poniedziałek, 23 czerwca 2008

Eksperci ignorancji

Pracujący w oparciu o źródła pisane – czyli dokumenty – historyk, w pierwszej fazie prac badawczych dokonuje krytyki źródła w oparciu o warsztat pracy historyka. Tenże warsztat jest najprościej rzecz ujmując zespołem umiejętności i metod wykorzystywanych przy odtwarzaniu rzeczywistości. Niezwykle istotną rolę w warsztacie odgrywa wiedza badacza i dodajmy, że jest to wiedza nader specjalistyczna (np. sposób uwierzytelniania dokumentów w danym okresie czy przez daną instytucję). Wracając zaś do krytyki źródła – jej celem jest określenie jego autentyczności i przydatności pod kątem badawczym. Na marginesie warto też zauważyć, że również falsyfikaty dokumentów są wykorzystywane w badaniach historycznych, ale wyłącznie jako falsyfikaty, nigdy jako oryginały.
Jednym z elementarnych etapów krytyki źródła jest ocena stanu zachowania źródła. W tym przypadku brany jest również pod uwagę dotychczasowy sposób przechowywania źródła (dokumentu), mający znaczny wpływ na stan jego zachowania (proponuję porównać stan dokumentów przechowywanych w domowej szafce i tych w piwnicy w celach światopoglądowych). No dobrze, ale jeżeli dokumenty były przechowywane w warunkach idealnych, czyli w archiwum, a mimo wszystko są niekompletne? Podstawowym obowiązkiem historyka jest określenie kiedy, przez kogo i dlaczego zostały zdekompletowane. To właśnie zrobili panowie Cenckiewicz i Gontarczyk. Nie naruszyli tym samym ustawy o IPN, w której cezurą badawczą jest 31 grudnia 1989 r., gdyż wypełniali swój obowiązek badawczy! Gdyby nie ustalili, kiedy i dlaczego badana dokumentacja została „sprywatyzowana”, wartość poznawcza ich pracy, a więc i publikacji, była by zerowa. Ale to oni są oskarżani o naruszenie ustawy o IPN! Chciałbym przypomnieć, że istnieje jeszcze zapis w konstytucji RP o swobodzie badań naukowych, w którym nie ma ani słowa o jakiejkolwiek cezurze czy cenzurze. A przy okazji – czy niszczenie dokumentacji przez urzędników państwowych z pominięciem odpowiednich procedur nie jest przestępstwem ściganym z urzędu? Bo że za niszczenie zabytków kultury i źródeł historycznych też jest odpowiednia sankcja prawna, nikt nie pamięta. Ani też nikt nie powie, że kraść i oszukiwać trzeba umieć, a jak kto nie umie – skutki jakie widzimy.
Warto w tym miejscu pokusić się o refleksję na tematy ogólne. Pierwszą jest podejście do oskarżanych o konfidencję. Walka z „polowaniem na czarownice” którą właśnie obserwujemy jakoś nie zawsze tak wygląda. Ciekawe, jakie komentarze pojawiły by się w Gazecie Wyborczej, TVN – ie i na forach internetowych (ech, ten „spontan”!), gdyby np. znalazła się teczka o. Rydzyka. Podejrzewam, że teczka takowa nie istnieje, bo inaczej swoboda badań naukowych i swoboda publikacji dawno zwyciężyłyby zaściankowy ciemnogród religijnej kołtunerii moherowych bab.
Drugą refleksję chciałbym poświęcić pewnej dość ciekawej zależności. Wygrywa Małysz – wszyscy Polacy okazują się być ekspertami od skoków narciarskich; „Złotka” - sami eksperci od siatkówki; Otylia Jędrzejczak – eksperci w dziedzinie pływania; Saleta, Kuśnierewicz, Korzeniowski, Kubica, Legień... wyliczać można bez końca. Teraz wszyscy doskonale znają się na historii od strony warsztatu badawczego. Dyskusja na temat książki panów Gontarczyka i Cenckiewicza toczy się nie wokół jej treści i wartości poznawczych, ale wokół badaczy i sposobu w jaki prowadzili badania. Ponieważ to strata czasu (garbatego dopiero mogiła wyprostuje), nie napiszę co sądzę o poziomie pojawiających się wypowiedzi, a tym samym – ich autorach.
Pan Bóg sowicie konsolacjami naród polski obdarzył – gdzie nie splunąć tam ekspert, znawca, autorytet. I to we wszystkich dziedzinach – sport, nauka, ekonomia, gospodarka, polityka... Tylko czemu w Polsce ciągle jest tak wspaniale inaczej?!

Brak komentarzy: