Przez polskojęzyczne media niczym huragan przewala się dyskusja o co rychlejszym przyjęciu Euro jako waluty. Nie padają żadne argumenty, za to wszyscy specjaliści od polityki i finansów spierają się o ewentualny termin. Wykazują tym samym całkowitą ignorancję w kwestiach działania mechanizmów prawnych we Wspólnocie Europejskiej oraz całkowite oderwanie od rzeczywistości. Chyba, że celem tych pyskówek jest wywarcie wrażenia na publice, że coś się dzieje, coś się robi i na coś jeszcze ma się wpływ. Ale po kolei.
Przede wszystkim trzeba wyjaśnić, że przyjęcie Euro jako waluty nie jest takie proste, jakby to wynikało z baraszkowania prezydenta z premierem. Po pierwsze Polska musiałaby zostać przyjęta do systemu ERM II (Mechanizm Kursów Walutowych), do czego musi spełniać konkretne i wyśrubowane kryteria. Do nich należą zarówno uporządkowane kwestie legislacyjne, fiskalne, monetarne, ustabilizowany kurs walutowy. Określone są zarazem dokładnie poziom inflacji i bezrobocia. Oprócz tego do przyjęcia do systemu ERM II konieczne jest ustalenie pewnych kwestii z NBP oraz podjęcie konkretnych negocjacji z Europejskim Bankiem Centralnym i Komisją Europejską. Jakoś o tym nie słychać, a to dopiero początek problemów. A pamiętać trzeba, że w tej „poczekalni” spędzi minimum dwa lata.
Dotąd optymistycznie niedostrzegający kryzysu finansowego premier raczył ostatnio zmienić zdanie, choć wnioskami, o ile je wyciągnął, jakoś omieszkał się podzielić. A sprawy stoją źle, i to bardzo źle. Tego, że kryzys mocniej uderzy w Polskę w której wszystkie banki zostały sprzedane obcemu kapitałowi jeszcze nikt nie powiedział, a szkoda. A warto do tego dodać sytuację w sektorze Małych i Średnich Przedsiębiorstw.
Dla jasności podaję, że sektor MŚP jest „oczkiem w głowie” wszystkich polskich rządów, jak również WE. Widać to w każdej strategii rozwoju – każda zawiera zapisy o wsparciu sektora. Szeroko reklamowane swego czasu samozatrudnienie to również sektor MŚP. W zasadzie sektor MŚP, skupiający się na drobnej wytwórczości, usługach i handlu, pozostaje, poza tzw. „szarą strefą” (30% PKB!), ostoją polskiej przedsiębiorczości i polskiego kapitału. Tymczasem wydarzenia, które mają obecnie miejsce każą wątpić, czy sektorowi MŚP uda mu się przetrwać kryzys.
W pierwszym rzędzie sytuacja na międzynarodowych rynkach finansowych uderzy w tych, którzy zdecydowali się skorzystać z unijnych dotacji. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że owe dotacje są przyznawane na realizację konkretnych założeń biznesplanu i wypłacane w transzach po realizacji kolejnego etapu. Mało tego – najczęściej w umowie są zapisy o inwestycjach w nowoczesne technologie oraz zwiększaniu zatrudnienia. Idę o zakład, że większości nie uda się spełnić tych kryteriów zwłaszcza w okresie kryzysu. Tyle, że wtedy ci, którzy nie spełnili owych kryteriów muszą oddać całe otrzymane dofinansowanie działalności uzyskane od WE i to z procentami! Plajty jak amen w pacierzu.
Jakby tego było mało okazało się, że blisko 600 tysięcy MŚP rozliczających się w formie ryczałtu od 2003 r. nie ma do tego prawa i będzie musiała zapłacić zaległe podatki wraz z procentami! Dziwi przy tym, że urzędy skarbowe przez tyle czasu nie raczyły ich o tym poinformować. Tyle, że owe 600 tysięcy osób należy przemnożyć przez liczbę ich pracowników oraz kontrahentów, którzy też poniosą straty mogące zakończyć się plajtą.
Innymi słowy – idą ciężkie czasy i prawdopodobnie zarówno inflacja jak i bezrobocie poszybują wysoko. Dlatego tak irytują te bzdury wygadywane o szybkim przyjęciu Euro jako waluty przy jednoczesnym unikaniu tematyki prawdziwych i ważkich problemów. O „ekspertach” nawet nie wspomnę – w końcu cały czas twierdzą, że obecnego kryzysu nie dało się przewidzieć. To co z nich za eksperci?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz