środa, 18 czerwca 2008

Sąd hisotrii w sądzie TVN

Dzisiaj pojawiły się tzw. szczotki drukarskie książki o współpracy Lecha Wałęsy z komunistyczną bezpieką. Zawiera ona bite 700 stron. TVN „Fakty” pokazały je najwybitniejszemu prezydentowi wśród stoczniowców, który je przejrzał i stwierdził, że po pierwsze nie ma żadnego dokumentu, który nie był wykorzystany w jego procesie lustracyjnym, po drugie – to same falsyfikaty nie udowadniające agenturalnej przeszłości Wałęsy i nie mające z nim żadnego w ogóle związku.
Bardzo ciekawe. Jak szybko Lech Wałęsa jest w stanie przejrzeć 700 stron tekstu dokonując jego dogłębnej analizy pod kątem autentyczności i wcześniejszego wykorzystania przytoczonych dokumentów? Jakie ma kompetencje ku temu? Dlaczego nie udowadniające jego agenturalnej przeszłości falsyfikaty (z którymi w ogóle nie miał nic wspólnego) były badane podczas jego procesu lustracyjnego?
Umiejętność czytania jest nader przydatna w pracy historyka, a umiejętność analizy dokumentów – bezcenna. Nader ciekawe wnioski można wyciągnąć również z tego, jakich ewentualnie dokumentów brakuje. Teczka „Bolka” pierwotnie liczyła przeszło 2500 stron, a zostało parę setek. Ciekawe, prawda? A najciekawsze te mikrofilmy, z których też niewiele zostało. Ale według raportu Macierewicza istnieją jeszcze dwie kopie mikrofilmów ubeckich akt. Jeden pewnie jest w Moskwie, a gdzież może być drugi, skoro wiadomo tylko, że poza granicami RP?
Katarzyna Kolenda – Zaleska od razu wygłosiła stwierdzenie, że publikacja historyków IPN jest bardziej publicystyczna niż historyczna. Błysnęła przy tym refleksem, porównując ją do „dzieł” Jana Tomasza Grosa i zauważając, że tamte nie były przedstawiane jako publikacje historyczne. A kto, jak nie TVN i Gazeta Wyborcza mówił o kolejnych publikacjach „światowej sławy historyka” Grosa „odsłaniających wstydliwe oblicze stosunków polsko – żydowskich podczas i po zakończeniu drugiej wojny światowej”?!
Przy okazji – jakie podstawy do przeprowadzenia iście ekspresowej merytorycznej oceny 700 – stronicowej publikacji historycznej ma p. Kolenda – Zaleska? Jako historyk nie wygłaszam sądów na temat pracy filologów, bo czuję się niekompetentny. W TVN widać nawet nieczynny zawodowo filolog (K. Kolenda – Zaleska), o paskudnej dykcji i leksyce, jest bardziej kompetentny w kwestiach historycznych niż badacze dziejów z IPN.
Wałęsa może straszyć sądem – najpierw potrzebne będzie przeprowadzenie analizy istniejących dokumentów, by stwierdzić, czy doszło do zniesławienia, a więc czy jednak aby nie był „Bolkiem”, dopiero potem możliwe stanie się wydanie wyroku. Nie sądzę, żeby historycy IPN pisali bzdury bez pokrycia faktograficznego i dokumentarnego. To między innymi ich różni od Grosa.
Sędziowie sądów nie są historykami, więc niech pracę historyków zostawią historykom, albo najwyższy czas pożegnać korporacyjne przywileje sędziowania i dopuścić do orzekania historyków, którzy też potrafią czytać, więcej w odróżnieniu od sędziów rozumieją, a zarabiają nieco mniej.
Czekam na proces, jaki Wałęsa im wytoczy – będzie ubaw po pachy, zwłaszcza jeśli TVN przeprowadzi relację na żywo. Może jakiś „Big Bolek Brother”?

Brak komentarzy: