czwartek, 20 listopada 2008

Korytko – nakryj się!

Polska to kraj niezwykły a mentalność Polaków to istny cud. Najpełniej nasz bujny polski charakter przejawia się w pięknie języka, gdzie np. do „koryta” ewentualnie „żłobu” dostawiane są „stołki”. Warto też zwrócić uwagę, że to, czy akurat Polak mówi o „żłobie” czy też używa określenia „koryto” jest uzależnione tym, czy odwołuje się do poziomu inteligencji czy też przymiotów charakteru rezydentów „postawionych” na konkretnych „stołkach” (też kuriozum językowe).

Powyższe żarty językowe można ciągnąć jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Znacznie ważniejsze niż tworzenie spisu negatywnych odniesień językowo – kulturowych wobec władzy wydaje się wskazanie ich genezy. Bez wątpienia jedną z nich jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wobec mniej lub bardziej jawnego złodziejstwa, czynionego przez władzę w majestacie prawa. Oto kilka prostych przykładów, ukazujących sposoby bezstresowego napełniania kolejnych „koryt” i „żłobów”, dzięki którym w Polsce nie opłaca się oficjalnie pracować i zarabiać.

Każdy pracownik od każdej zarobionej złotówki musi odprowadzić daninę na tzw. Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, który „składki” („haracz” byłoby bardziej na miejscu) przekazuje do ZUS – u. O tym, co owa instytucja gwarantuje nic nie da się napisać, bo niczego – oprócz przekrętów – nie gwarantuje. Jednym z nich jest potrącanie składek na ubezpieczenie chorobowe od wszystkich składników wynagrodzenia, w tym również od nagród z zysku. Tyle, że w przypadku choroby i skorzystania ze świadczenia chorobowego owe pobrane od nagród z zysku składki nie są uwzględniane przy naliczaniu wysokości świadczenia chorobowego. Płać i płacz.

Innym wspaniałym przykładem jest rozliczanie bezpłatnych urlopów wychowawczych, jakie funkcjonowały w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Choć osoba, która z nich skorzystała faktycznie nie otrzymywała żadnych środków, to zakład pracy, który takowego urlopu udzielił, płacił za korzystającą z niego osobę pełną składkę ZUS. Podobnie rzecz się miała w przypadku pracowników oddelegowanych do pracy za granicami PRL – u. Warto dodać, że przynajmniej część z osób oddelegowanych miała możliwość zarabiania prawdziwych pieniędzy, a nie bonów emisyjnych NBP. Gdy dzisiaj osoby te korzystają ze świadczeń emerytalnych, to mimo że zakłady pracy płaciły w obu przypadkach pełne składki ZUS – owskie, osoby oddelegowane do pracy za granicą mają zaliczony ów okres jako stuprocentowy okres składkowy, zaś osoby korzystające z bezpłatnego urlopu macierzyńskiego – ów okres mają zaliczony tylko w 50%. A przecież płacili tyle samo – 100%.

A skoro już jesteśmy przy emeryturach. Niezbyt wysokie świadczenia (mimo pobieranych wysokich składek) zmuszają ludzi do kontynuowania aktywności zawodowej po przejściu na emeryturę. I tu zaczyna się robić wesoło. Oto pracujący emeryt ze swojego wynagrodzenia płaci składkę (50%, resztę zakład pracy) na ubezpieczenie rentowe, z którego przecież z definicji nie skorzysta. Mało tego – owa składka nie jest brana pod uwagę przy naliczaniu podstawy wysokości świadczenia emerytalnego. Czyli – płać, ale i tak nigdy z tego nie skorzystasz.

Albo weźmy obowiązkowe składki płacone przez pracodawcę na Fundusz Pracy i wspomniany wcześniej Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Składki te rzutują na koszt zatrudnienia, a tym samym wysokość wynagrodzenia pracownika. W przypadku emerytów nie są brane pod uwagę przy naliczaniu wysokości świadczenia emerytalnego, a pracodawca zatrudniający emeryta nie ma z tego tytułu żadnej ulgi. Tyle, że z tych „funduszy” wypłacane są między innymi zasiłki dla bezrobotnych, z których emeryt w życiu nie skorzysta! Czyli ponownie – płać, ale zapomnij o możliwości skorzystania.

O złodziejstwie „dobrowolnego” ubezpieczenia emerytalnego tzw. drugiego filara (OFE) nie mam już nawet siły pisać. Krótko, antonimami – dobrowolne ubezpieczenie, które mam obowiązek płacić, wpłacane przeze mnie pieniądze nie są moje, nie mam żadnego prawa do dysponowania nimi, a i o zyskach z inwestowania przez OFE wpłaconych przeze mnie pieniędzy też nie mam co marzyć. Dobre, prawda?

Po roku działalności tzw. liberałów i tzw. liberalnego premiera, który powołał liberalną speckomisję Przyjazne Państwo, absurdy fiskalne i czyste złodziejstwo nadal funkcjonują i mają się w najlepsze. Nikt nawet nie próbuje tego ruszyć. No i pewnie – czymś trzeba te „korytko” napełnić, a tu jeszcze zima idzie, i kryzys, który nas wprawdzie nie dotknie, ale zabezpieczyć się trzeba...

Mam nadzieję, że tym tekstem znane z czasów komuny (która wprawdzie upadła, ale tylko po to, by twórczo transformować) hasło nie kradnij – rząd nie lubi konkurencji uaktualniłem i wprowadziłem w XXI wiek. A raczej nie ja, tylko kolejne „demokratyczne” i „sprawiedliwe społecznie” rządy, których radosną działalność opisałem. Taka tradycja, jak widać.

Brak komentarzy: