Na „polskiej drodze do socjalizmu” tylko wystąpienia w marcu 1968 r. nie wiązały się z cenami kiełbasy. Wszystkie pozostałe – jak najbardziej. I co ciekawe – za każdym razem począwszy od 1970 r. gdy tylko objawiał się kryzys jak diabełek z pudełka wyskakiwał Lech Wałęsa. Z kolei po Okrągłym Stole, po którym wprawdzie komunizm „upadł” ale i tak nastąpiła „transformacja ustrojowa” nastały rządy prezydenta Lecha Wałęsy, w trakcie których kryzys zwany „reformami Balcerowicza” wykończył cały polski przemysł podpisujący umowy długoterminowe. Rzesze przedsiębiorców, którzy uwierzyli, że american dream jest możliwy także w kraju nad Wisłą wykończyła inflacja w ciągu roku sięgająca 1000%.
Rok 2008 – najpierw słynna książka doktorów Cenckiewicza i Gontarczyka, potem nominacja na „Mendrca Ełropy”, 25.- lecie Nobla, spory kto, kogo, gdzie zaprosił, a gdzie nie, wreszcie kto, gdzie i dlaczego nie przyszedł. I od razu „kryzys” bankowy! Rzecz jasna – jaki tam „kryzys” – to rezultat, jak proroczo powiedział Stefan Kisielewski. Okazało się bowiem, że pewnych praw się nie da złamać. Bank nie może bezkarnie sprzedać więcej niż ma osobom, których nie stać na kupno. A jeśli spróbuje – powinien zbankrutować. Ktoś użył swego czasu porównania z „warzywniakiem”. Cóż, „warzywniak” nie sprzeda więcej kartofli niż ma na składzie, a bank próbował. Skutki jakie są każdy widzi.
Czy najwybitniejszy noblista wśród stoczniowców (i nie tylko) ma jakieś związki z kryzysami gospodarczymi – nie wiadomo. Cała masa socjalistów radośnie wieszczy błędność założeń Smitha, Friedmana i Fukuyamy o „niewidzialnej ręce rynku”. Nie dostrzegają, że wprawdzie udało się im ją na chwilę przytrzymać, ale skutek tego będzie taki, że jak już łupnie – to na całego. Przecież zwiększając dług publiczny poprzez pożyczki na ratowanie banków zmniejszają wartość nabywczą waluty. Czyli w skrócie – im więcej będzie pomocy, tym szybciej i mocniej gospodarkę światową na dobre szlag trafi.
Pomysł przekształcenia polskich stoczni w banki jako żart jest świetny, ale z drugiej strony – ile można je dotować?! Tylko ludzi szkoda, ale w końcu kto głosował za wejściem do UE, kto wybierał premiera z Gdańska itd.? To nie kryzys – to rezultat. Dziwi, że jeszcze nie objawił się bank reklamujący swoje usługi hasłem „My nie potrzebujemy pomocy rządu!”. Przeniósł bym do nich swoje konto szybciej, niż PO wycofała się z podatku liniowego.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz