No cóż, jaki parlament, taki marszałek – amnezja jedna wielka i filipińska POmroczność jasna.

P.S. Stacja TVN w materiale o jurności społeczeństwa polskiego kilkakrotnie użyła wyrażenia „posiadać dzieci”. Zapewne wynikało to z prywatnych poglądów zespołu redakcyjnego stacji Tajnych Vłaścicieli Nieletnich.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Odsłania się nowa wizja

Informacja dotycząca założeń koncepcyjnych Muzeum Historii Europy wywołała u mnie skojarzenia ze sprawą projektu polsko – niemieckiego podręcznika historii. Miałem okazję swego czasu w tekście Niedoinformowane społeczeństwo informacyjne wyłożyć zastrzeżenia, jakie we mnie budzi owa inicjatywa i które nadal pozostają w pełni aktualne. Jednakże cały czas miałem wrażenie, że coś niezwykle istotnego mi w tym wszystkim umyka. Teraz już wiem.

Do roku 1989 na ziemiach Polskich obowiązywały podręczniki szkolne zatwierdzone przez odpowiednie organa. Po Okrągłym Stole, w efekcie którego nastąpiła „transformacja upadłego ustroju” komunistycznego zasada odgórnej akceptacji przestała obowiązywać. Efekty tego stanu rzeczy są co najmniej dyskusyjne, ale nie w tym rzecz.

Prace nad polsko – niemieckim podręcznikiem historii zainaugurował minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, co już samo w sobie jest dość wymowne. Inna sprawa, że stało się to w jego prywatnym pałacu, co też ma znaczenie symboliczne. Logicznym jest, że skoro rząd zabrał się za nadzór nad pisaniem podręczników, to szykują się zmiany. Innymi słowy – kończy się era wyboru, powraca era jedynie słusznej interpretacji procesów dziejowych.

Tego, jak wyglądać będzie jedynie słuszna wizja historii można się domyślać na podstawie „inicjatyw” historycznych. To obok koncepcji Muzeum Historii Europy również Centrum Przeciwko Wysiedleniom Eriki Steinbach, rewizjonizm niemiecki (art. 116 konstytucji RFN) czy proces upokarzania Polski na arenie międzynarodowej przez wiadomą diasporę, głoszącą tezy o „polskich obozach koncentracyjnych” II wojny światowej i żądania odszkodowań. Po drugiej stronie barykady całkowity marazm polskich władz wobec patologii różnych „światowej sławy historyków” i całkowity brak zaangażowania w kwestie związane z losami polskich obywateli – sprawa Katynia czy bestialskiej rzezi wołyńskiej. To również tępienie wszelkich przejawów oddolnych inicjatyw historycznych, jak chociażby książki o. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego, poświęconej właśnie rzezi wołyńskiej. I całkowite kapitulanctwo w każdej niemal sprawie związanej z przeszłością Polaków. Chyba, że znów okazuje się jak to „strach być sąsiadem”.