Polskie drogi jakie są – każdy widzi. Dobrze nie jest, a na rychłą zmianę tego stanu rzeczy też nie ma co liczyć. Jako współfinansujący przedsięwzięcie pt. rozbudowa infrastruktury drogowej dochodzę do wniosku, że w danej materii jak władza mówi, że czegoś nie zrobi, to nie zrobi. A jak mówi, że zrobi – to tylko mówi.
O tym jednak wiedzą doskonale wszyscy użytkownicy dróg, którzy mimo dość jednoznacznych ocen tego stanu rzeczy i odpowiedzialnych za to, nauczyli się korzystać z tego co jest. Mimo tej wiedzy co rusz jesteśmy bombardowani statystykami wypadków drogowych, liczbami rannych i zabitych itd. Tylko wnioski jakieś takie, teges, do chrzanu.
Przede wszystkim należy nazywać rzeczy po imieniu. Jako przyczyny wypadków podawane są: alkohol (a gdzie narkotyki?), nadmierna prędkość, brawura, brak wyobraźni. Guzik prawda! Wypadki powodują nieodpowiedzialni, aroganccy debile, używający drogi jakby byli jej jedynymi użytkownikami, zachowujący się tak, jakby przepisy kodeksu ruchu drogowego były dla nich osobistą obelgą. Normą nie jest przestrzeganie kodeksu drogowego i zasad kulturalnego zachowania na drodze, ale krańcowo odmienne postępowanie, chamstwo i egoizm. Ci, co jadą zgodnie z przepisami stają się zawalidrogami, na nich należy trąbić itd. Łamanie wszelkich przepisów i dybanie na życie innych użytkowników dróg jest jak najbardziej trendy. Nie jest to również, wbrew obiegowym opiniom, domena młodych wiekiem kierowców, starsi też mają swoje za uszami.
Każda ekipa polityczna w swoim programie wyborczym ma zapis o poprawie bezpieczeństwa, tego na drogach również. I na zapisie się kończy, a skuteczność akcji policyjnych w stylu „długi łykent” jest co najmniej problematyczna, skoro zjawisko nie zanika. Tymczasem sposób na zwalczenie tego piractwa drogowego jest prosty jak konstrukcja cepa.
Logiczne jest, że oprócz walki z piractwem drogowym jako zjawiskiem należy też zwalczać przyczyny tegoż zjawiska. Te zaś, jako się rzekło, tkwią w mentalności niektórych „kierowców”. W przypadku osób całkowicie pozbawionych odpowiedzialności, wyobraźni i pomyślunku, jedyną drogą perswazji jest portfel. Tylko ponosząc w pełni konsekwencje swych czynów, zwłaszcza w wymiarze finansowym, mogą wreszcie zrozumieć niestosowność swojego postępowania.
Konieczna jest zatem zmiana sposobu naliczania mandatów. Punkty karne zostają bez zmian. Minimalna kwota mandatu (nawet za nieprzepisowe parkowanie) zostaje ustalona na poziomie 500 zł. Do tego po 100 zł za każdy punkt karny. A kto w ciągu roku przekroczy limit punktów karnych – dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów (w przypadku złamania – konfiskata pojazdu, nie ważne na kogo zarejestrowanego). I tyle. Ręczę, że wszyscy „wyścigowcy” błyskawicznie przypomną sobie przepisy. Tych, którzy nie zdążą, nie ma co żałować – mój instynkt samozachowawczy jest tu silniejszy od współczucia. Jeden warunek – policja łapie wszystkich, a nie tylko tych, których nie boi się dogonić.
Sposób jest drastyczny, ale obawiam się, że w obecnej sytuacji jedyny. Są różne automobilkluby, gdzie można trenować sportową jazdę. Są organizowane rajdy samochodowe – niech tam „wyścigowcy” wykazują się swoimi umiejętnościami. Ale nie na drogach publicznych w czasie normalnego ruchu!
Władza, jako taka poprzez konstytucję i różne akty prawne (np. konwencję praw człowieka) zobowiązuje się do ochrony życia i zdrowia obywateli. Może czas zacząć wypełniać te zobowiązania, chroniąc uczciwych kierowców przed wyczynami debili. Owych debili zresztą też – przed nimi samymi...
O tym jednak wiedzą doskonale wszyscy użytkownicy dróg, którzy mimo dość jednoznacznych ocen tego stanu rzeczy i odpowiedzialnych za to, nauczyli się korzystać z tego co jest. Mimo tej wiedzy co rusz jesteśmy bombardowani statystykami wypadków drogowych, liczbami rannych i zabitych itd. Tylko wnioski jakieś takie, teges, do chrzanu.
Przede wszystkim należy nazywać rzeczy po imieniu. Jako przyczyny wypadków podawane są: alkohol (a gdzie narkotyki?), nadmierna prędkość, brawura, brak wyobraźni. Guzik prawda! Wypadki powodują nieodpowiedzialni, aroganccy debile, używający drogi jakby byli jej jedynymi użytkownikami, zachowujący się tak, jakby przepisy kodeksu ruchu drogowego były dla nich osobistą obelgą. Normą nie jest przestrzeganie kodeksu drogowego i zasad kulturalnego zachowania na drodze, ale krańcowo odmienne postępowanie, chamstwo i egoizm. Ci, co jadą zgodnie z przepisami stają się zawalidrogami, na nich należy trąbić itd. Łamanie wszelkich przepisów i dybanie na życie innych użytkowników dróg jest jak najbardziej trendy. Nie jest to również, wbrew obiegowym opiniom, domena młodych wiekiem kierowców, starsi też mają swoje za uszami.
Każda ekipa polityczna w swoim programie wyborczym ma zapis o poprawie bezpieczeństwa, tego na drogach również. I na zapisie się kończy, a skuteczność akcji policyjnych w stylu „długi łykent” jest co najmniej problematyczna, skoro zjawisko nie zanika. Tymczasem sposób na zwalczenie tego piractwa drogowego jest prosty jak konstrukcja cepa.
Logiczne jest, że oprócz walki z piractwem drogowym jako zjawiskiem należy też zwalczać przyczyny tegoż zjawiska. Te zaś, jako się rzekło, tkwią w mentalności niektórych „kierowców”. W przypadku osób całkowicie pozbawionych odpowiedzialności, wyobraźni i pomyślunku, jedyną drogą perswazji jest portfel. Tylko ponosząc w pełni konsekwencje swych czynów, zwłaszcza w wymiarze finansowym, mogą wreszcie zrozumieć niestosowność swojego postępowania.
Konieczna jest zatem zmiana sposobu naliczania mandatów. Punkty karne zostają bez zmian. Minimalna kwota mandatu (nawet za nieprzepisowe parkowanie) zostaje ustalona na poziomie 500 zł. Do tego po 100 zł za każdy punkt karny. A kto w ciągu roku przekroczy limit punktów karnych – dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów (w przypadku złamania – konfiskata pojazdu, nie ważne na kogo zarejestrowanego). I tyle. Ręczę, że wszyscy „wyścigowcy” błyskawicznie przypomną sobie przepisy. Tych, którzy nie zdążą, nie ma co żałować – mój instynkt samozachowawczy jest tu silniejszy od współczucia. Jeden warunek – policja łapie wszystkich, a nie tylko tych, których nie boi się dogonić.
Sposób jest drastyczny, ale obawiam się, że w obecnej sytuacji jedyny. Są różne automobilkluby, gdzie można trenować sportową jazdę. Są organizowane rajdy samochodowe – niech tam „wyścigowcy” wykazują się swoimi umiejętnościami. Ale nie na drogach publicznych w czasie normalnego ruchu!
Władza, jako taka poprzez konstytucję i różne akty prawne (np. konwencję praw człowieka) zobowiązuje się do ochrony życia i zdrowia obywateli. Może czas zacząć wypełniać te zobowiązania, chroniąc uczciwych kierowców przed wyczynami debili. Owych debili zresztą też – przed nimi samymi...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz