Na dobrą sprawę rankingi poczytności gazet mogłyby być opracowywane przez GUS przy współpracy Ministerstwa Skarbu. W końcu każda gazeta podaje nakład tytułu i każda od każdego sprzedanego egzemplarza odprowadza podatek VAT. W przypadku mediów elektronicznych sprawa jest jeszcze prostsza – programy statystyczne pozwalają na bardzo wiele. Sądzę, że w analogiczny sposób można też badać popularność rozgłośni telewizyjnych bądź radiowych. A jednak co jakiś czas wydawnictwa za ciężkie pieniądze przeprowadzają badania rynku i następnie ogłaszają wyniki w formie rankingu mediów opiniotwórczych.
Wbrew pozorom owe badania i rankingi nie mają na celu ustalenia pozycji na rynku danego tytułu. Wyjaśnienie kryje się w niepozornym przymiotniku „opiniotwórczy”. Świadczy on bowiem o tym, że dany środek masowego przekazu miast rzetelnie przekazywać informacje o wydarzeniach i opinie na ich temat, stara się aktywnie kształtować opinię społeczną. Logiczne jest, że kreując ją nadaje jej pewien z góry założony kształt, zdeterminowany jakimiś pryncypiami, w związku z czym zachodzi duże prawdopodobieństwo manipulacji informacją. Zatem rankingi „opiniotwórczości” są tak naprawdę badaniami społecznej podatności na propagandę. Bo przecież mamy tu do czynienia z najewidentniejszą propagandą, wcielającą w życie leninowskie wytyczne organizatorskiej roli prasy z wykorzytywaniem geremkowskiego „faktu prasowego” czy goebbelsowskiego twierdzenia, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Publikacje zaś są wynikiem tego, że jak już „target” weźmie udział w jakimś badaniu, rad by poznał jego wyniki. Najlepiej w formie mądrych wykazów, tabelek, słupków itd., których i tak nie umie właściwie odczytać.
Zresztą manipulując informacjami i opinią publiczną wcale nie trzeba się uciekać do kłamstw. Ludzie mogą zacząć zadawać pytania o dowody i nagle się okaże, że nie wierzą, aby 100 „stróżów prawa i porządku” spacyfikowało 750 agresywnych chuliganów. Tak naprawdę jednak do tego typu manipulacji wykorzystywane są bardziej skomplikowane, ale skuteczniejsze od prymitywnego kłamstwa, techniki. Na sam odbiór informacji (a więc i kształtowanie opinii) wpływa np. moment jej przekazania (która strona gazety, początek czy końcówka serwisu informacyjnego etc.) czy w bloku z jakimi informacjami zostanie przekazana. Oprócz tego istnieje cała masa sztuczek językowych, które w ramach metodologii historii (ale i nie tylko) określane są mianem teorii informacji. Istotne jest dla odbiorcy, kto wyraża opinię na dany temat – profesor uniwersytetu, ubóstwiany przez rozhisteryzowany tłum amant z telenoweli, rechocząca seksbomba (bądź seksniewypał) czy lump spod śmietnika. Ważne jest również to, co w mediach zostaje przemilczane, pozbawione komentarza, jak chociażby w przypadku ostatnio ogłoszonego pomysłu premiera Tusk Donalda o likwidacji ubeckich przywilejów emerytalnych – przypomnijcie sobie Państwo histerię, jaką identyczny pomysł wywołał w mediach w czasie kadencji rządu Jarosława Kaczyńskiego.
Czasami zaś media uciekają się do „ujawnienia” informacji na temat dziwnie pokrewny np. kontrowersyjnemu pomysłowi „elit”. Przykład? Ciekawe, ile osób ukształtowało swe nastawienie do ogłoszonego przez premiera projektu farmakologicznej kastracji pedofilów pod wpływem afery „polskiego Fritzla”, która wybuchła tak nagle, a tak szczęśliwie we właściwym momencie. Aż nazbyt szczęśliwie...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz