Myliłby się ten, kto uważa, że władze polskie absolutnie nie prowadzą tzw. polityki historycznej. Inna sprawa, że ze względu na swój kierunek, delikatnie rzecz ujmując odległy od obiektywizmu historycznego i tego, co się nazywa polską racją stanu, polityka historyczna jest uprawiana nader dyskretnie, niemalże w konspiracji. Trudno ją dostrzec, ale jednak można, a gdy się już dostrzeże – włos się jeży.
Wczoraj Trybunał Konstytucyjny RP rozpatrywał sprawę K 5/07, czyli wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich o zbadanie zgodności z Konstytucją przepisu o odpowiedzialności karnej tego, kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie (czytaj niemieckie). Przy czym następować by owo pomówienie miało poprzez ujawnienie informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944 – 1990 oraz treści tych dokumentów, co można wyczytać na stronach TK. RPO uzasadnia, że zasadniczym problemem jest prawnie zdefiniowana granica pomiędzy prawdą i kłamstwem, skoro sam ustawodawca stwierdził, że poszczególni przedstawiciele Narodu Polskiego czy też jego grupy dopuszczały się w przeszłości zdefiniowanych prawnie zbrodni komunistycznych i nazistowskich (czytaj niemieckich), to absurdem jest ściganie publicznych wypowiedzi w tym zakresie dotyczących Narodu Polskiego. W opinii RPO taki stan prawny grozi degeneracją badań i dyskusji publicznej nad faktami najnowszej historii Polski, które winny podlegać naukowej ocenie historyków, a nie ocenie prokuratorskiej.
Nie wnikając zbytnio w treść wniosku RPO należy jednak zaznaczyć, że po pierwsze dokumenty komunistycznej bezpieki dotyczyły przede wszystkim poszczególnych osób i ich antykomunistycznej (bądź wspierającej reżim) działalności. Po drugie to, że jednostki bądź określone grupy dopuszczały się zbrodni komunistycznych czy nazistowskich (völksdeutsche, reichdeutsche – czyli osoby negujące swoje polskie pochodzenie i dumne z niemieckich korzeni) nie uprawnia do tak daleko posuniętego uogólniania. W charakterze analogii przypomnę nazwiska Ozjasza Szechtera, Fajgi Danielak (Helena Wolińska), Jakuba Bermana i Hilarego Minca, którzy dopuścili się zbrodni komunistycznych wobec Narodu Polskiego, ale przecież nikt na podstawie ich działań nie oskarża publicznie Narodu Żydowskiego o odpowiedzialność za komunistyczne zbrodnie popełnione na Narodzie Polskim. Po trzecie – pomówienia nigdy nie były i nigdy być nie powinny sposobem prowadzenia dyskusji historycznych, za to zawsze winny być ścigane. Inna sprawa, że choć ocena faktów historycznych winna być w gestii historyków, o tyle w przypadku faktów mówiących o zbrodni winna wkraczać prokuratura. Do tego celu powołany został swego czasu IPN.
Najważniejszą kwestią jest jednak fakt, że kierowane pod adresem Narodu i państwa Polskiego oskarżenia o współudział i współodpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne i nazistowskie płyną zza granicy! Każdy Polak słyszał postulaty i wypowiedzi germańskiej parlamentarzystki Eriki Steinbach, większość słyszała o rezolucjach Kongresu USA wskazujących Polskę jako głównego sojusznika Niemiec w czasie drugiej wojny światowej i mówiące o konieczności poniesienia finansowych konsekwencji tego faktu. O wypowiedziach Jana T. Grosa, rabina Szlomo Avinera i rebego Tel Awiwu Yisraela Meir Lau i innych osobistości izraelskiego życia publicznego wspominać już nawet nie ma sensu. Podobnie jak roszczeniach Światowego Kongresu Żydów i innych organizacji „przemysłu holokaustu”.
Przerażające są rozmiary gilotyny, którą władze chcą dokonać dekapitacji polskiej racji stanu i polskiej myśli historycznej. Z jednej strony mamy medialną nagonkę w rodzaju filmów Westerplatte, obelgi Lecha Wałęsy o złodziejach historii i wtórującego mu Adama Michnika oskarżającego IPN o pełnienie funkcji „policji historycznej” (ma rację Marcin Wolski mówiąc, że tam gdzie są złodzieje musi być policja, chociaż nie wiadomo co bardziej obraźliwe – oskarżenie o nieuczciwość złodziei czy marazm i intelektualną ociężałość policji). Z drugiej natomiast obok międzynarodowej polityczno – historycznej nagonki premier Tusk Donald wszczyna dyskusję nad przywilejami emerytalnymi komunistycznej bezpieki, chociaż w czasach rządów PiS – u taki pomysł krytykował zawzięcie. Logicznym jest, że likwidacja ubeckich przywilejów emerytalnych pociąga za sobą rewizję emerytur przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości sankcjonujących działania MBP, KBW, SB czy UB. Sygnał dla środowiska jest jasny, a przy okazji spełnia rolę bata zawieszonego nad głowami grożących strajkami sędziów i prokuratorów.
Być może zwidują mi się spiski, ale coś za dużo tych przypadków.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz